Adam Krzemiński
17 listopada 2009

Ile zostało z NRD?

Sąsiedzi

Zmiana biotopu

20 lat po upadku muru Niemcy nadal nie są wewnętrznie zjednoczeni, narzekała w styczniu „Berliner Zeitung”. Zaledwie 22 proc. byłych enerdowców uważa się za rzeczywistych obywateli Republiki Federalnej, natomiast aż 62 proc. czuje się w stanie zawieszenia. Nic ich już nie łączy z NRD, ale też niewiele z republiką berlińską. Ale i to rozdwojenie nie jest dramatyczne. Zaledwie 11 proc. Niemców chciałoby powrotu NRD, za to aż 40 proc. nastolatków już w pełni utożsamia się z Republiką Federalną. Czyżby więc wystarczyło odczekać, by odeszło pokolenie pamiętające państwo Ericha Honeckera? Niezupełnie. 20 lat po zjednoczeniu na wschodzie następuje nieprzewidziany proces, który socjolożka z Dessau Regina Bittner nazywa „samouetnicznianiem się” byłych enerdowców, poczuciem trwałej odmienności od Niemców zachodnich.

Toralf Staudt, jeden ze współzałożycieli opozycyjnego „Nowego Forum” na enerdowskiej prowincji, idzie jeszcze dalej i kulturowy szok zjednoczenia porównuje ze wstrząsem, jaki przechodzą imigranci przenoszący się z jednego kraju do drugiego. I nie ma znaczenia, że ossi nie ruszali się z miejsca. Niemal z dnia na dzień zmienił się ich cały biotop: instytucje, kultura prawna i ekonomiczna, konwencje zachowań, towary konsumpcyjne, styl życia. Po krótkiej rewolucji przerwanej otwarciem muru obudzili się w innym państwie i innym społeczeństwie, które miało swe utrwalone struktury, własne hierarchie i nie było zainteresowane dorobkiem „wschodnich aborygenów”. Nowym landom z dnia na dzień narzucono zachodnie struktury administracyjne, gospodarcze, prawne. Kluczowe stanowiska zajęli spadochroniarze z zachodu. Natomiast miejscowi czuli się abgewickelt, odłożeni ad acta.

Potoczne opinie o Niemcach wschodnich są skrajnie rozbieżne. Gdy po 1989 r. ossi runęli na zachód, komedie filmowe wyśmiewały ich nieporadność. Zarazem uchodzili za bardziej ruchliwych i przedsiębiorczych od sytych i wygodnych wessi. Również socjologowie nie byli zgodni. Po zjednoczeniu przyznawali enerdowcom ogromną mobilność – w końcu to oni masowymi ucieczkami na zachód wymusili zjednoczenie – ale gdy w końcu nadeszło, większość musiała dokładnie przenicować całe swoje życie. Zmienić wartości, zawody, przyzwyczajenia, pogląd na świat, a wielu także miejsca zamieszkania. Ci aktywni nadal ciągnęli na zachód. Ci, którzy pozostali u siebie, stali się imigrantami, nie zmieniając miejsca zamieszkania.

Początkowo kompleksy ubogiego krewnego wielu przesłaniało ostentacyjną dumą z przynależności do Republiki Federalnej. Ale od hasła „jestem dumny, że jestem Niemcem” był tylko krok do ksenofobii i sobkostwa tych, którzy rozszerzenie UE na wschód uważali za zagrożenie swej słabej pozycji w zjednoczonych Niemczech. Problem Niemców z NRD polegał na tym, że już przed 1989 r. w odróżnieniu od Węgrów czy Polaków mieli zachwiane poczucie tożsamości. Byli jakoś tam dumni z sukcesów sąsiedniej Republiki Federalnej, ale też zawistni niczym nieudacznik, który nie daje sobie rady, więc kozła ofiarnego szuka w innych. Przez moment poczuli się podmiotem historii, gdy w czasie demonstracji w Lipsku jesienią 1989 r. skandowali: „My tu zostaniemy”, a rządzącym rzucali w twarz hasło: „To my jesteśmy ludem”. Jednak wkrótce pęd do zjednoczenia przytłumił rewolucyjny impet.

Chęć szybkiej ucieczki od siermiężnej enerdowskiej rzeczywistości i wola upodobnienia się do krewnych z zachodu miały zdusić wschodnią tożsamość. Sam fakt bycia Niemcem miał uprawniać do zachodniej manny z nieba… Można to było zauważyć w podejściu do Polaków: tuż po otwarciu muru grupa Niemców z NRD z niechęcią przyglądała się „polskiemu targowi” w Berlinie Zachodnim. Każdy miał w kieszeni po 100 zachodnich marek „powitalnego”, wypłacanych enerdowcom przez rząd federalny. – Polski bałagan, na naszych gazetach sprzedają nasze masło! – wybuchnął któryś. Na uwagę, że przecież sam mógłby sobie podwoić „powitalne”, rozkładając obok podobny kram, odpowiedział z dumą: – My nie handlujemy, my jesteśmy Niemcami.

Ale to już także nieprawda. Wielu Niemców z NRD przejawiało po otwarciu muru taką samą zawziętą przedsiębiorczość jak Polacy. Publicyści gospodarczy z uznaniem piszą o specyficznym typie wschodnioniemieckiego menedżera, który akceptuje mechanizmy gospodarki rynkowej, ale zarazem pielęgnuje rodzinne kontakty z pracownikami oparte na wspólnocie, zaufaniu i kontakcie osobistym. Są jakoby bardziej ludzcy, a zarazem elastyczni i skłonni do ryzyka. Stąd sukcesy małej i średniej przedsiębiorczości w byłej NRD. Dla nich 1989 r. był wyzwoleniem. Podobnie twierdzi Wolfgang Engler w przekornej książce „Niemcy wschodni jako awangarda”. Jego zdaniem enerdowcy weszli do RFN z „przewagą zacofania”. Ponieważ park maszynowy enerdowskich fabryk był po części przedpotopowy, więc najbardziej wykwalifikowani fachowcy byli złotymi rączkami, mieli wyrobiony zmysł improwizacji, racjonalizacji i majsterkowania. Bez trudu zamienili socjalistyczny kolektyw na kapitalistyczny team work.

Przywiązani do regionu

Jeśli coś daje Niemcom ze wschodu poczucie własnej wartości, to nie punktowe sukcesy transformacji, tylko więź z regionem. Jesienią 1989 r. demonstranci w Dreźnie powiewali saskimi flagami, a po zjednoczeniu przez moment powstał nawet pomysł restytucji Prus poprzez połączenie Berlina i Brandenburgii, co u nas wywołało nerwową niechęć, że może się za tym kryć nowy kult Fryderyka II. Ale to nie tak. Wschodnioniemiecka więź z regionem wcale nie idzie w parze z zagłębianiem się w jego historię. Dziś w Berlinie Fryderyk II – poza pomnikiem na Unter den Linden – jest widoczny w wielu miejscach, choćby jako emblemat knajp. Ale fryderycjański duch nie wraca. Podobnie jest w Dreźnie, gdzie August Mocny jest wykorzystywany jako etykieta Saksonii i bohater barwnych legend, ale nic więcej z tego nie wynika.

Po 1989 r. tożsamość regionalna okazała się plastrem na rozchwiane samopoczucie narodowe i rozpad nieformalnych grup przyjacielskich z czasów enerdowskich. Socjolog Wolfgang Bergem twierdzi wręcz, że emocjonalna więź z Saksonią, Turyngią czy Brandenburgią pozwoliła zmniejszyć poczucie obcości wobec Niemców zachodnich, bo oni też pielęgnowali więzi ze swymi regionami – Bawarią, Badenią czy Hesją. Równocześnie pozwalała uwolnić się od postenerdowskiego piętna i zachować dystans do Europy, która w nowych landach była dość abstrakcyjna, a po 1989 r. nie kojarzyła się jak na zachodzie z pojednaniem z dziedzicznymi wrogami, lecz z kolejnym zagrożeniem – napływem obcych, konkurencją na rynku pracy, utratą niemieckiego ducha.

Wprawdzie na początku lat 90. skini napadali na schroniska dla azylantów również na zachodzie, ale to pożary w Rostocku i Hoyerswerdzie najbardziej wbiły się w pamięć. Dziś neonazistowska NPD istnieje także na zachodzie, ale nigdzie nie ma tak silnej pozycji jak w Saksonii czy Meklemburgii. Wszystkie badania potwierdzają, że 20 lat po upadku muru w nowych landach ksenofobia jest większa niż w Niemczech zachodnich. Socjolodzy tłumaczą, że część byłych enerdowców uznaje warunki, w których się znaleźli po zjednoczeniu, za niesprawiedliwe i dlatego nie jest w stanie rozwinąć w sobie poczucia empatii wobec obcych i słabszych. „Dla nas nie ma pracy, a te darmozjady żyją na koszt niemieckiego państwa” – można usłyszeć nawet od ludzi, którym do głowy by nie przyszło głosować na NPD.

Poczucie krzywdy nakręca w nowych landach rasizm, islamofobię i niechęć do obcych. Dotyczy to również ich stosunku do Polaków w rejonach przygranicznych, gdzie NPD na niechęci do Polaków buduje swoje kampanie wyborcze. Coś na wschodzie nowych landów poszło nie tak. Szosy są znakomite, pałace odnowione, infrastruktura zmodernizowana, tylko wieczorem w większości domów ciemne okna. Frankfurt nad Odrą stracił niemal co piątego mieszkańca, zapowiadane przez Kohla „kwitnące krajobrazy” tutaj się nie ziściły. Ale nie sprawdziły się czarne scenariusze socjologa Jörga Dürrschmidta, że jeśli Niemcy nadal będą w tym tempie wyprowadzać się też na zachód, to pogranicze polsko-niemieckie stanie się „dziką strefą”, w której straże obywatelskie będą chroniły etniczne „przestrzenie obronne”. Przykład Görlitz czy Löcknitz, gdzie osiedlają się polscy szczecinianie, pokazuje, że możliwe są również bardziej optymistyczne scenariusze.

Nie płakaliśmy po NRD

Dzisiejsze Niemcy wschodnie nie mają wiele wspólnego z dawną NRD. Pokoleniu 89 ani w głowie zakorzenianie się w tamtej przeszłości, dla nich „wschodniactwo” to nie kryptonim NRD i nostalgii za nią, lecz świadomość odrębnego doświadczenia z przestrzenią pośrednią, która powstała po zniknięciu NRD i niedotarciu jeszcze do zjednoczonych Niemiec. Ostdeutschland to hybryda, mówi Ina Dietzsch z berlińskiego Instytutu Etnologii Europejskiej. Trochę nostalgii tych, którzy nie potrafili się dostosować, ale także gotowość do ryzyka i kreatywność. Wschodnioniemiecka tożsamość staje się nawet rozpoznawalnym formatem handlowym – 20 lat po zjednoczeniu powracają reedycje byłych marek enerdowskich, od papierosów Caro i Trabantów, po wafle Schlagersüßtafel czy słodycze Zetti, poprzez enerdowskie gadżety, aż po filmy i pisma, żerujące na tutejszych klimatach mentalnych.

NRD okazała się epizodem w historii Niemiec i Europy. Powstała w 1949 r. z radzieckiej strefy okupacyjnej jako odpowiedź na utworzenie Republiki Federalnej. Dla Stalina była jednym wielkim garnizonem armii radzieckiej i ryglem wobec niepewnych „bratnich krajów” z Europy Wschodniej. Dla USA, Anglii i Francji – straszakiem przyspieszającym integrację pozostałych Niemiec z Zachodem. A dla nas w czasach PRL – z jednej strony jakimś zabezpieczeniem granicy na Odrze i Nysie, a z drugiej „czerwonymi Prusami”, z tępymi dogmatykami u władzy, nafaszerowanymi anabolikami sportowcami, z mundurami przypominającymi Wehrmacht i z wojskowymi manewrami na granicy z Polską w czasie Solidarności.

W 1989 r. nikt u nas po NRD nie płakał i nie próbował – jak Margaret Thatcher i François Mitterrand – zahamować zjednoczenia. Posłowie Solidarności jeszcze przed upadkiem muru głośno mówili, że Niemcy mają do niego prawo, bo demokratyczne i zamożne Niemcy będą dla Polski lepszym sąsiadem. Na tym polegała polsko-niemiecka wspólnota interesów. W 1989 r. – pisał znakomity historyk niemiecki Heinrich-August Winkler – po raz pierwszy w dziejach najnowszych Europy „kwestia niemiecka” – potrzeba zjednoczenia oraz „kwestia polska” – potrzeba niepodległości, nie wykluczały się wzajemnie, lecz wspierały. W warunkach demokracji i jednoczenia się Europy stalinowski rygiel, jakim była NRD w środku Europy, mógł zniknąć. I na szczęście – wbrew pozorom, „ostalgii” i frazeologii postenerdowskiej PDS – niewiele po nim pozostało.

Tęsknota za taką NRD, jaką była, to nieistotny margines. Natomiast Niemcy wschodnie stają się żywym źródłem twórczej odrębności mentalnej i kulturalnej. Dlatego rację ma Ijoma Mangold, gdy pisze w „Die Zeit”, że zamiast narzekać, Niemcy powinni polubić swoją różnorodność, a nawet mogliby być trochę dumni ze swych wzajemnych uprzedzeń...

Adam Krzemiński

Dane do wykresów w tekście:
Statistische Ämter Des Bundes Und Der Länder,
German Government Report On State Of Unification.

Grecja 5
Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»