Olga Mickiewicz
30 sierpnia 2010

Wrestling po polsku

Musi boleć. To nie balet

Walczą Don Roid i Joe Legend. W pewnej chwili Joe wyrzuca o połowę mniejszego Dona poza ring. Don wstaje, po twarzy ścieka mu krew. – Zos-taw go! Zos-taw! – wrzeszczy publiczność.

Gorąco. Głośno. Większość widowni to ludzie młodzi. Przyszło też trochę dzieci, ciągną za ręce zdezorientowanych ojców i dziadków w stronę ringu. Walki toczą się w odrapanym klubie Karuzela na warszawskim Bemowie (Osiedle Przyjaźń, drewniane baraki zostały wzniesione w 1951 r. dla budowniczych Pałacu Kultury). Na Zachodzie wrestling to gigantyczny biznes, gale, na które przychodzą tysiące fanów, gwiazdy, gadżety, federacje, cała popkultura związana z czymś, co należałoby nazwać sportową rozrywką (patrz ramka). W Polsce ta rozrywka dopiero się rodzi. „Wrestling to sport dla debili”, „wszystko udawane”, „idioci, którzy odwalają jakieś teatrzyki” – opinie w Internecie nie są pochlebne.

W istocie walki są reżyserowane. Scenariusz układa organizator imprezy i sami zawodnicy. Wiadomo, kto wygra, chociaż nie wszystko na ringu da się przewidzieć. Zdarza się, że walczący odnoszą prawdziwe, czasami bardzo poważne obrażenia. – Wejdź na ring, przyjmij kilka ciosów, zobaczysz, że ból jest prawdziwy – mówią wrestlerzy. – Wrestling to nie balet, musi boleć.

Don Roid: przepraszam, czy jesteś wrestlerem?

Szczupły, niewysoki, ciemnowłosy Daniel Austin (jeszcze nie Don Roid) od dzieciństwa marzył, by zostać wrestlerem. Jego matka pracowała w lokalnej stacji radiowej w Pensylwanii i zawsze udawało jej się załatwić darmowe wejściówki na gale, gdy występowały największe gwiazdy. A kiedy Daniel odwiedzał swoją ciotkę, oglądał u niej walki na specjalnym kanale. – Gapiłem się w telewizor godzinami. Tyłek przyrastał mi do kanapy, ale to właśnie wtedy nabrałem pewności, że chcę walczyć tak jak słynni wrestlerzy.

Kilkanaście lat temu rozpoczął treningi. Regularnie wsiadał w autobus, który po 15 godzinach jazdy przywoził go z Eric (Pensylwania) do Manahawkin w stanie New Jersey. Uczył go Egzekutor (Tom Rumsby). – To był tak zwany jobber, czyli facet, który zawsze przegrywał, aby gwiazdy na jego tle mogły dobrze wypaść. Tak naprawdę był z niego kawał sukinsyna. Straciłem masę pieniędzy na jego niezrealizowane obietnice. Jednak Daniel trenował regularnie, najczęściej z synem swojego nauczyciela. – Mimo wszystko sporo zawdzięczam Tomowi. Nauczył mnie, jak wykorzystywać siłę, przy moim niewielkim wzroście.

Pierwszy raz wystąpił przed publicznością 24 lutego 2001 r. Wtedy jeszcze nosił pseudonim Cannibal Dan. – Naprawdę byłem kanibalem. Wchodziłem na ring i gryzłem ludzi.

Na tamtej gali, oprócz 750 widzów stłoczonych w sali gimnastycznej szkoły średniej w New Jersey, były obecne także gwiazdy: Brutus, The Barber Beefcake i The Bushwackers. Po walce rozdawali autografy. – Stałem tuż obok Brutusa. Przed nim ciągnęła się długa kolejka fanów i co jakiś czas któryś z nich pytał, czy też jestem wrestlerem. To było przeżycie!

Patrycja: to nie może się udać

Pierwszą galę wrestlingu zobaczyłam w Stanach i to był dla mnie szok kulturowy – wspomina Patrycja, żona Dona. – Najbardziej zaskoczył mnie kontakt zawodników z publicznością. Gala odbywała się w dzień, przy naturalnym świetle, poza muzyką nie było żadnych efektów specjalnych, a tłum szalał z emocji.

I właśnie w Ameryce Patrycja poznała Dona. Pracowali razem i on opowiadał jej o wrestlingu. Zakochali się w sobie, ale Patrycja wróciła do kraju. Miłość na odległość okazała się zbyt trudna, Don postanowił przyjechać do dziewczyny.

Na początku występował w całej Europie. Na Zachodzie prawie w każdym kraju jest jakaś federacja wrestlingu. We Francji na gale przychodzi po 20 tys. ludzi. Jednak w 2006 r. urodziła im się córka i Don postanowił trochę zwolnić. Chciał występować tylko w Polsce i wtedy zorientował się, że wrestling tutaj praktycznie nie istnieje. Postanowił założyć szkołę.

Don chciał, żeby treningi odbywały się w warszawskim klubie Stodoła, który atmosferą przypominał mu ECW Arenę w Filadelfii – słynne miejsce, gdzie odbywają się gale. Ale Patrycja zaproponowała klub Karuzela. Na studiach chodziła tam na dyskoteki. Teraz i Don uważa, że Karuzela to świetne miejsce, taka miniwersja Stodoły.

Kiedy już kupił ring do walk, Patrycja wątpiła, czy cokolwiek z tego wyjdzie. – Myślałam, że to szalony pomysł. Ale montowanie ringu w Karuzeli było świetną przygodą. Pamiętam lokalnych pijaczków niezwykle podekscytowanych tym wydarzeniem. Kiedy trzeba było posprzątać i powywozić wielkie drewniane płyty, w minutę załatwili traktor, po czym radośnie odjechali.

Na przełomie lipca i sierpnia 2009 r. ruszyła szkoła wrestlingu. Przyszło sześciu chłopaków, Don pokazał im podstawowe techniki i już 8 sierpnia urządzili pierwszy pokaz. – To jedyna profesjonalna szkoła takich zapasów nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie Wschodniej – twierdzi Don. – Na razie nie ma z niej dużych pieniędzy. Zacząłem więc też uczyć angielskiego, a bycie nauczycielem to trochę jak bycie wrestlerem. Przed swoimi uczniami musisz robić show, żeby nauka była bardziej atrakcyjna.

Pan Pawłowski: robię swoje

Do pierwszych uczniów Dona należy Arek z Gdańska, student amerykanistyki. Wygadany, obdarzony talentem aktorskim, zafascynowany zapasami w ringu od dziecka. Pierwsze walki oglądał w telewizji, gdy miał 5 lat, ze strachem, przez palce. – Mijały lata, a wrestling coraz bardziej mnie fascynował. Zacząłem szukać informacji na jego temat, ale po polsku niczego wtedy nie mogłem znaleźć.

Kiedy Don otworzył swoją szkołę, Arek został Panem Pawłowskim. – Mówi się, że wrestling to opera mydlana dla mężczyzn. Rzeczywiście, walki to długie fabuły, zawsze są dobrzy i źli bohaterowi, którzy mają swoje pseudonimy i własne, niepowtarzalne historie. Tutaj ważna jest osobowość, nie wystarczy hasać po ringu. Trzeba być kimś.

Arek niewątpliwie jest kimś. Jego hasło to „Nie ma lepszego od Pana Pawłowskiego”. Jako promotor federacji DDW Wrestling zamieszcza w Internecie filmiki – zaproszenia, informujące o dacie i miejscu kolejnej gali. W ciemnych okularach, garniturze, pokazuje się sam lub w towarzystwie kolegów.

Pod każdym filmem – kilkanaście niewybrednych komentarzy. Niektórzy uważają wrestling za niski rodzaj rozrywki, nawołujący do stosowania przemocy. Jeżeli ktoś jest uprzedzony, to szkoda czasu na przekonywanie – uważa Pan Pawłowski. On i tak robi swoje.

Rozumiem, że to jego pasja – mówi mama Arka, która przyjechała z Gdańska zobaczyć walkę syna na gali. – Trochę przeraża mnie agresja, nie chciałabym, żeby zajmował się wrestlingiem zawodowo. Ale każdy powinien poświęcać

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną