Znów Karzaj
Kompromis w karakułach
W 2002 r. Karzaj doczekał się prezydentury. Dostał ją od rady starszych wszystkich afgańskich plemion, która w zburzonym Kabulu obradowała w wielkim namiocie przywiezionym z Monachium, a zwykle używanym przy Oktoberfestach. Zgromadzenie uświetnił były król, sędziwy Mohammed Zahir Szah, sprowadzony z 30-letniego wygnania we Włoszech.
Karzaj jeszcze dwukrotnie wygrywał wybory prezydenckie – w 2004 i 2009 r., obie elekcje nie spełniły demokratycznych standardów. Trudno oszacować, ile oddano na niego głosów, bo spisy wyborców są nieaktualne, liczenie głosów, zwłaszcza w oddalonych miejscowościach, gdzie urny z kartami transportowane są często na grzbietach osłów, odbywa się poza wszelką kontrolą. Na listach głosujących znajdują się martwe dusze, a żywi wykorzystują urzędniczy galimatias i głosują kilkakrotnie. W tym roku do wyborczych przewin doszły jeszcze ewidentne fałszerstwa, których dopuścili się urzędnicy, chcący zapewnić ponowny wybór urzędującemu prezydentowi, gwarantowi ich posad i przywilejów.
Potrzeba gruntownej reformy
Karzaj wygrywał wybory, a z biegiem lat sytuacja w Afganistanie supłała się coraz bardziej. Miesiąc miodowy dobiegł końca już w 2003 r. wraz z amerykańską inwazją na Irak, kiedy George Bush zbyt optymistycznie uznał, że rozprawa z talibami jest już tylko kwestią czasu i skoncentrował się na obalaniu reżimu Saddama Husajna. Okazało się jednak, że talibowie rychło odzyskali wigor i na nowo zaczęli siać zamęt w Afganistanie. Bez alianckiego wsparcia Karzaj był bezradny wobec odradzającej się potęgi talibów, tym bardziej że afgańska armia powstająca w bólach jest wciąż zbyt mała, słaba, nadal wymaga intensywnych szkoleń.
Choć znów wygrał wybory, jego poparcie słabnie. Za granicą pozuje na liberała, ale w kraju musi przypodobać się konserwatystom, podpisał m.in. kodeks rodzinny, nakazujący kobietom posłuszeństwo wobec mężów. Jednocześnie rodacy oskarżają go – a w Afganistanie to zarzut najcięższego kalibru – że popada w postępujące uzależnienie od zachodnich aliantów.
Co mógł i powinien zrobić Karzaj w ciągu pierwszych lat rządów, to zahamować korupcję i ograniczyć produkcję narkotyków. Sprzedajni urzędnicy i pieniądze płynące z handlu opium to dwa główne źródła siły talibów.
Coraz dobitniej zwraca na to uwagę Barack Obama. Zniecierpliwiona, głodna sukcesu w Afganistanie ekipa Obamy wytyka Karzajowi, że nie chcąc narazić się żadnej afgańskiej frakcji, idzie na zbyt daleko posunięte kompromisy, nie tylko nie ściga podejrzanych o zbrodnie wojenne, ale jeszcze zaprasza ich do rządu. I nie potrafi sobie poradzić z własnym bratem, wpływowym w południowym Afganistanie, który jest od lat podejrzewany o szmugiel opium.
Listę pilnych wyzwań stojących przed prezydentem sporządził dziennik „New York Times”. I tak: do rządu należy wciągnąć wpływowych opozycjonistów. Trzeba zmienić tych gubernatorów, którzy zamiast brać się za odbudowę, dbają o napełnianie swoich portfeli. Nieudolnie walczące z korupcją MSW nadaje się już tylko do gruntownej reformy, podobnie resorty rolnictwa i energii. Wreszcie Karzaj musi lepiej dogadywać się z Amerykanami, tym bardziej że powodzenie Karzaja to powodzenie prezydenta USA i ważne punkty u amerykańskich wyborców.
Prezydent apeluje do zachodnich krytyków o zrozumienie afgańskiej specyfiki. Sprzeciwił się forsowanemu przez Obamę opryskiwaniu pól zabójczymi dla maków chemikaliami, bo to mogłoby doprowadzić do buntu chłopów żyjących niemal wyłącznie z uprawy maku. Odgryza się Waszyngtonowi, najczęściej korzystając z argumentów podsuwanych przez samych Amerykanów, którzy w pościgu za talibami bombardują domy niewinnych cywili. Chcą nie chcąc, Amerykanie są skazani na współpracę z Karzajem. Na afgańskiej scenie politycznej nie widać przywódcy większego formatu, a nawet gdyby się taki ujawnił, do 2014 r. nie będzie okazji, by mógł w Afganistanie przejąć władzę.

