Powstanie styczniowe po 147 latach
Biel, czerwień, czerń
Bitwa. Grafika Artura Grottgera z cyklu Polonia 1863
Wikipedia

Bitwa. Grafika Artura Grottgera z cyklu Polonia 1863

Kosynierzy z 1863 roku
Wikipedia

Kosynierzy z 1863 roku

Czytaj także

22 stycznia 1863 r.

Manifest Rządu Narodowego wzywał na bój z „nikczemnym rządem najezdniczym (...) na pole walki już ostatniej, na pole chwały i zwycięstwa (...). Do broni więc, narodzie Polski, Litwy i Rusi, do broni!”. Utrzymany w romantycznej poetyce epoki, zawierał przecież ważne politycznie przesłanie: podejmowano walkę o niepodległe demokratyczne państwo polskie, uznające mieszkańców „równymi obywatelami kraju (...) bez różnicy wiary i rodu, pochodzenia i stanu”, o państwo gwarantujące modernizację społeczną i gospodarczą. „Ziemia, którą lud rolniczy posiadał dotąd na prawach czynszu lub pańszczyzny, staje się od tej chwili bezwarunkową jego własnością, dziedzictwem wieczystym. (...) Wszyscy zaś komornicy i wyrobnicy wstępujący w szeregi obrońców kraju lub w razie śmierci na polu chwały rodziny ich otrzymają z dóbr narodowych dział obronionej od wrogów ziemi”. Był to akt o wielkiej wadze politycznej, choć doraźnie trudny do realizacji, gdyż powstanie nie zdołało trwale opanować większego terytorium. Toteż wbrew nadziejom RN, chłopi masowo powstania nie poparli. Właśnie 1863 r. ukazał całe brzemię politycznego błędu władz powstańczych z 1831 r., które cofnęły się przed decyzją o uwłaszczeniu włościan. Oto chłop w Wielkopolsce, uwłaszczony w poprzednim pokoleniu, stanął po stronie ruchu polskiego i wziął czynny udział w powstaniu poznańskim w 1848 r. Także przykład stosunków społecznych w Galicji wskazuje, że dopiero po upływie jednego pokolenia, wieś uwalnia się od pamięci czasów poddaństwa i pańszczyzny. Tego w Królestwie zabrakło.

Powstanie 1863 r. zostało sprowokowane, co zaważyło na terminie podjęcia walki i na działaniach w pierwszym okresie. Efekt gorączkowych przygotowań i przebieg pierwszych walk ujawniły wszystkie słabe strony stanu organizacji, możliwości mobilizacji, uzbrojenia, planu walki i nastrojów w Komitecie Centralnym. Nie zawiedli tylko ci, co stanęli na wezwanie: 7340 słabo uzbrojonych powstańców, trzecia część zaprzysiężonych, przeciw ponadstutysięcznej armii rosyjskiej... Zawiodły rachuby na zrewoltowanie nawet tych oddziałów, w których byli sprzysiężeni oficerowie. Szczupłość sił powstańczych w stosunku do zadań spowodowała, że noc styczniowa była „demonstracją wojenną”, jak pisał Józef Piłsudski. Koncentracja wojska w większych garnizonach dała powstańcom kilkanaście dni na wzmocnienie sił. W początkach lutego pod bronią było już ponad 20 tys. ochotników, rekrutujących się głównie z ludu miejskiego, szlachty zaściankowej, młodzieży ziemiańskiej i inteligenckiej, a w niektórych okolicach także chłopów.

Zasadniczy ciężar powstania wzięło na siebie Królestwo Polskie. W marcu 1863 r. do powstania przyłączyli się Biali. Wzmocniło je to, ale też zmieniło barwę polityczną RN, w którego łonie ścierały się obie orientacje. Stefan Kieniewicz pisał: „Czerwoni wytykali białym brak patriotyzmu, biali czerwonym brak rozumu politycznego. Nie wywikłamy się z tej starej polemiki, dopóki nie przyznamy i jednej, i drugiej stronie zarówno patriotycznych intencji, jak też elementów logicznego rozumowania. Elementy trzeźwej kalkulacji i samozłudzenia przeplatały się zarówno w jednej, jak i drugiej postawie”, ale też dodawał: „Bezsprzeczne jest, że czerwoni słabo przygotowali powstanie oraz że biali je sabotowali”. Noc 22 stycznia 1863 r. przesądziła o klęsce koncepcji Wielopolskiego: nie zdołał zlikwidować Ruchu i powstrzymać wybuchu powstania. Bez względu na dalszy rozwój wydarzeń zarówno Wielopolski, jak i brat cara Konstanty stawali się politycznym balastem.

Od insurekcji kościuszkowskiej aksjomatem polskiego patrioty było hasło wolności, całości i niepodległości Rzeczpospolitej w granicach przedrozbiorowych. Także w 1863 r. uważano, że tylko taka Polska utrzyma samodzielność między Rosją a Niemcami. Na wiosnę 1863 r. ruszyli do walki powstańcy na ziemiach zabranych. Najsilniej wystąpiła Litwa historyczna i Wołyń. Tragicznej wymowy nabrała klęska młodzieży kijowskiej, zmasakrowanej w Sołowijówce przez chłopów ruskich, którym niosła Złotą Hramotę z zapowiedzią uwłaszczenia, równości praw i braterstwa. Latem 1863 r. ziemie zabrane były już właściwie spacyfikowane brutalnymi represjami; niewielkie oddziały partyzanckie nękały Rosjan na Litwie do jesieni.

Nie ma tu miejsca na przedstawienie militarnej strony powstania styczniowego. Jej karty wypełniają tysiące nazw miejscowości upamiętnionych bitwami i potyczkami, setki nazwisk dowódców partii (oddziałów zbrojnych) i większych zgrupowań, których imiona noszą dziś place i ulice. Prowadzili swych powstańców do zwycięstw, ale częściej musieli zaznawać goryczy klęski w starciu z liczniejszym i lepiej uzbrojonym wrogiem. Z czasem żołnierz powstania dostał do ręki niezły karabin, często lepszy od rosyjskiego. Wojna partyzancka objęła całe Królestwo Polskie, choć natężenie walk zmieniało się w czasie. Toczyła się ze zmiennym szczęściem, wiązała znaczne siły rosyjskie, ale nie mogła ich pokonać. Rozwiewały się iluzje na pomoc interweniujących mocarstw. Wsparcie z Galicji i Wielkopolski, choć znaczne, dysproporcji wyrównać nie mogło.

Powstanie styczniowe było ruchem masowym społeczeństwa polskiego, wciągnęło w swe tryby wszystkie jego warstwy, tak w szeregi oddziałów walczących w polu, jak i w cywilną organizację narodową. Powstało tajemne państwo kierowane przez Rząd Narodowy, którego symbolem była pieczęć z Orłem i Pogonią. Utworzona została administracja powstańcza, skarb, wymiar sprawiedliwości, świetnie działająca poczta obywatelska, ściągano podatek narodowy, wychodziła tajna prasa. Dzięki strukturom podziemnego państwa można było kontynuować walkę. Historia powstania dostarcza wielu przykładów bohaterstwa; niejeden ze stojących z boku przed nocą styczniową dowiódł męstwa na polu walki, determinacji w działaniu, hartu ducha w więzieniu i w obliczu kaźni. Ale też powstanie ma czarne karty, bo niejeden z aktywnych w konspiracji zawiódł w czasie najważniejszej próby.

Durez – trwajcie

Ruch (KCN) przygotowując powstanie liczył na poparcie społeczeństw i rządów Francji i Wielkiej Brytanii, jednak nie przygotował swej służby zagranicznej licząc, że te obowiązki wypełnią emigracyjni demokraci. To była najsłabsza strona organizacji. W efekcie w obu stolicach nie było wiarygodnych informacji o celach, programie, charakterze rozpoczętej walki, które mogłyby wpływać na pozytywną dla Polski reakcję rządów zachodnich. Tymczasem dyplomacja rosyjska natychmiast rozpoczęła akcję polityczno-propagandową, przedstawiającą ruch polski jako rewolucję zmierzającą do wywrócenia porządku społecznego w Europie. Napoleon III powstanie przyjął z chłodną rezerwą i traktował jak wewnętrzną sprawę Rosji. Powszechne było przekonanie, że Rosjanie szybko uporają się z ruchawką poborowych.

Sytuację zmieniła prusko-rosyjska konwencja z 8 lutego 1863 r. (tzw. konwencja Alvenslebena) o wojskowej współpracy w zwalczaniu polskiego powstania, zawarta z inicjatywy Bismarcka. Od tego momentu powstanie nie mogło już uchodzić – jak chciał Petersburg – za wewnętrzny problem Rosji. Sprawa polska stanęła przed Europą. Napoleon III dyplomatyczny atak skierował jednak nie przeciw Rosji, ale Prusom, w czym słusznie widziano nie tyle zaangażowanie się w sprawę polską, co przygotowanie do wojny o Ren. Kiedy okazało się, że Wielka Brytania i Austria są temu przeciwne, rozpoczęły się przewlekłe negocjacje Paryża z Wiedniem i Londynem o formułę wspólnej akcji dyplomatycznej wobec Rosji. Od początku widać było rozbieżne interesy mocarstw.

Z Paryża popłynęły zachęty do kontynuowania walki z Rosją. Trwanie i rozszerzanie się powstania (durée et l’extension) to warunek sukcesu, bo „trzeba dać czas dyplomacji”, mówił francuski minister spraw zagranicznych. „Granice Polski niepodległej oznaczone będą granicami krwi rozlanej”, powtarzano. Sformułowana została doktryna powstania jako demonstracji zbrojnej w oczekiwaniu na obcą pomoc.

W kwietniu, czerwcu i sierpniu 1863 r. Francja, Anglia i Austria wystąpiły z notami dyplomatycznymi wobec Petersburga, w których wysunięto jedynie żądania rozszerzenia autonomii w Królestwie Polskim. Interwencja obarczona była tą zasadniczą wadą, że mocarstwa kierowały się odmiennymi celami. Ambicją Napoleona III były zmiany w Europie wzmacniające Francję i dynastię. Myślał o wojnie, ale przy poparciu Wielkiej Brytanii i w sojuszu z Austrią. W Londynie i Wiedniu natomiast udział w interwencji miał na celu związanie i uzależnienie polityczne cesarza tak, by pozbawiony swobody manewru, nie wciągnął ich w awanturę wojenną.

Polacy mieli nadzieję, że interwencja dyplomatyczna nie rozładuje konfliktu, ale przeciwnie – doprowadzi do wojny z Rosją. Władysław Czartoryski w imieniu Rządu Narodowego zabiegał w Paryżu i Londynie o przyjęcie deklaracji pozbawiającej Rosję prawa do ziem polskich, o uznanie powstańców za stronę walczącą (belligerantów), o zawieszenie broni, pożyczkę na jej zakup, przypominał pomoc mocarstw dla Grecji i Belgii, podkreślał, iż odbudowanie silnej Polski stworzy warunki dla trwałego pokoju w Europie. Z czasem polskie akcje dyplomatyczne i propagandowe w latach 1863–1864 przewyższyły dynamiką i merytorycznymi argumentami to, co było w poprzednich latach.

Sam fakt interwencji mocarstw stworzył groźną sytuację dla Rosji, która do wojny nie była przygotowana. Kierujący dyplomacją rosyjską Aleksander Gorczakow umiejętnie przedłużał negocjacje i balansując na krawędzi konfliktu zbrojnego odrzucał żądania mocarstw. Napoleon III stanął przed wyborem: rozpocząć działania zbrojne lub cofnąć się. Nie będąc pewnym poparcia Wielkiej Brytanii i Austrii, ryzyka wojny nie podjął. Interwencja dyplomatyczna skończyła się fiaskiem, a carat zyskał czas na stłumienie powstania. Taktyka Gorczakowa przyniosła pełen sukces, gdyż jego polityczni przeciwnicy okazali całkowitą bezradność.

Jesienią 1863 r. załamała się koniunktura międzynarodowa dla sprawy polskiej i rozpoczął proces zamierania jej znaczenia w polityce europejskiej. Zawiodły nadzieje Romualda Traugutta (dyktatora, czyli przywódcy powstania), że podtrzymując zryw przez zimę 1863–1864, doczeka korzystnego dla Polski przesilenia. W końcu lutego 1864 r. Władysław Czartoryski usłyszał w Londynie, że należy „zakończyć tę nieszczęsną insurekcję”. Austria wprowadzając stan wojenny w Galicji (29 lutego 1864 r.) otwarcie przeszła na stronę Rosji. W połowie kwietnia 1864 r. wycofał swe poparcie Napoleon III. „Jesteśmy sami, pozostaniemy sami”, pisał Czartoryski do Rządu Narodowego. I dodawał: „Mam przekonanie, że nadejdzie chwila, w której sumienie narodów zachodnich, zwłaszcza też Francji, uczuje ciężar dodany zeszłorocznymi wypadkami. Przyszłość wykaże niewątpliwie, że wskrzeszenie Polski jest wielkim interesem nie tylko państw zachodnich, ale każdego człowieka miłującego prawdę i wolność: dzień dzisiejszy jeszcze na to za wczesny”. Dyktator był już więźniem Cytadeli, a w cztery miesiące później, 5 sierpnia 1864 r., zostanie stracony na jej stokach.

Pamięć

W pierwszym okresie po klęsce oceniano powstanie styczniowe wyłącznie jako tragedię narodową. Składały się na nią dziesiątki tysięcy poległych i straconych, nie mniej uwięzionych, zesłanych na Sybir i w głąb Rosji, kilka tysięcy zmuszonych do emigracji, milionowe straty materialne ziemiaństwa i mieszkańców miast, konfiskaty ziemi i kontrybucje (na ziemiach zabranych ściągane aż do 1897 r.). Te dotkliwe straty materialne można było jednak zniwelować w nowych warunkach gospodarczych.

Znacznie poważniejsze były straty polityczne: cofnięcie koncesji autonomicznych w Królestwie, rusyfikacja administracji, sądownictwa i szkolnictwa, permanentny stan rządów wojskowo-policyjnych, które do 1905 r. drastycznie ograniczały polskie życie społeczne i polityczne. Na ziemiach zabranych klęska powstania przyspieszyła cofanie się żywiołu i wpływów polskich, a rodzący się narodowy ruch litewski, ukraiński i białoruski zapowiadał załamanie się programu granic 1772 r. Straty wryły się w pamięć na tyle silnie, iż z bilansu powstania umykają te konsekwencje, które widoczne są z dłuższej historycznej perspektywy, mianowicie procesy społeczne, gospodarcze i polityczne wynikające z reformy włościańskiej, korzystniejszej dla chłopów w Królestwie Polskim niż w Rosji, bo wymuszonej na caracie dekretami uwłaszczeniowymi powstańczego Rządu Narodowego.

Od 1864 r. szukano i wskazywano winnych. Pierwszym poszukującym był konserwatysta Paweł Popiel, który wzywał: „Niech przed Bogiem, krajem i potomnością odpowiedzą lekkomyślni sprawcy tych nieszczęść. Niech spadnie na ich sumienie krew najzacniejszej polskiej młodzieży”. Krytyka powstania i jego przywódców stała się polityczną rozprawą z nurtem niepodległościowym w Polsce. Tym śladem poszli Józef Szujski, Walery Przyborowski, Stanisław Koźmian i wielu innych. Narzucony został obraz nierozsądnego spisku, który popchnął naród do powstańczej katastrofy, niekiedy dodawano, że z obcej inspiracji, i wskazywano na Bismarcka jako głównego winowajcę.

Znacznie słabszy był głos irredentystów. Bo też szczególnie dotkliwe były psychologiczne skutki klęski. Mówić możemy nawet o moralnym obciążeniu, o kompleksie klęski wśród elit polskich. Kryzys objął Królestwo Polskie, a zwłaszcza ziemie zabrane. W mniejszym stopniu dotknął Polaków w Wielkopolsce. Najszybciej ustąpił w Galicji, gdzie Polacy korzystając z autonomii swobodnie kształtowali życie polityczne i społeczne. Klęska powstania i współpraca mocarstw rozbiorowych utrwaliła przekonanie o braku szans dla sprawy polskiej. „Od Europy ratunku i litości spodziewać się nie możemy, a tym bardziej żebrać o nie nie powinniśmy”, pisał krakowski konserwatysta, popychając do polityki trójlojalizmu, pogodzenia się z codziennością trzech zaborów.

Ugodowcom marzył się powrót do systemu Wielopolskiego, który obrastał już hagiograficzną legendą męża stanu. Carat ofert nie podejmował do końca istnienia Imperium, nawet zgłaszanych w imię polsko-rosyjskiego sojuszu antyniemieckiego. Mówiono o ratowaniu narodowości, a większość tkwiła w biernym legalizmie, a z apolityczności zrobiono nieledwie patriotyczną cnotę. Tylko nieliczni podtrzymywali niepodległościowe aspiracje, ale już bez programu insurekcyjnego. Kiedy w końcu XIX w. rozpadło się porozumienie między zaborcami, nie od razu zrozumiano, co to oznacza dla sprawy polskiej i jakie wyzwania stawia Polakom.

Śledząc literaturę historyczną dawną i nowszą, a zwłaszcza publicystykę, także współczesną, mam wrażenie, że większe straty dla rozwoju społeczeństwa polskiego (zwłaszcza świadomości historycznej) spowodowała nie klęska powstania, ale jej interpretacja, ta doraźna po 1864 r. i ta nieco późniejsza, służąca uzasadnianiu niektórych koncepcji politycznych. Może należałoby odwrócić znane powiedzenie Szujskiego i zastanowić się nad tym, jak fałszywie pojęta polityka staje się matką fałszywej historii?

Na przełomie XIX i XX stulecia na scenę wkroczyło pokolenie wyzwolone już z urazu klęski 1863 r., odrzucające pesymizm poprzedników. Przywracano szacunek dla przeszłości, umacniano świadomość narodową i wiarę w odzyskanie niepodległości. Ponownie nabrało aktualności kościuszkowskie pytanie: Czy Polacy wybić się mogą na niepodległość? I nawiązano do tradycji najbliższej, dla wielu rodzinnej, do powstania styczniowego, do Gloria victis. Szykowano się już do bezpośredniej walki o suwerenną i demokratyczną Polskę. Tym razem zwycięskiej.


Artykuł opublikowany w Pomocniku Historycznym nr 1(10)/2008

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij