Edyta Gietka
30 listopada 2009

Dziewczyny z PGR-u do Warszawy

Dziewczyny z korzeniami

Księżniczki

Od roku bursą kieruje pani Maryla; patrzy, jak dziewczyny rozkwitają w mieście. Szybciutko, bo u nich nie ma łagodnych metamorfoz. Przyjeżdżają szare gąski bez szczoteczek do zębów, tydzień nie otwierają okien, bo nie zasną przy hałasie. Na zajęciach z doradztwa zawodowego wyliczają, co umieją, drukarka wypluwa ich CV, pożyczają białe bluzki i idą szukać pracy, klepiąc formułki, że chcą rozwijać swoją osobowość. Jeszcze tęsknią do swoich bezrobotnych chłopców. Innych od tych miastowych, którzy po centrum handlowym Złote Tarasy chodzą z takimi dużymi torbami, jak u nich na wsi listonosze.

Po miesiącu stają się kimś, za pierwszą pensję ładują konto w telefonie, jadą na stadion po buty na obcasie i porządny lakier do paznokci kupowany na spółkę, bo ten tani, ruski, za szybko wysycha. Starsze stażem obiecują młodszym: Zobaczysz, jaka Warszawa jest, będzie cię stać na farbowanie odrostów, że aż ci włosy zaczną wypadać. Potem w sklepie spotkają kogoś sławnego, kto kupuje zwykłe rzeczy, co z kolei znaczy, że sławni ludzie są tacy sami jak one. I zaczynają preferować czystość. (Na początku magazyn ze środkami czystości był ogólnie dostępny, potem zaczęto je reglamentować, bo dziewczyny zabierały je dla swoich matek. Opisywały matkom telefonicznie, jak pachną podłogi w mieście).

Po kilku wypłatach już nie chcą jeść paprykarza szczecińskiego z puszki, który wydaje kuchnia w bursie. Więc po prowiant przychodzą oszczędne uczestniczki kursu, które zostały w Warszawie i mieszkają na kwaterach. Pani Maryla pakuje im w torby mleko, mąkę, płatki owsiane.

Intensywnie – jak pracy – szukają mężów, zastrzegając na Gadu-Gadu swoje warunki: Stała praca i żeby po pracy nie był specjalistą od flaszki. Tak znalazła swoją miłość Kamila. Obecnie ma dziecko z pracującym na budowie. Raz, jak siostra Ewa uderzyła dziewczynę po buzi, Kamila odcięła się: „Na asfalcie bym twoją twarz zgniotła”. Nie bała się, bo miała oparcie w swoim chłopaku, który obiecał, że jej nie porzuci.

Bohaterki

Reżyserki Karolina Bielawska i Julia Ruszkiewicz długo szukały zdeterminowanych dziewczyn z pegeerów. Dokument „Warszawa do wzięcia” miał opowiadać o ich stawaniu się. Widz miał śledzić momenty zwrotne, czyli: najpierw widzą afisz na wiejskim słupie, potem widzą Warszawę, idą do pierwszej pracy, lizną edukacji, zapoznają się z chłopcem. Znalazły trzy bohaterki: Anię, Gosię i Ilonę.

Na premierę filmu o sobie przyjechała tylko Ania ze wsi Głodowo. Wyprostowała loki prostownicą, przykleiła perłowe tipsy. Wstała o 5 rano, bo miała 10 km do pociągu. Nie chciała żyć tak jak siostra, mająca 30 lat i pięcioro dzieci ze specjalistą od flaszki. Więc przyjechała do Warszawy, nie chcąc od niej ani za dużo, ani za mało. W jej marzeniu o fryzjerstwie nastąpiło zahamowanie, gdyż poznała Andrzeja. Mieszkają razem we wsi Kleszczewo, 15 km od Głodowa. Awansowała, u niej we wsi stoją tylko cztery pegeerowskie bloki, a w Kleszczewie aż 16. Andrzej zjechał zza granicy i umie mówić kocham w kilku językach. Na przykład po włosku, ti amo.

Ojcowie dziewcząt nie życzyli sobie angażu do kina. Bardzo naruszył ich godność kultowy film „Arizona”, który odczytali jako dorabianie się na kamerowaniu ich biedy. Patrzyli zza zasłony, gdzie ekipa stawia kamerę, żeby nie była kompromitująco zbyt blisko. Ojciec Gosi, wieś Zalesie, gmina Dźwierzuty, w ostateczności zgodził się na kręcenie, ale trzeba było poczekać, aż z siódemką bezrobotnych synów odmalował dwupokojowe mieszkanie.

Gosia nie przyjechała na premierę filmu ze wstydu, że jednak nie przemieniła się w Warszawie, a wszystko wróciło do dawnego: ona i matka siedzą w oknie, popijając kawę kupioną w geesie. Gosia rzuciła angaż w taniej gastronomii, gdyż wydawało jej się, że wszyscy w nocnym autobusie czują, jak ona śmierdzi smażonym olejem. Potem rzucił ją chłopak.

Ilona, trzecia bohaterka filmu, nie przyjechała na premierę z powodu 24 zł. Co z tego, że zwrócą jej w Warszawie, jak żaden sąsiad na chwilę obecną nie ma tyle do pożyczenia. Kiedy Ilona stawała się w Warszawie ekspedientką w ekskluzywnym sklepie spożywczym (sklep zainwestował w Ilonę, zapoznając ją z towarem, który jest z całego świata), bardzo tęskniła za synkiem, którego zostawiła w domu. Z tęsknoty nie wróciła ze świąt na czas, telefonując, że ma wysypkę, a przecież w spożywczym nie można jej mieć. W końcu zrezygnowała z przemiany w Warszawie, gdyż woli żyć tam, gdzie każdego zna się od urodzenia.

Po premierze filmu „Warszawa do wzięcia” w kinie Kultura odbył się panel dyskusyjny w gronie socjologów, ekspertów od biedy. Po długiej dyskusji Annę – jako jedyny obecny na sali eksponat pegeerowskiej nędzy – oblepiły ładne panie z różnych fundacji i wręczyły jej wizytówki.

Ile spośród 650 dziewcząt zakorzeniło się w Warszawie albo zostało na bliżej nieokreślone dłużej, można tylko policzyć po znikających z bursy kołdrach. Kradną je te, które nie wracają do domu, no bo przecież muszą na wynajętej stancji pod czymś spać.

Została na przykład Ewa Z., ta, którą siostra urszulanka wyrzuciła z bursy z powodu nocnej inwentaryzacji; obecnie prowadzi sklep w Raszynie. Jest kimś. Dla ozdoby parapetu w wynajętym pokoju kupuje storczyki w doniczkach. A storczyki nie są tanie.

 

blogi blogi

więcej blogów »
Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»