Marcin Piątek
7 stycznia 2012

Czy Franciszek Smuda poprowadzi Polaków do zwycięstwa?

Pasja według Franza

Bywa apodyktyczny, archaiczny, niekonsekwentny, szorstki w obyciu, ale ma też cechę, którą piłkarze cenią: Franciszek Smuda nie odpuszcza. Los powierzył mu honor Polaków w turnieju Euro 2012, na który Polska wydała miliardy złotych.

Maj 1997 r. Widzew Łódź trenowany przez Franciszka Smudę gra w Warszawie z Legią mecz przesądzający o tytule mistrza Polski. Pięć minut przed końcem Widzew przegrywa 0:2. Smuda skacze przy linii bocznej, macha rękami, zdziera gardło. Z ławki rezerwowych dochodzi go pełen rezygnacji głos: Chyba nie damy rady. Odwraca się, zabija wzrokiem i wrzeszczy: Kto to kurwa powiedział!? Za chwilę Widzew strzeli gola, potem następnego i jeszcze jednego. Sprzątnie Legii tytuł sprzed nosa.

Mówisz: Smuda, myślisz: Widzew, ostatni polski klub w Lidze Mistrzów, 15 lat temu. A także: gra do końca, wydzieranie zwycięstw, odwracanie nieodwracalnego. Brat trenera, Jan, ma w domu nagrane na kasety wszystkie mecze, w których drużyny prowadzone przez trenera Franciszka podnosiły się w beznadziejnych sytuacjach. Perełki w kolekcji: wspomniane trzy gole w końcówce meczu z Legią, dwa w meczu z Broendby Kopenhaga, przesądzające o awansie Widzewa do Ligi Mistrzów, z rozpaczliwym wrzaskiem komentatora Tomasza Zimocha pod adresem sędziego: Kończ pan, panie Turek!

Z nowszych cudów: bramka Rafała Murawskiego w ostatniej minucie dogrywki meczu z Austrią Wiedeń, dająca Lechowi Poznań awans do fazy pucharowej Ligi Europejskiej. – Jakiś czas po tym meczu spotkałem prezesa Austrii. Złapał się za serce i krzyczy: Boże, to znowu pan! Myśmy już pieniądze za awans liczyli. A tu nagle wszystko fffrrruuu! – Smuda trzęsie się ze śmiechu.

Więc gdy spotykają się z Janem, to zawsze jakiś mecz obejrzą. Franz przeżywa wszystko od nowa. Macha rękami, krzyczy, puls mu skacze. – To jest człowiek opętany na punkcie piłki. Gdy go odwiedzam, to jest jeden temat: futbol. Mecze mi każe oglądać, koszulki pokazuje jakieś, proporczyki – mówi Edward Socha, stary znajomy z czasów gry w Odrze Wodzisław.

Na boisku

Smuda (ur. w 1948 r. w Lubomi, między Raciborzem a Wodzisławiem Śląskim) mówi, że na jego liście priorytetów piłka zawsze była najwyżej, nawet przed nauką. Troje rodzeństwa, zgodnie z przykazaniami rodziców, poszło na studia, tylko Franciszek skończył edukację na zawodówce budowlanej. Bywało, że słabość do kopania piłki przynosiła opłakane skutki. – Tynkowali nasz dom, po robocie fachowcy zwinęli rusztowania, już wieczór był. Wziąłem piłkę i bach, bach – o ściany. Rano ojciec wstaje, a tu cała chałupa w plackach. Sprał mnie strasznie – opowiada trener. W domu u Smudów liczyły się Bóg, praca, dyscyplina. Franzowi tak zostało.

Chodzi za nim opinia w czepku urodzonego, ale w życiu różnie mu się wiodło. Bardzo chciał grać w piłkę, ale ci, co w latach 60. i 70. przewinęli się przez te same boiska co Franz, mówią: wirtuozem nie był. Albo po prostu: drwal. Za chlebem wyjechał do USA, gdzie moda na soccera rozkwitała i wszystko, co europejskie, brano z pocałowaniem ręki. Słodkie życie za oceanem skończyło się, gdy Smuda odniósł kontuzję kolana i na operację musiał zarobić poza boiskiem. Pracował na wysokościach, konserwował olbrzymie zbiorniki na ropę w rafineriach. Na własne oczy widział, jak paru kolegów spadło.

Wrócił do Polski, grał w Legii. Wyjechał za ocean jeszcze raz, razem z Kazimierzem Deyną. Na boisku miał za rywali Neeskensa, Pelego, Besta. Co mógł, odkładał. Ale wszystkie oszczędności, podobnie jak Deyna, stracił, oszukany przez polonijnego biznesmena Teda Miodonskiego. Wspominał kiedyś, że zamknął się wtedy w hotelu i czekał na przypływ odwagi, by ze sobą skończyć. Trzy dni tak trwał, aż w końcu wziął się w garść. Socha mówi, że nawet on nigdy nie odważył się poruszyć z Franzem dwóch tematów: biznesowej klęski i powodów rozstania z pierwszą żoną Haliną.

W roli trenera

Karierę trenera Smuda zaczynał w Niemczech. Do południa pracował przy wykańczaniu mieszkań, po południu jeździł na treningi. – To było coś jak nasze B-klasy. Po wsiach jakichś trupy najgorsze brałem i robiłem drużynę. Trochę jeszcze z nimi grałem nawet. Uważam, że to świetna szkoła była – mówi. Wtedy zrozumiał, że kogokolwiek przyjdzie mu trenować, to jeśli zarazi zespół pasją i wpoi walkę do upadłego, już będzie do przodu.

Smuda był murowanym kandydatem do posady selekcjonera reprezentacji Polski po tym, jak Leo Beenhakker jesienią 2009 r. przegrał eliminacje do mundialu w RPA i zostawił kadrę w rozsypce. Chcieli go kibice. I dostali. Edward Socha wspomina, że na drużynę narodową Smuda chorował od dawna: – Dopiero zaczynał w Polsce pracę, w Stali Mielec, a już mi mówił: Zobaczysz, kiedyś będę trenerem reprezentacji. Śmiałem się: Franiu, nikt cię tu nie zna, weź no najpierw zrób jakiś wynik w lidze.

Blisko wymarzonej funkcji był wcześniej tylko raz – w 2000 r., ale miał wtedy ważny kontrakt z warszawską Legią, a klub nie chciał go zwolnić. Przy Łazienkowskiej wierzyli w magię Franza, ale on akurat spadał pod wóz. Dostał w klubie wolną ręką i wymyślił, że najlepszym przepisem na sukces będzie przeniesienie na warszawski grunt piłkarzy, z którymi w Widzewie kolekcjonował sukcesy: Łapińskiego, Wojtali, Siadaczki, Citki. Przeszczep się nie przyjął. – To dla Smudy typowe. Gdy coś się raz udało, to iść tą samą drogą, jak najmniej zmieniać – mówi Piotr Reiss, kapitan Lecha Poznań w czasach, gdy Franz był tam trenerem.

Dokonania Smudy są zatem zadziwiające jak na kogoś, kto – jeśli chodzi o warsztat – zatrzymał się 20 lat temu. Trener wychodzi z założenia, że mądrość jego profesji nie leży w książkach, kursach, konferencjach, laptopach i statystykach, ale w intuicji i ciężkiej pracy. Oraz szczęściu.

Ten fart, który na zawodowej drodze mu się nieraz objawił, pomógł ukuć hasło: Smuda czyni cuda. Ale reprezentacja pod jego wodzą nie zachwyca, cuda też się nie zdarzają. – Kadra gra tak jak kluby, które prowadził. Żadnej wybijanki, krótkimi podaniami, po ziemi, no i przede wszystkim ciągły nacisk na przeciwnika. Ale jakiejś głębszej myśli taktycznej na boisku nie widzę. Zresztą trener Smuda nigdy wybitnym strategiem nie był – twierdzi Grzegorz Mielcarski, kiedyś podopieczny Franza w Widzewie. Piłkarzy trener mobilizował wówczas w krótkich, żołnierskich słowach. Przed meczami z silniejszymi rywalami powtarzał w szatni: też macie dwie nogi i dwa jaja.

Bez różnicy, z kim grał, zawsze patrzył na swój zespół, a nie na rywala. Mówił: to my mamy grać z nimi, a nie oni z nami. Problem w tym, że są przeciwnicy, na których to nie wystarcza – twierdzi

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną