Barbara Pietkiewicz
20 stycznia 2012

Fatum nad rodziną

Rekonstrukcja

Gdzie był wtedy Bóg? Na urlopie? – pisze internetowy Chór. I która to śmierć w rodzinie – dwunasta, trzynasta?

Alfred zbudował swój dom solidnie. Duży, klockowaty, z balkonami. Przed emeryturą pracował w kopalni – na powierzchni, przy urządzeniach górniczych. Budował z mozołem, w czasach, kiedy materiałów było jak na lekarstwo. Dom – grób.

Dom wznosił z myślą o dzieciach, których miała się urodzić gromadka, a jedno zostanie, jak dorośnie, w domu, bo po cóż budowałby piętrowy? Część miasta, w której stał dom, dawno przestała być wsią czy też osadą od pokoleń górniczą. Niedaleko ulicy, gdzie się wybudował, postawiono bloki i nie jest już tu tak spokojnie, jak było. Za blokami Biedronka i hotel.

Gospodarstwo jego ojca było niedaleko. Wychowywało się w nim jedenaścioro dzieci. Pracowitych do bólu. Chłopcy postawili sobie domy, dziewczyna też. Z harówki i oszczędzania, jak Alfred. Pracoholik, dziś byśmy powiedzieli. Nie mógł żyć bez roboty nawet na emeryturze. W ogrodzie sadził, przesadzał, podlewał żywotniki wschodnie, urządził oczko wodne, podwórko miało być jak malowanie.

Córka jedynaczka

Z jedenastki zostało ich trzech: Alfred i dwaj najmłodsi. Starsi i siostra umierali na tego samego raka – jeden po drugim. Gen albo przeznaczenie.

Ożenił się z panną o parę lat od siebie młodszą. Dzieci długo nie było, aż przyszła na świat wyczekana córka jedynaczka. Ani ładna, ani brzydka. Od dziecka zamknięta w sobie, jakby bała się świata poza domem, w którym wszystko było dokładnie i raz na zawsze ustalone, jak w instrukcji obsługi. To wolno, tego nie, masz robić to, tamtego nie. Świat musiał chodzić jak w zegarku i tak jak ojciec postanowił, bo inaczej był w robocie pas.

Do sąsiadów Alfred zawsze był otwarty, uczynny, żadnych kłótni, zawsze do żony Stasieńko, do córki też tkliwie. Sąsiedzi tak to zapamiętali. Rygor i miłość. Twardy i miękki w jednym. Satrapi tacy bywają.

Kiedy Sylwia była już mężatką z dwójką dzieci, w niedzielę chodzili do koś­cioła, bardzo mocno trzymając dzie­ciaki za ręce, żeby coś złego im się nie stało.

Szła córka Sylwia, jej mąż, jeśli był w domu, Alfred, jego żona Stanisława i wnuczęta – Marylka i Kubuś. Porządna rodzina, żadnej patologii. I żadnej biedy. Alfred dopracował się ładnej emerytury, jego żona też jakąś miała po latach pracy w biurze, a potem w rejestracji ośrodka zdrowia. Sylwia po nauce na pielęgniarkę i położną pracowała też w ośrodku. Wszyscy w tej rodzinie pracowali. Ojciec nie ścierpiałby obiboków i leserów. Nic tylko żyć.

Zachodził do Alfreda czasem kolega z pracy w kopalni. Alfred był gościnny. Lubił nawet czasem pogrillować. Bywali u nich w gościnie lekarze z racji tego, że matka pracowała w służbie zdrowia, i inne osoby wykształcone. Mieli o czym ze sobą rozmawiać. Lepszy dom, lepsza sfera górnicza.

Oślepiający słoneczny dzień

Sylwia lata panieńskie przeznaczone do zamążpójścia przekroczyła. Nie objawił się kandydat, który zdaniem ojca byłby jej wart, albo może z tej przyczyny, że dalej była wsobna i niegoniąca za towarzystwem. Ledwo powie sąsiadom dzień dobry i idzie dalej.

Rówieśnice, już teraz 40-letnie, nie pamiętają, żeby przychodziły do niej koleżanki szkolne i żeby ona do którejś. I rzadko się uśmiechała. Możliwe, że z powodu zahukania w domu, ale też że chorowała od dzieciństwa na niezdiagnozowaną depresję. Ale i co tam było do diagnozowania, skoro rodzina porządna, a z nią nigdy kłopotów – cicha, układna, grzeczna.

Sylwia wciąż była panną i wciąż żyli we troje, rodzice i córka w zbyt pustym domu piętrowym. Ze wszystkiego na świecie najbardziej pragnę wnuków, mówił Alfred sąsiadom, wychowywany przecież w jedenastce.

Któregoś dnia kolega z pracy wpadł w odwiedziny. Gawędzili, aż kolega powiedział, że ma krewnego spod Częstochowy w wieku dla Sylwii odpowiednim, budowlańca z zawodu, więc może by młodych poznać i coś z tego mogłoby być. I było. Może z rozsądku, może z miłości, może ojciec Sylwii kazał, nie wiadomo, ale ślub wzięli.

Potem ten, który naraił pana młodego, zbudował sobie dom i niedługo się powiesił. Jak u Alfreda dom – grób. Podobno nie mógł spłacić kredytu albo była inna przyczyna, nie wejdziesz w duszę człowieka, mówią sąsiedzi Alfreda, nie zrozumiesz, jakie w niej pali się piekło, że człowiek odejmuje sam sobie życie. Nikt nie wie, ciągną sąsiedzi, jakie ono było w duszy Sylwii, że za nic nagle miała chodzenie do kościoła z rodziną w każdą niedzielę i kurczowe trzymanie za ręce dzieci, żeby je uchronić przed niebezpieczeństwem.

W maju tego roku w oślepiający słoneczny dzień to babcia wracała z nimi od kuzynki, a może skądinąd, nie ma już kogo o to zapytać. Weszli na jezdnię na pasach, może kawałeczek obok nich.

Huk. Ktoś zobaczył, że na jezdni leży trzyletnia dziewczynka z głową w jasnych loczkach, w kałuży krwi, sześcioletni chłopczyk i starsza kobieta.

Przyuczona do posłuszeństwa

Kobieta za kierownicą nie jechała jak piratka. 44 czy 45 kilometrów na liczniku, trzeźwa, młodsza od Sylwii o parę lat. Nie dostrzegła. Nie zwolniła, bo na jezdni nie było śladów hamowania. Pewnie zamyśliła się, podobno niedługo miał być jej ślub, może odwróciła się do mężczyzny, z którym jechała, albo oślepiło ją słońce. Nie pamięta, chyba to było słońce. Do dziś nie może wyjść z szoku. Pójdzie do psychiatryka na badania, czy była wtedy władna zapa­nować nad pojazdem, czy nie. Jeśli nie, czeka ją więzienie.

Babcia też nie dostrzegła samochodu. Tego dnia była bardzo zdenerwowana, mówi ktoś z sąsiadów. Może pokłóciła się z mężem o zięcia, co nie było na porządku dziennym, bo mąż był głową rodziny we wszystkim, a ona szyją – chyba nie bardzo. Nie zauważyła tego Fiata, idąc od lewej strony jezdni, gdy już prawie docierali na prawą stronę.

I nagle huk. Kubuś był poharatany,

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną