Co po polskiej prezydencji
Razem, gdzie tylko się da
Tak jak święta skończyła się i polska prezydencja w Unii. Polska – ze względu na wielkość swej gospodarki i nieobecność w grupie euro – nie była najważniejsza na wybiegu, ale z prezydencji Warszawa wywiązała się jak należy. Po pierwsze, nie było wpadek ani żadnej z nikim awantury. Po drugie, we wszechobecnym kryzysie jedność Unii została zachowana. Premier Tusk – na zakończenie polskiej kadencji – publicznie i emocjonalnie apelował w Parlamencie Europejskim, by nie dzielić Unii na lepszych i gorszych. I na roboczym forum w Brukseli też odgrywał rolę spinacza między strefą euro i resztą. Chodziło o zaakcentowanie, że Europa, mimo kryzysu, przecież żyje i działa.
Pomimo pierwszych symptomów ozdrowienia Unię nadal jednak trawi gorączka. Dla ratowania wspólnej waluty euro sięgnięto po projekty dotychczas nie do pomyślenia, jak wspólne przeglądanie budżetów narodowych przed wysłaniem ich pod obrady parlamentów! Być może nagle pchną proces integracji gwałtownie naprzód – ku jakiejś wersji Stanów Zjednoczonych Europy. W końcu konfederacja szwajcarska też zaczynała się od wielkiego konfliktu, a nawet wojny domowej.
Na razie jednak cały federacyjny scenariusz zawisł w próżni, bo choć świat gospodarczy pcha Unię w stronę integracji, to świat polityczny nie wie, jak Unia ma sobie poradzić z jednym „drobnym” problemem, czyli wzrostem egoizmów narodowych. Coraz trudniej jest godzić interes własny ze wspólnym. Na ten czas niepewności trzeba ustawić jakieś drogowskazy. Jeśli chodzi o nas, proponujemy trzymać się paru czytelnych wskazań.
1. Pamiętać, ile nam Unia dała.
Nie bardzo chcemy zmieniać Unię. Europa to dla Polaków normalność. Przystąpienie do niej zakończyło nasze przygody z historią, które ciągnęły się od końca XVIII w. Europa dała nam poczucie bezpieczeństwa, dzięki któremu zaczęliśmy wierzyć, że należymy do lepszego świata. Przekazała fundusze, których efekty widać w każdym mieście i w każdym gospodarstwie rolnym (tylko w ramach tzw. funduszy spójnościowych od 2007 r. do 1 stycznia 2012 r. Polacy złożyli 206 tys. wniosków, a podpisali ponad 65 tys. kontraktów, w których udział finansowy Unii wynosi 195,2 mld zł).
Stworzyła także szansę podglądania, jak sukces osiągnęli najlepsi. Stało się to możliwe dzięki otwarciu rynków pracy. Z ostatniego spisu powszechnego wynika, że 1,1 mln naszych rodaków pracuje za granicą – ogromna ich większość w Unii. Największym dobrodziejstwem okazał się wspólny rynek, weszliśmy na niego odważnie i z impetem i zaczęliśmy sprzedawać na potęgę – od owoców po telewizory plazmowe. Europa zmusiła nas do wielkich zmian. Najpierw w procesie akcesji (przyjęliśmy w ramach aquis communautaire tysiące aktów prawnych), ale i teraz przez ciągłe podnoszenie poprzeczki. Prawda jest taka, że nadal potrzebujemy mobilizacji. Jesteśmy coraz lepsi w zmienianiu naszej rzeczywistości gospodarczej i społecznej, ale Europa szalenie nam w tym pomaga.
W rezultacie popieramy UE instynktownie, jako najlepszą rzecz, która nam się ostatnio przydarzyła. Nie wolno jednak dopuścić, by nam Unia spowszedniała, żebyśmy o pożytkach z niej zbyt szybko zapomnieli.
2. Nie obrzydzać sobie euro.
Polska boi się też, że ktoś zacznie majstrować przy pieniądzach z unijnego budżetu, które w naszym powszechnym odczuciu należą się nam z urzędu na następnych kilka lat. Trzeba jednak mieć świadomość, że czas solidarności się kończy. Ratowanie euro kosztuje i niedługo pojawi się argument, że trzeba zaoszczędzić na tych, którzy radzą sobie przyzwoicie, czyli na nas.
Ojcowie starej Europy marzyli o najważniejszym – kontynencie bez wojny. Ich spadkobiercy za długo jednak wierzyli, że to wystarczy.
Politycznie projekt był oparty na kontrakcie – każdy coś zyskiwał i coś inwestował. Przystępując do strefy euro, kraje Południa sądziły, że rezygnują z instrumentu dewaluacji własnej waluty, ale zyskują niskie stopy procentowe wspólnego pieniądza. Teraz to się skomplikowało.
Kłopoty Grecji i Włoch mogą naszemu społeczeństwu obrzydzić euro, zanim do niego przystąpimy. Tymczasem, niezależnie od dzisiejszych wstrząsów, euro przez lata wzmacniało Europę i przedsiębiorczość. To pieniądz tańszy, pobudzający inwestycje. Utrzymywanie własnej waluty i konieczność jej wymiany na walutę europejską w sytuacji, kiedy cała Polska większość swych transakcji międzynarodowych realizuje w ramach strefy euro, pociąga za sobą koszty obliczane na 20 mld zł rocznie. Dlaczego ten argument tak słabo się przebił do opinii publicznej?
3. Dbać o swój statek we flotylli.
Unia jest w wielu sprawach pomocna, niezbędna, ale nie likwiduje wyścigu między krajami. Za czasów de Gaulle’a celowo dążono do stworzenia luźnej Europy ojczyzn. Teraz szef Rady Europejskiej Hermann van Rompuy mówi raczej o jednej flotylli, w której każdy płynie oddzielnie, ale w tym samym kierunku. Unia nie zastępuje odpowiedzialności elit narodowych za rozwój kraju. Jest też wygodnym chłopcem do bicia: jak trzeba było u nas likwidować mleczarnie, które nie spełniały standardów sanitarnych, to spychano winę na Unię.
W obecnym kryzysie widać jak na dłoni, że są kraje, którym się powiodło – Szwecja, Dania, Finlandia, Holandia – znajdują się w czołówce, prowadzą rozsądną, wyważoną politykę. Grecja, Włochy, Portugalia, Hiszpania wloką się z tyłu (skrajności: w grudniu bezrobocie w Niemczech spadło i jest najniższe od 20 lat – 6,8 proc., a w Hiszpanii ciągle rośnie i dochodzi do 23 proc.). Unia daje szanse na sukces, ale trzeba samemu umieć o niego zadbać.
4. Nie obrażać się na różnice.
Niemcy wycofały się parę miesięcy temu z energetyki atomowej, nikogo o tym nie uprzedzając, chociaż każdy odczuje gigantyczne konsekwencje takiego posunięcia. Gazociąg Nabucco, mający transportować surowiec z Azji Środkowej, od lat czeka na wbicie pierwszej łopaty. Francja boi się gazu z łupków. Narzuca się pytanie: gdzie tu wspólna linia? Za różnicami stoją wielkie interesy rywalizujących ze sobą firm. Jak to w biznesie – konkurencja przeważa nad współpracą. Ale gdzieś po drodze docierają się nasze wspólne ścieżki.
Kiedyś liczono, że uda się stworzyć Wspólną Politykę Zagraniczną i Bezpieczeństwa. Temu przede wszystkim był poświęcony traktat z Lizbony. Teraz okazuje się, że chyba nigdy wcześniej interesy narodowe nie były bardziej zróżnicowane. Dziś mamy 3 tys. unijnych dyplomatów na placówkach, głównie brukselskich biurokratów. Kto z obywateli zauważył ich działania?
...[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

