WoodsTiger
Tiger Woods: tygrys w potrzasku
Pojawienie się czarnoskórej gwiazdy było sensacją w świecie golfa, dyscypliny kojarzonej z górnymi półkami dochodów i będącej ostatnim w sporcie bastionem białych mężczyzn. Amerykańskie Stowarzyszenie Zawodowych Graczy w Golfa (PGA) przez lata lekceważyło zarzuty dyskryminacji rasowej. Twórca prestiżowych turniejów w Augusta Clifford Roberts powiedział kiedyś: „Dopóki żyję, gracze będą biali, a caddies (mężczyźni do noszenia sprzętu) czarni”. W przypadku Woodsa role się odwróciły: on ma białego caddie. Tiger zaraził miłością do golfa tysiące młodych Afroamerykanów. Ponadto w turniejach uczestniczy coraz więcej kobiet. W ogóle zrobił mnóstwo dla popularyzacji golfa, który przestał już być sportem najzamożniejszych elit – częściowo ze snobizmu i kontaktów towarzyskich licznie uprawiają go Amerykanie z klasy średniej – ale wciąż pozostaje rozrywką raczej drogą.
Tygrys trzyma się mocno
Woods, jak inne największe gwiazdy sportu, prowadzi działalność dobroczynną – fundacja jego imienia pomaga upośledzonym dzieciom, a zbudowane kosztem 25 mln dol. dziecięce Centrum Edukacyjne w Anaheim w Kalifornii jest szkołą podstawową z kursami gry w golfa. Stara się więc udzielać społecznie, ale aniołem nie jest. Tropiąc jego damskie podboje, media wyśledziły także, że korzysta z usług lekarza aresztowanego niedawno za przemyt środków dopingujących (brak wszakże dowodów, by je brał). Niektórzy mają do niego pretensję, że dla kasy i autoreklamy wchodzi w układy z nieuczciwymi korporacjami. Przykładem ma być długoletni kontrakt z Nike, która dorabia się na groszowej pracy mieszkańców ubogich krajów; Tiger odmówił publicznego potępienia tych praktyk.
Wypomina mu się też, że skorzystał z zaproszenia na gry pokazowe na Filipinach, gdzie rząd z prywatnymi inwestorami brutalnie wyrzucił tysiące wieśniaków z ich ziem, aby zbudować tam pola i szkoły golfowe. Woods rzeczywiście nie miesza się do takich konfliktów, ale postępuje tu jak inni. Jordan też był twarzą Nike. Minęły już czasy, kiedy czarni sportowcy angażowali się jako lewicujący działacze kontestatorzy, jak kiedyś Muhammad Ali czy Tommie Smith i John Carlos (Czarne Pantery na olimpiadzie w 1968 r.). Obecne gwiazdy to postacie establishmentu, deklarujący apolityczność biznesmeni, którzy dbają o zabezpieczenie swej przyszłości.
Czy surowy osąd Tigera można uznać za sygnał przemian w Ameryce Obamy, gdzie czarnych gwiazd sportu nie traktuje się już ulgowo? Wielu ludzi, z dziennikarzami włącznie, wiedziało od dawna, że prowadzi on życie playboya, ale dyskretnie milczano na ten temat. Dlaczego? Pierwsza odpowiedź narzuca się sama: poprawność polityczna. Nie wydaje się jednak, by chroniono go z powodu koloru skóry. Od czasu osławionego uniewinnienia O.J. Simpsona, ale przed prezydenturą Obamy, wielu afroamerykańskim sportowcom wytoczono sprawy karne, jak choćby wspomnianemu Kobe Bryantowi na podstawie mało wiarygodnych oskarżeń.
Furia, z jaką popularne media rzuciły się na pozasportowe wyczyny Woodsa, jest raczej kolejnym przejawem ich tabloidyzacji i kultu celebrytów. Jego prawdziwe i domniemane metresy z wyraźnym upodobaniem obdzielały wywiadami brukowce i stacje telewizyjne. Nie szczędziły przy tym pikantnych szczegółów i swoich na wpół rozebranych zdjęć – miały swoje 15 minut. A zaglądanie sławom do łóżka w purytańskiej Ameryce zawsze dobrze się sprzedaje.
Ale Tygrys mocno się trzyma. Amerykańscy dziennikarze zrzeszeni w AP uznali – już po wybuchu skandalu – Tigera Woodsa za największego sportowca dekady. Może więc w końcu doczeka się pomników jak Michael Jordan?

