Energia atomowa w Polsce
Atom przechowany w Świerku
Zakręcanie kurka
Po zamknięciu Żarnowca również wspomagający go Instytut Energii Atomowej w Świerku, zwany wówczas złośliwie Świerkobylem, stanął na granicy likwidacji. – Skończył się dopływ funduszy i wszystko zaczęło się walić – wspomina prof. Chwaszczewski. W ciągu dwóch lat odeszło ponad 800 osób: z 1100 pracowników zostało ledwie 280. Dlatego na pierwszy rzut oka Świerk przypomina dziś gierkowskie osiedle z wielkiej płyt tuż po eksmisji. Część budynków straszy pustką.
Nie było pracy nawet dla 25 naukowców, którzy dzięki porozumieniu z amerykańskim potentatem Westinghouse pojechali do Pittsburgha szkolić się przy rektorze AP-600. Wielu wyjechało do USA, Izraela i Europy Zachodniej, gdzie bez problemu znaleźli pracę w przemyśle jądrowym. – Rozjechali się, bo co mieli robić? – mówi Strupczewski. – Jak nie ma programu rozwoju energetyki, to ludzie przestają być potrzebni.
Na początku lat 90. reaktor Maria w ogóle nie pracował. W 1985 r. został wyłączony na kilka miesięcy, bo miał być modernizowany. Ale po wybuchu w Czarnobylu decyzję o uruchomieniu odwlekano z roku na rok. Pojawiły się nawet plotki, że już nigdy nie będzie włączony. W grudniu 1992 r., po siedmiu latach oczekiwań, uruchomiono wreszcie Marię, ale za to kilkanaście miesięcy później, w 1995 r., zabrakło uranu i wyłączono EWĘ.
– Instytut funkcjonował, zatrudniał pracowników, tylko nikt od nas nic nie chciał – wspomina Chwaszczewski. – Nie mieliśmy żadnych zobowiązań, więc kupiłem żaglówkę, by jakoś zagospodarować czas.
Ostatnim międzynarodowym programem realizowanym w Świerku były polsko-fińsko-radzieckie badania nad paliwem atomowym, którymi kierował Andrzej Strupczewski. – Gdy zbudowaliśmy całą instalację do badań i szykowaliśmy się do rozruchu, zapadła decyzja o wstrzymaniu budowy Żarnowca, więc skończyły się pieniądze i na nasze badania – wspomina. – Powiedzieliśmy naszym partnerom, że muszą nam zapłacić za dalsze prace. Finowie się wycofali. Rosjanie obiecali płacić pięć milionów dolarów rocznie, ale zaraz po podpisaniu porozumienia przestał istnieć Związek Radziecki i program został przerwany.
Kiedy okazało się, że dla fizyków atomowych nie ma miejsca w Polsce, Andrzej Strupczewski wygrał konkurs na stanowisko specjalisty do spraw bezpieczeństwa Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w Wiedniu i opuścił Świerk na sześć lat. – Byłem na misjach w Europie, Azji, Afryce i w Ameryce, gdzie badałem bezpieczeństwo reaktorów i uczyłem zachowania bezpieczeństwa ludzi pracujących w elektrowniach – mówi Strupczewski, który jest dziś przewodniczącym Komisji Bezpieczeństwa Jądrowego, a dla Komisji Europejskiej przygotował raport dotyczący bezpieczeństwa reaktorów jądrowych.
– Nie ma dokąd uciec przed energetyką jądrową – mówi. – Wiatr jest niestabilny, słońce w nocy nie świeci, węgiel się kończy, a wodę już wykorzystaliśmy.
Czas triumfu?
– Póki człowiek nie pozna szczegółów, to może mieć poczucie niepewności – mówi prof. Ludwik Dobrzyński, fizyk i dyrektor w Instytucie Problemów Jądrowych w Świerku. – Pierwsze wejście na halę reaktora wywołuje pewne emocje. Przestajemy się bać, gdy ktoś nam wytłumaczy, jak działają systemy zabezpieczające. Reaktor to jedno z najbezpieczniejszych urządzeń, jakie produkuje ludzkość. Tylko w przemyśle kosmicznym obowiązują podobne standardy.
Prof. Dobrzyński pracował przy reaktorze w latach 70., badając wpływ neutronów na materię. Wtedy jeszcze takie zajęcie było traktowane jako prestiżowe. Niestety, Dobrzyński był również redaktorem biuletynu informacyjnego Solidarności, który wychodził w Świerku, więc w stanie wojennym został zwolniony jak wielu ludzi związanych z „S”. Organizował koncerty muzyki poważnej, zanim ponownie dostał pracę fizyka na uniwersytecie w Białymstoku. Do Świerku wrócił 13 lat temu i zajmuje się dziś propagowaniem wiedzy o energetyce jądrowej, którą, jak twierdzą w instytucie, wciąż przesłania irracjonalny strach przed promieniowaniem.
Wszystko wskazuje na to, że polscy fizycy atomowi ze Świerku jeszcze przed przejściem na emeryturę zobaczą pierwszą polską elektrownię atomową. Rada Ministrów zdecydowała o tym na początku 2009 r., a w maju rząd powołał pełnomocnika do spraw energetyki jądrowej. Zadaniem pani pełnomocnik jest opracowanie programu rozwoju energetyki jądrowej w Polsce, który zatwierdzi pod koniec przyszłego roku parlament. Wtedy będziemy już wiedzieć, ile zbudujemy reaktorów, jakiego typu i gdzie będą stały.
– Teraz najważniejsze, to przekonać do pomysłu społeczeństwo – mówi Strupczewski. – Nie zakładam, że uda nam się przekonać urzędników Greenpeace, którzy żyją ze straszenia ludzi atomem. Przez te ostatnie dwadzieścia lat, gdy dość mocno dystansowaliśmy się od energetyki jądrowej, wyprzedziły nas m.in. Bangladesz, Albania i Białoruś.
– To już Ghana ma plany budowy elektrowni atomowej, a my jeszcze nie – mówi Strupczewski. – I jest mi przykro, gdy słyszę, że mojego syna obsługi reaktorów jądrowych będą uczyć eksperci z Białorusi.



