Ile zostało z NRD?
Sąsiedzi
Kwitnące krajobrazy
Na pierwszy rzut oka była NRD przypomina dziś obiecywane przez Kohla „kwitnące krajobrazy”. Wydajność gospodarki wschodnioniemieckiej i standard życia są co prawda niższe niż na zachodzie, niemniej rezultaty są lepsze niż się powszechnie odczuwa, choć gorsze niż oczekiwano. Za grzech pierworodny gospodarczego zjednoczenia krytycy uważają przelicznik 1:1 (jedna marka zachodnia za jedną wschodnią) unii walutowej z 1990 r. Niesłusznie, powtarza Paqué. Dzięki tej relacji płace w nowych landach, o dwie trzecie niższe niż na zachodzie, dokładnie odpowiadały poziomowi wydajności enerdowskiej gospodarki.
W wyniku szybkiego zjednoczenia już w 1990 r. załamał się enerdowski przemysł. Nie ratowano go zresztą, przyjmując zasadę, że absolutne pierwszeństwo ma prywatyzacja prowadzona przez specjalny Urząd Powierniczy. Zakończono ją już cztery lata później, sprzedając, po części za bezcen, większość z 14 tys. zakładów. Rezultatem piorunującej prywatyzacji był deficyt 200 mld marek w nowych landach oraz utrata 2,5 mln miejsc pracy w przemyśle (dla porównania: w Polsce podobna skala prywatyzacji przyniosłaby 6 mln bezrobotnych!). Ponadto liczne afery związane ze sprzedażą majątku NRD zdyskredytowały całą strategię zjednoczenia, którą wielu odebrało jako swoistą kolonizację Niemiec wschodnich.
Mimo to z ekonomicznego punktu widzenia bilans prywatyzacji okazał się korzystny. Udało się stworzyć archipelag firm rozwojowych, opartych na najnowocześniejszych technologiach. Nabywcy prywatyzowanych zakładów w dużej mierze dotrzymali obietnic inwestycyjnych i zatrudnienia, a przyjęte przez nich modele gospodarcze okazały się trafne. Większość sprzedanych wtedy zakładów jest dziś rentowna. Uwolniono się też od zmory gospodarki w innych krajach byłego bloku radzieckiego – gigantycznych kombinatów subwencjonowanych przez państwo.
Równolegle do prywatyzacji rozbudowano i unowocześniono infrastrukturę. W 1992 r. nowe landy wytwarzały zaledwie 3,4 proc. ogólnoniemieckiej produkcji przemysłowej, w ubiegłym roku już niemal 10 proc. Również wyraźnie wzrosła wydajność pracy. W 1991 r. wschód osiągał mniej niż jedną czwartą zachodniej wydajności pracy, w ubiegłym roku już 78,3 proc. Niemniej nadzieje na błyskawiczny wzrost gospodarczy okazały się płonne. Pod koniec lat 90. skończył się boom budowlany, wkrótce też zaczęły się kurczyć subwencje i przestały rosnąć płace – od 10 lat wynoszą dwie trzecie zachodnich. Stagnację płac ułatwia fakt, że na wschodzie związki zawodowe są słabe, oraz nadzieja, że dzięki „dumpingowi płacowemu” Niemcy wschodnie będą atrakcyjnym miejscem inwestycyjnym.
Jednak niższa wydajność pracy nie wynika ani z gorszego wyposażenia zakładów, ani z gorszego wykształcenia pracowników, lecz z płynności kadr. Ludzie wciąż ciągną na zachód. Około 300 tys. mieszkańców b. NRD codziennie dojeżdża do pracy w dawnej RFN, gdzie bez kłopotów osiąga wydajność swych zachodnich kolegów. Niższa wydajność na wschodzie wiąże się ze strukturą produkcji. Te eksportowe, wymagające wysokich technologii, nadal wytwarza się głównie na zachodzie. W 2008 r. niemal 46 proc. produkcji zachodnioniemieckiej szło na eksport, podczas gdy na wschodzie udział ten wynosił tylko 33 proc. To wciąż więcej niż 10 lat temu, gdy na eksport szło zaledwie 20 proc. towarów.
Gospodarcza słabość nowych landów wynika ze „struktury postkolonialnej”. 5 lat temu aż 75 proc. przedsiębiorstw miało miejscowych właścicieli, którzy zatrudniali średnio po 12 pracowników – za mało na innowacyjność i produkcję eksportową. To w takich zakładach pracuje niemal połowa zatrudnionych we wschodnioniemieckim przemyśle. Reszta – w dużych firmach zachodnich i zagranicznych, które swe filie na wschodzie wprawdzie wyposażają w najnowocześniejszą aparaturę, ale przenoszą tam tylko standardową produkcję, a instytuty badawcze zostawiają na zachodzie.
Skuteczność transformacji w nowych landach ilustruje porównanie z Polską i Czechami. W latach 90. Jerzy Kleer mógł dowodzić, że polski model, przy nieporównanie mniejszym wsparciu z zewnątrz, dawał szybsze efekty niż te osiągane w byłej NRD, gdyż tolerując szarą strefę, pobudzał inicjatywę oddolną oraz pozwalał wykształcić własną, a nie z importu, warstwę właścicieli i menedżerów. Awans Niemiec wschodnich widać dziś najlepiej w zestawieniu z Czechami, które przed 1989 r. były mniej więcej na tym samym poziomie co NRD. Czeski robotnik zarabia jedną piątą tego co zachodnioniemiecki, a jego wydajność jest o dwie trzecie mniejsza. Ale Czechy nie miały zmasowanego programu pomocy gospodarczej. Nie miały dostępu do nowoczesnych firm i zastrzyków inwestycyjnych z tego samego kręgu kulturowego. Dlatego czeski pościg za Zachodem okazał się trudniejszy niż sądzono.
Tymczasem nowe landy są w trakcie wielkiego skoku. Celem jest takie wzmocnienie innowacyjności ich gospodarki, by własną produkcją finansowały swą konsumpcję. Dopiero wtedy będzie można odłączyć finansową kroplówkę z zachodu, przewidzianą zresztą tylko do 2019 r. Na razie Niemcy wschodnie wciąż wymagają zasilania, ale ich deficyt jest o 70 proc. niższy niż 10 lat temu, a jednym z jego istotnych składników są wysokie świadczenia socjalne należne tym, którzy pracują na zachodzie, ale mieszkają na wschodzie, oraz renty pochodzące jeszcze z czasów NRD.

