Skoczyć z Mroczy
Adrian Zieliński - mistrz świata w podnoszeniu ciężarów
Henryk Szynal, prezes klubu Tarpan Mrocza, gdzie 21-letni mistrz się wychował, spodziewał się, że mroczanie powitają bohatera jak należy, ale żeby z taką pompą, to jednak przeszło ludzkie pojęcie. Na rynku w Mroczy strażacy zmontowali scenę, grała orkiestra dęta, ściągnęło ze 2,5 tys. ludzi, tak że eskorta na sygnałach nie miała szans na rynek wjechać i mistrz musiał przebijać się do sceny poklepywany przez tysiąc dłoni.
Gdy zabrał głos, w oszczędnych słowach, bo lubi konkret, opowiedział, jak dźwignął złoto, następnie były uściski i wiwaty, a tata mistrza, Zbigniew, który specjalnie na tę okoliczność pędził z Holandii, z pracy w rzeźni, ze łzami w oczach wymieniał wszystkich zasłużonych dla karier Adriana i młodszego o rok Tomka. Najdłużej dziękował Dominikowi Mikołajczykowi – lokalnemu łowcy ciężarowych talentów.
Pomocna dłoń
Dominik Mikołajczyk z zawodu jest rolnikiem, ale niepraktykującym. Szefował za to okolicznym spółdzielniom, pracował też w masarni prezesa Szynala, potem poszedł na swoje, też w przetwórstwie mięsnym. Ma odruch wyciągania pomocnej dłoni, również w stronę przypadków beznadziejnych, obiboków, choć oni z reguły dostają tylko jedną szansę. Niejednego przyuczył do fachu rzeźnickiego, załatwił pracę po znajomości w masarniach na Zachodzie. Ojcu Adriana też.
Za młodu Mikołajczyk dla przyjemności bawił się podnoszeniem ciężarów, a teraz przekonuje dzieciaki, że jeśli chcą skoczyć z Mroczy w świat, to niech się odbiją od ciężarów. Przychodzą chmarą, ale już po dwóch tygodniach pryskają, choć na początku treningi to tylko technika, zabawa z gryfem. Jeśli z 50 zostanie 3, to sukces. Większości się po prostu nudzi, ale Mikołajczyk, choć teraz duma go rozpiera po sukcesie Adriana, nie może odżałować tych, co mieli smykałkę i przerzuciwszy tony żelastwa wyparowali.