Aby tu zjeść z przyjemnością dowolny posiłek i do tego wychylić łyk szampana na aperitif a kieliszek wina dobrze dobrany do dania i na koniec np. kieliszeczek grappy w towarzystwie espresso trzeba mieć albo sponsora, albo po prostu dobrze zarabiać. Jadanie u Karola Okrasy kosztuje bowiem drogo. Ale też przyznać trzeba, że jego kunszt kreacyjny i nadzór (nawet z oddali, bo Okrasa potrafi naraz bywać w różnych częściach Polski) nad zespołem kucharzy wart jest każdych pieniędzy. Tu dodać muszę, że zastępca Karola i wieloletni przyjaciel Łukasz potrafi utrzymać kuchnię na właściwym poziomie.
Właściwie to nie przepadam za restauracjami hotelowymi. Ale jest kilka z nich na świecie, w których siadam do stołu bez oporów i zawsze jestem pewien, że doznam rozkosznego zaskoczenia. Tak było i tym razem.
A zaczęło się od (nie zamawianej a dostarczonej na stół) maleńkiej filiżaneczki barszczu z pianką z… soku z limonek. Zapach, a zwłaszcza smak, spowodowały, iż nabrałem apetytu na wszystko co figuruje w karcie dań. Znając jednak swoje (i osoby towarzyszącej) możliwości zamawiałem rozsądnie. Najpierw małże św. Jakuba z prażonym jabłkiem i imbirem (55 zł) oraz kacza wątróbka w sosie z pigwy smażona, z aromatem kakao i chilli, pieczoną chałką i konfiturą gruszkową aromatyzowaną trawą żubrową (56 zł). Oba dania dały mi pewność, że kolacja będzie kulinarnym wydarzeniem. Zwłaszcza małże swym delikatnym smakiem, subtelną miękkością, lekkim powiewem morza i niespodziewaną słodyczą jabłka (przy ostrości imbiru) spowodowały, że poczułem się jak pod niebem Ligurii czy nawet dalej na południe czyli Basilicaty. A to w moim pojęciu komplement najwyższej rangi.
W oczekiwaniu na kotleciki jagnięce z walijskiego jagnięcia oraz comber królika zawijany w boczek (każde danie w okolicy 90 zł) zajęliśmy się rozszyfrowywaniem składu zielonego sorbetu, którego smak sugerował, że kiwi było w robocie ale i coś jeszcze innego, co niwelowało słodycz na korzyść pewnej cierpkości.