Rosną polityczne wpływy mormonów w USA
Mormoni idą na Waszyngton
Media wieszczą wręcz czas mormonów. Na Broadwayu pojawił się musical o mormonach „The Book of Mormon”, w kanale HBO – serial o konserwatywnej mormońskiej rodzinie „Big Love”. Popularny showman Jay Leno żartował w swoim programie telewizyjnym, że multimilioner Mitt Romney na wakacje jeździ do Złotej Świątyni Sikhów w Indiach. Żart się sikhom nie spodobał. Ambasador Indii w Waszyngtonie złożył oficjalną skargę na satyryka. Zdaniem jego fanów, Hindusi nie wykazali się specjalnie poczuciem humoru. Mormoni, choć w większości purytańscy, nie mają z żartami problemu. Nawet z samych siebie. Oto próbka.
Po czym poznać, że jesteś mormonem? Po tym, że kiedy wymieniasz nazwę Salt Lake City (stolica mormonizmu), nie wymieniasz nazwy stanu, w którym to miasto leży (Utah), bo uważasz, że to wiedzą wszyscy ludzie na świecie. Albo taki o hipisie dyslektyku (trzeba wiedzieć, że potoczny angielski skrót oficjalnej nazwy Kościoła mormońskiego to LDS). Otóż hipis dyslektyk zamiast LSD wziął LDS i wyruszył w misję ewangelizacyjną (mission) zamiast w narkotyczny trip.
W połowie stycznia znany ośrodek badawczy Pew Center opublikował ciekawe wyniki badań dotyczących mormonów w społeczeństwie; okazuje się, że sytuacja się poprawia, ale wciąż nie jest idealna. Prawie połowa pytanych mormonów amerykańskich skarży się na dyskryminację, a aż sześciu na dziesięciu z nich uważa, że Amerykanie nie wiedzą, czym jest wspólnota mormońska (licząca dziś obok 6 mln osób w USA dalsze 3,5 mln w krajach Ameryki Południowej, na całym świecie 14 mln, w Polsce ok. 1000).
Mormoni i świadkowie Jehowy
Badania potwierdziły, że mormoni różnią się od typowych Amerykanów. Są bardziej konserwatywni w sprawach społeczno-kulturowych, częściej opowiadają się przeciw seksowi pozamałżeńskiemu, aborcji i za tradycyjnym podziałem ról w rodzinie. Ich dziewczęta rzadziej zachodzą w ciążę jako nastolatki, wcześniej wychodzą za mąż i rodzą więcej dzieci. 74 proc. mormonów deklaruje się jako zwolennicy Partii Republikańskiej (w całej populacji 45 proc.). Łączy się to z atawistyczną nieufnością do rządu federalnego i imperatywem polegania na sobie. Jednocześnie intensywniej pomagają sąsiadom i innym członkom społeczności.
Filarem ich życia jest szczęśliwa, trwała, wielodzietna rodzina i zaangażowanie w sprawy społeczne, głównie mormońskie. Aż 77 proc. mormonów chodzi przynajmniej raz na tydzień na nabożeństwo, podczas gdy na przykład amerykańskich katolików chodzi do kościoła tylko 41 proc. Młodzi mormoni wyjeżdżają na misje, także do Polski. Sam Romney w latach 60. pojechał na 2,5 roku na taką misję do Francji, stąd jego znajomość francuskiego, dziś kłopotliwa wyborczo, bo kojarząca się negatywnie z Europą. Ewangelizatorzy chodzą po ulicach parami, w garniturach i krawatach, z plecaczkami, i grzecznie proponują rozmowę. Podobną metodą rekrutacji posługują się świadkowie Jehowy.
Obie te wspólnoty powstały w USA w XIX w. i są oryginalnym wkładem amerykańskim do światowych dziejów religii. Obie wciąż rosną liczebnie. Oficjalna nazwa mormonów to Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Nazwa ma rozwiać wątpliwości co do tego, czy mormoni są chrześcijanami. A wątpliwości wynikają z analizy wierzeń mormońskich.
Jeśli coś jest tu pewne, to to, że wiara mormonów w istotnych punktach odbiega od wiary katolickiej i prawosławnej (np. przez odrzucenie Trójcy Świętej). I to, że mormonizm mógł powstać tylko w USA. W XIX w. przez Stany szła fala ludowej odnowy religijnej o charakterze protestanckim (katolików było jeszcze bardzo mało). Miała nastawienie antyestablishmentowe, czyli niosła treści polityczne w duchu demokratycznym. Socjologicznie i ideowo przypominała odrobinę współczesny ruch Occupy Wall Street czy To My Jesteśmy 99 Procentami Społeczeństwa. Wędrujący po Ameryce kaznodzieje głosili chrześcijaństwo ludzi prostych i pobożnych, gotowych budować w Nowym Świecie Królestwo Boże.
Ten splot religii i polityki pozostaje do dziś żywy w Stanach. Tworzy niemal mesjanistyczny nastrój, niepojęty w zlaicyzowanej Europie, a w Ameryce łatwy do zaakceptowania. Amerykanie obawiają się raczej, że prezydent Romney nie będzie rządził samodzielnie, tylko słuchał poleceń z Salt Lake City, co zachwieje jednym z filarów systemu, czyli rozdziałem religii od państwa. Ale to i tak nic w porównaniu z wątpliwościami, jakie wśród Amerykanów budzi kwestia wielożeństwa; czy rzeczywiście stanowi relikt przeszłości, czy poligamia wśród mormonów jest wciąż żywa?
Królestwo Boże w Utah
Założyciel Kościoła mormońskiego Joseph Smith proklamował wielożeństwo „małżeństwem niebiańskim”. Powoływał się na patriarchów Starego Testamentu i przekonywał, że poligamia zapewnia bezpieczeństwo kobietom w wieku pozamałżeńskim. Bardziej przekonująco brzmi teza, że wielożeństwo wzmacniało więź społeczną w grupie zagrożonej i zmuszonej do samopomocy. Na podstawie relacji o życiu Smitha, który miał zmuszać nastolatki do poślubienia go, można podejrzewać, że chodziło tak naprawdę o jego wybujałe libido.
Tak czy inaczej, sprawa poligamii stała się powodem rozłamów w mormonizmie i pretekstem do prześladowań oraz zamordowania samego Smitha. Rozwijała się głównie jako przywilej mormońskich elit. Pod presją władz federalnych, w manifeście z 1890 r., mormoni zdelegalizowali wielożeństwo, aby ich autonomiczne państewko, zwane Terytorium Utah, mogło wejść do unii amerykańskiej na prawach stanu. Ponieważ manifest zabraniał tylko małżeństw poligamicznych zawartych po tej dacie, przywódcy LDS wciąż posiadali po kilkanaście żon. W społeczności mormońskiej poligamia przetrwała w podziemiu, praktykowana dziś zaledwie przez 30 do 40 tys. jej członków. Zdarzają się też mormoni fundamentaliści, praktykujący wielożeństwo jawne.
Mormoni osiedlający się w Utah wierzyli, że zbudują tam Królestwo Boże. Ich Kościół głęboko ingerował w życie społeczności. Kiedy Utah zostało stanem, jego rząd przyjął formy amerykańskiej demokracji, ale Kościół mormoński starał się kontrolować wybór władz stanowych i ich przedstawicieli w Waszyngtonie. Dziś mormoni stanowią 57 proc. mieszkańców Utah, ale w miejscowej legislaturze 91 proc. deputowanych to członkowie LDS. Prezydenckie aspiracje Romneya wzbudziły lęk, że Kościół poszerza polityczne wpływy na cały kraj – w Kongresie zasiada coraz więcej jego członków.
Obawy, że mormoni chcą przekształcić Amerykę w teokrację, nieobce są miłośnikom teorii spiskowych, ale pojawiają się też wśród intelektualistów. Profesor literatury z Yale Harold Bloom przypomniał zasadę mormońskiego teologa z XIX w. Orsona Pratta: „Ludzie próbujący rządzić się prawami stworzonymi przez siebie i za pośrednictwem mianowanych przez siebie urzędników buntują się przeciw Królestwu Bożemu”. LDS jej nie odwołał.
Kościół jak korporacja
Kościół Świętych w Dniach Ostatnich jest organizacją skrajnie scentralizowaną i hierarchiczną, a jej funkcjonowanie nie jest transparentne. Na szczycie piramidy stoi Pierwsza Prezydencja, złożona z prezydenta ze statusem proroka i jego dwóch doradców, oraz rada dwunastu apostołów. Piętnastka ta podejmuje wszystkie najważniejsze decyzje – przy drzwiach zamkniętych –
...[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

