Terapia w sortowni śmieci
Sortownia marzeń
Marzenie.
Wiersz Piotra „Z sortowni na lotnisko jest tak blisko” zajął drugie miejsce w konkursie „Namaluję, napiszę wierszem moje marzenie”, jaki Stowarzyszenie Niepełnosprawni dla Środowiska EKON zorganizowało dla pracowników i ich dzieci:
„nadzieja matką głupich
a co ja... mądry jestem?
pierwszy raz lecę samolotem
kadłub odrywa się od ziemi
już za parę godzin na Karaibach…
a teraz zmądrzałem
żeby nie było mniej
zestarzeć się i umrzeć żeby nie bolało
nadchodzi zima
znów myślę o ciepłych wyspach
i wiem
że są blisko jak marzenia…”.
Późna jesień i zima to najgorszy dla nich czas. Tęsknią do światła i słońca. Przychodzą do pracy godzinę, nawet dwie wcześniej. Żeby nie siedzieć w domu. Kręcą się po korytarzu, jeśli nie uda się spotkać pani prezes, zaglądają do gabinetu: Dzień dobry pani Elu, nie zamkną sortowni? Potem o to samo pytają brygadzistów. Wiedzą, że na znalezienie innej pracy nie mają szans. Nikt nie chce zatrudniać chorych psychicznie i niepełnosprawnych intelektualnie.
Jan.
44 lata, depresja lekooporna, pracuje w EKONIE od prawie dwóch lat. Wcześniej był zatrudniony w innym zakładzie pracy chronionej, ale go zwolnili, bo za długo leżał w szpitalu. Wtedy przyszły najgorsze lata. – Jak nie pracowałem, to na okrągło szpital, Tworki najczęściej, potem dwa miesiące w domu, patrzenie w sufit, a jak już nie wstawałem z łóżka, to znowu szpital. Tam znów trochę lepiej, bo jest psychoterapia, ale potem wychodzi się na zewnątrz i po chwili jest tak samo. Dopóki się swojego życia jakoś nie zmieni. A co można zmienić, jak się nie ma pracy? To w życiu najważniejsze. No i rodzina.
Jan ma syna, 17 lat, dla niego chciałby być jak najbardziej normalny. Żeby w technikum i klubie sportowym, bo syn od małego trenuje, koledzy i nauczyciele się nie dopytywali, na co tata chory. Chłopak się wstydzi i on to rozumie. Kolega ze szpitala opowiadał o EKONIE. Z żoną przyjechał, chciał zrobić lepsze wrażenie i na kolanach nawet błagać, żeby go tylko przyjęli. Odkąd pracuje, nie był ani jednego dnia w szpitalu. Leki bierze na stałe. – Tylko spać nie bardzo mogę, po 3–4 godziny najwyżej, ale to od lat tak mam. No i zespół amnezyjny, czyli z pamięcią nie bardzo, do tego też już się przyzwyczaiłem.
Jan pierwszy raz trafił do szpitala, gdy miał 18 lat. Depresja młodzieńcza, dorastanie, uspokajali lekarze. Rzeczywiście przeszło i przez parę lat był spokój. Ożenił się. A potem wypadek samochodowy i wszystko wróciło. Ma szczęście, że żona go nie zostawiła. Ale bardziej jest wyrozumiała dla jego choroby, kiedy przynosi do domu jakieś pieniądze.
Walka.
Stowarzyszenie Niepełnosprawni dla Środowiska EKON powstało w 2003 r. Założyciele Elżbieta Gołębiewska i Marek Łukomski, oboje z długoletnim doświadczeniem w pracy z niepełnosprawnymi, chcieli początkowo prowadzić dla nich coś w rodzaju biura pośrednictwa pracy. Przez osiem miesięcy znaleźli zatrudnienie dla dwóch osób.
– Zrozumieliśmy, że sami musimy stworzyć te miejsca pracy – mówi Elżbieta Gołębiewska, z wykształcenia pedagog specjalny. – Marek miał doświadczenia z irlandzkiego Rehabu, gdzie niepełnosprawni mają wyłączność na odbiór zużytego sprzętu AGD. Postawiliśmy na opakowania: papier, szkło, puszki. Segregacja odpadów jeszcze w Polsce raczkowała, ale patrząc na Unię wiedzieliśmy, że wkrótce będzie inaczej.
Powstało przedsiębiorstwo społeczne. Wydawać by się mogło, że stowarzyszenie działające na rzecz aktywizacji zawodowej niepełnosprawnych i ochrony środowiska, odbierające za darmo odpady od mieszkańców, otrzyma od władz wszelkie wsparcie. Początkowo tak było. Współpraca z dwoma zakładami pracy chronionej gwarantowała dwukrotnie wyższe dotacje od państwa (dziś EKON sam ma status zakładu pracy chronionej). Dostali pół miliona od Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska. Kupili maszyny i samochody dostawcze. Ruszyła sortownia odpadów na warszawskim Ursynowie, niedaleko lotniska. Do stowarzyszenia zwróciła się doc. Joanna Meder, wicedyrektor Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, z prośbą o zorganizowanie miejsc pracy dla podopiecznych kończących leczenie szpitalne. Praca miała być kontynuacją terapii. EKON trafił do wykazu dobrych praktyk Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych. Miasto obiecało 15-letnią dzierżawę działki, na której stoi wynajmowana przez stowarzyszenie hala.
Jednak polityka władz samorządowych zmieniła się, gdy ceny ziemi w tej okolicy poszły w górę. EKON zaczęły gnębić kontrole. Z NIK, Urzędu Skarbowego, Państwowej Inspekcji Pracy (od czerwca 2005 r. do grudnia 2006 r. było ich 65, kontrolerzy spędzili w sortowni 596 dni). Historia walki o sortownię, szczegółowo opisana na stronie internetowej stowarzyszenia, zawiera 105 punktów. Każdy to osobne urzędowe pismo. I jedna demonstracja pod ratuszem, w kwietniu 2008 r., gdy sortownię zamknięto.
W październiku 2008 r. podpisano wreszcie umowę dzierżawy. Dziś stowarzyszeniu grozi eksmisja z siedziby na Ursynowie – z powodu samowoli budowlanej. Za taką władze uznały namiot, dostawiony do wyremontowanej przez EKON starej hali fabrycznej, gdzie niepełnosprawni sortują odpady. Hala służy także jako pomieszczenia biurowe i socjalne. Miasto daje stowarzyszeniu trzy miesiące na zalegalizowanie samowoli, inaczej nie przedłuży umowy dzierżawy.
Piotr.
30 lat. Niepełnosprawny intelektualnie, w EKONIE od początku. Protestował z innymi na placu Bankowym. Kilka miesięcy byli wtedy bez pracy i niektórzy naprawdę źle to znosili. Piotr ma szczęście, jest młodszym ratownikiem WOPR. Dlatego tak się wstydzi swojej grupy inwalidzkiej. No bo jak to, niepełnosprawny ratownik? Szef wyszkolenia grupy WOPR, do której Piotr zgłosił się na kurs, zdawał sobie sprawę z ograniczeń intelektualnych kandydata, ale dopuścił go do zajęć i egzaminu. Widać było, jak bardzo chłopakowi zależy, a zakres odpowiedzialności młodszego ratownika nie jest duży. Nie może brać udziału w akcjach ratowniczych, pracować jako samodzielny ratownik na kąpieliskach. Może tylko społecznie pełnić funkcję pomocnika ratownika. Piotr jest dumny ze swojego stopnia i z osiągnięć swojej grupy WOPR, z przejęciem opowiada, jak wygrali na zawodach motorówkę. On w zawodach nie brał udziału, ale cieszy się z sukcesu kolegów.
Piotr jest także strażakiem. W Ochotniczej Straży Pożarnej są bardziej liberalni: jak się pali, jadą wszyscy. Piotr należy do jednostki w podwarszawskiej miejscowości, gdzie mieszkają jego rodzice. – Tata mi załatwił, tam ci krzywdy nie zrobią, powiedział. I jeżdżę z chłopakami do pożarów, jeżeli tylko jestem u rodziców. W Legionowie, kiedy się palił skład dezodorantów, też nas wezwali. Akurat byłem w OSP na zbiórce jak co sobota.
Skończył szkołę zawodową, jest introligatorem, ale nigdy w zawodzie nie pracował. – Składałem papiery, ale mnie
...[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

