Janusz Onyszkiewicz
7 marca 2010

Czy NATO umrze za Gdańsk?

Czynnik odstraszania

Tego rodzaju pytania pojawiają się zresztą nie tylko w wypadku całkowicie nowych zagrożeń. Cała praktyka NATO z czasów zimnej wojny oparta była na założeniu, że możliwy konflikt będzie miał charakter zmasowanego ataku, a jego politycznym celem byłoby całkowite pokonanie, a nawet zniszczenie przeciwnika. Tymczasem już od dłuższego czasu powszechną praktyką jest podejmowanie działań wojskowych poniżej progu tak rozumianej wojny. Konflikt o Falklandy na przykład nie miał, formalnie rzecz biorąc, charakteru pełnej wojny między Wielką Brytanią i Argentyną, podobnie jak atak w 1978 r. na Wietnam (mimo zaangażowania weń kilku dywizji), kiedy to Chinom chodziło jedynie o danie lekcji niepokornym sąsiadom, czy też starcia pomiędzy Chinami i Indiami w Himalajach. Izrael przeprowadził liczne naloty lotnicze na terytoria Syrii, Libanu czy Iraku. W tych działaniach chodziło nie o zniszczenie przeciwnika, a o jego polityczne zmiękczenie przez pokazanie własnej determinacji i własnych możliwości lub o wyeliminowanie pewnych potencjalnych zagrożeń.

Ten czynnik odstraszania staje się obecnie jednym z ważniejszych, ale i bardziej trudnych dla NATO. O ile bowiem w czasach zimnej wojny odstraszeniem dla zmasowanego (a tylko taki wchodził w grę) ataku była podobna zmasowana odpowiedź, o tyle przy ataku ograniczonym co do skali, celów i trwania sprawa staje się dużo trudniejsza. Znika potrzeba natychmiastowej odwetowej reakcji. A to oznacza, że zaczynają się polityczne debaty nad tym, co dalej, a ich efektem mogą też być jedynie działania na arenie dyplomatycznej, np. na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ, której decyzje, jako że wymagają jednomyślności wszystkich stałych członków, wcale nie muszą być oczywiste.

Czy cała sprawa nie zostałaby więc rozmyta w trakcie rozmaitych debat i w wyniku obaw o to, by ewentualna odpowiedź NATO nie doprowadziła do dramatycznej eskalacji konfliktu (nowa wersja problemu, czy umierać za Gdańsk!). Gdyby tak się stało, wiarygodność Sojuszu ucierpiałaby niepomiernie. Jedynym wyjściem jest więc opracowanie odpowiednich planów reakcji (także z użyciem środków wojskowych) i polityczne ich zatwierdzenie, aby dać im walor natychmiastowej wykonalności oraz podanie ich istnienia (nie ich treści!) do publicznej wiadomości.

Warto przytoczyć scenariusz Imbi Paju, znaczącej postaci estońskiego świata polityki. Przypuśćmy, że w Estonii lokalni ekstremiści podejmują działania mające zastraszyć mniejszość rosyjską. Rosja może zresztą skrycie ich do tego zainspirować, a otwarcie zażądać od władz estońskich ostrego przeciwdziałania. Wyobraźmy sobie dalej, że aktywiści rosyjscy (znów z cichym wsparciem Moskwy) tworzą grupy samoobrony, zaczynają patrolować ulice i tworzyć kontrolne posterunki. Kiedy władze Estonii próbują przeciwdziałać, Kreml protestuje; rosyjscy „ochotnicy” zaczynają przekraczać granicę twierdząc, że ich celem jest obrona współziomków przed „faszyzmem”. Media rosyjskie podchwytują temat z entuzjazmem. Władze Rosji stwierdzają, że nie mogą dłużej powstrzymywać spontanicznej, patriotycznej reakcji swych obywateli. A warto tu dodać, że ochrona obywateli Rosji, gdziekolwiek się znajdują, jest, według najnowszej doktryny rosyjskiej, zadaniem dla rosyjskich sił zbrojnych. Czy w tej sytuacji nie mogą one być użyte do zmiękczenia władz estońskich? Zauważmy ponadto, że taki scenariusz jest do pomyślenia i dla Łotwy, a także dla szeregu krajów spoza NATO, jak Ukraina (Krym!).

Nowa doktryna strategiczna

W naszym regionie istnieje nie tylko NATO. Jest też Unia Europejska, a art. 41 obowiązującego już traktatu lizbońskiego mówi: „Jeśli kraj członkowski jest ofiarą zbrojnej agresji na swe terytorium, pozostałe Kraje Członkowskie będą miały wobec tego kraju obowiązek udzielenia wsparcia i pomocy wszystkimi siłami, jakie stoją w ich dyspozycji, zgodnie z art. 51 Karty Narodów Zjednoczonych”.

Czy ten zapis to jedynie powtórzenie Karty ONZ czy dalej idące zobowiązanie? Po co jednak byłoby go powtarzać, kiedy praktyka całego istnienia ONZ pokazuje całkowitą tego przepisu nieskuteczność? Na jakiego rodzaju praktyczną pomoc napadnięty kraj może zatem, a nawet ma prawo liczyć? Unia nie jest sojuszem wojskowym (są w niej państwa neutralne jak Irlandia, wobec tego nie należy oczekiwać takich działań, jakie (przynajmniej w teorii) powinno w takiej sytuacji podjąć NATO. Co jednak zrobi?

O ile reakcja całej Unii jest wysoce niejasna, to w wypadku ataku zbrojnego na któryś z krajów członkowskich Unii Zachodnioeuropejskiej sprawa powinna być stosunkowo prosta. Wspomniany wyżej traktat brukselski nadal przecież obowiązuje (choć struktury tego paktu zostały już przed laty rozwiązane) i zmusza jego sygnatariuszy do natychmiastowej reakcji. Tyle tylko, że wszystkie te kraje są też członkami NATO i to na tej instytucji spocząłby obowiązek działania. Co jednak, jeśli ofiarą napaści stanie się kraj Unii, który nie jest w NATO?

Sojusz Północnoatlantycki rozpoczął prace nad nową doktryną strategiczną. Niedawno wszedł w życie traktat lizboński. Czas więc najwyższy, by poważnie podejść do spraw bezpieczeństwa krajów obszaru atlantyckiego. Polska i inne kraje członkowskie muszą wiedzieć, na co ze strony NATO czy Unii Europejskiej mogą liczyć.

Jak widać z powyższych rozważań, należy poddać nowej i jasnej interpretacji gwarancje bezpieczeństwa zawarte w art. 5, pilnie wdrożyć prace nad planami operacyjnymi uwzględniającymi nowe scenariusze agresji (a więc zarówno agresji z wykorzystaniem niewojskowych środków, jak też ataków poniżej progu wojny) i odpowiedzi na nie. Z agresorami bowiem jest tak jak z przestępcami. Odstraszyć ich może tylko przekonanie o nieuchronności odpowiedzi i to takiej, że agresja nie będzie się opłacać.

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną