Fragment książki "Jerzy Giedroyc"
materiały prasowe


10. Z FALI NA FALĘ
Rewizjoniści boczyli się na „Kulturę”, gdyż trudno im było rozstać się z własną wizją komunizmu. Tak mówił Herling-Grudziński w 1994 roku. „Baczko, Kołakowski, Pomian mieli wyraźnie zahamowania. Byli bardzo nastroszeni. Pamiętam rozmowy, gdzie ja stawałem się oskarżonym...”
Do spotkania Leszka Kołakowskiego z Giedroyciem doszło już w 1956 roku. Niedługo potem redaktor stwierdził w liście do Mieroszewskiego, że „urabia” filozofa, ten zaś „ze zrozumiałym ociąganiem się i wewnętrznymi oporami idzie w naszym kierunku”. Ale dwa lata po Październiku korespondencja z Kołakowskim zamarła. Pierwszy tekst w „Kulturze” filozof opublikował dopiero w 1970 roku pod pseudonimem i za pośrednictwem Czesława Miłosza.

Giedroyc odnowił ich kontakt w styczniu 1971 roku. Ogłoszony w „Kulturze” parę miesięcy później esej polityczny Kołakowskiego Tezy o nadziei i beznadziejności stał się jednym z podstawowych tekstów rodzącej się opozycji - Czym była dla pana „Kultura” w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych? – pytam Krzysztofa Pomiana.

- Niczym. - Po chwili dodaje: - Po 1956 roku jedną z wielu lektur... Nawet w okresie, kiedy już nie miałem żadnych sympatii do PRL-u, nie uważałem, że to jest moje środowisko. Pomian nie szukał kontaktu z Giedroyciem, gdy w 1973 roku znalazł się na emigracji w Paryżu. Poznał go dopiero trzy lata później. Stał się stopniowo jednym z jego najbliższych współpracowników. W 1987 roku napisał, że przyszedł do „Kultury” „trochę tak, jak przychodzi się po długim błądzeniu do znalezionego wreszcie domu”. W latach 90. opracował wspomnienia redaktora Autobiografia na cztery ręce. A po jego śmierci wyznał, że Giedroyc był jednym z ważniejszych ludzi w jego życiu. Bronisław Baczko nie publikował w „Kulturze”.

„My nie przełamiemy u tych ludzi otoczki nieufności, bo nasze rodowody nie pozwalają nam być traktowanymi za «swoich» - redaktor pisał do Londyńczyka w 1970 roku. – Jako ilustracja: jest tu w Clermont-Ferrand Baczko, człowiek, o ile wiem, bliski Kołakowskiemu. Nie próbował ani razu nawet pośrednio nawiązać kontaktu. Ciężko z tymi ludźmi pracować”.

Giedroyc uważnie przygląda się młodym marksistom, którzy po śmierci Stalina zaczynają rozliczać sowiecki model komunizmu. Dławią się fermentem, który od lat nie znajdował ujścia, pisze Mieroszewski wiosną 1956 roku. Ale w swym dążeniu do reformy marksizmu nigdy „nie wybiegają poza łuk horyzontu Polski «Ludowej»”. Wierzą, że komunizm można zregenerować, nie wyrzekając się jego fundamentalnych założeń.

- Oni przechodzili na pozycje rewizjonistyczne w wyniku rozczarowania do komunizmu, tóry uważali za raj na ziemi — mówi profesor Jerzy Wiatr, w tamtym czasie odejrzewany przez aparat o rewizjonizm, gdyż nie przyłączył się do krytyków tej grupy.

- Przeżywali rewelacje Chruszczowa, jakby im się świat zawalił. Nagle się okazało, że matka jest prostytutką.

Redaktor widzi w nich zalążek wewnątrzpartyjnej herezji i zwiastuna schizmy; siłę polityczną, zdolną do rozsadzenia „komunistycznego kościoła”. Te nadzieje wysnuwa z lektury odwilżowej prasy oraz rozmów z coraz liczniejszymi przybyszami z Polski. Bo od wczesnego lata 1955 roku ludzie z kraju coraz natarczywiej - jak powiada Giedroyc - opukują „Kulturę”.

Przez jego gabinet przewijają się „jacyś progresywni katolicy”. Pisarze Adolf Rudnicki i Władysław Broniewski (plują na ustrój). Działacze PAX-u - stowarzyszenia wspierających władzę „postępowych katolików”. (Rozmawia z nimi o sytuacji przejętego przez PAX „Tygodnika Powszechnego” i o prawdopodobnym rychłym uwolnieniu prymasa Stefana Wyszyńskiego, aresztowanego przed dwoma laty). Przyjeżdża profesor literatury polskiej Jan Kott. (Akcentuje co prawda swoje komunistyczne przekonania, ale z entuzjazmem opowiada o demokratyzacji bloku sowieckiego).

Nieco później Jerzy Wiatr będzie Giedroyciowi tłumaczył, że zmiany ustrojowe w Polsce są niemożliwe tak długo, jak długo nie zmieni się sytuacja geopolityczna.

Uderza go w tych rozmowach głębszy, niż przypuszczał, mentalny rozziew pomiędzy emigracją a krajem. „Nawet nie dopuszczają myśli, by znaleźć się poza blokiem”. Pisze Londyńczykowi, że przyjął też „kilkudziesięciu ludzi z Warszawy od Kołakowskiego, redaktora Myśli Filozoficznej”, oraz prawie pełny zespół „Przeglądu Kulturalnego”.

Sympatyczni chłopcy, ale naiwnie wierzą w opatrznościowego Gomułkę. Powrót do terroru jest już w Polsce niemożliwy, podsumowuje te spotkania. „Ludzi będzie trudno z powrotem wziąć za twarz, a co najgorsze (dla reżimu), młodzież jest przeciwko nim (myślę o młodzieży komunistycznej)”.

Leszek Kołakowski pochodził z rodziny o lewicowej tradycji. (Ojciec - rozstrzelany w 1943 roku przez Niemców - był przed wojną współtwórcą spółdzielczości pracy i publicystą. Wuj - legionista, piłsudczyk, represjonowany po wojnie). W czasie okupacji jako dorastający chłopiec stykał się z liberalnie myślącą, zdecydowanie antyklerykalną inteligencją. Identyfikował się z jej odrazą do pewnego typu polskości: sienkiewiczowskokatolickiej, bigoteryjno-nacjonalistycznej, endeckiej. Od 1945 roku członek PPR-u, potem PZPR-u. Na przełomie lat 40. i 50. propagował filozofię marksistowsko-leninowską.

Zwalczał przejawy tzw. filozofii burżuazyjnej oraz Kościół katolicki. (Po latach wyzna, że w tamtym czasie pisał wiele rzeczy niemądrych i w ówczesnej sytuacji szkodliwych, czego żałuje. W liście do Giedroycia stwierdził w 1971 roku: „Zużyłem kilka galonów atramentu na napisanie ogromnej ilości głupstw. Nie spowiadałem się, odkładając to na ostatnią godzinę”). W latach 1954-1955 narastała w nim potrzeba reformy, która - jak później opowiadał - wydostałaby marksizm z obręczy stalinizmu, przywróciła mu wartości intelektualne i szacunek dla prawdy.

Giedroycia jeszcze niedawno prasa krajowa usypiała. Nagle wyrosły jej pazury, redaktor nie odrywa się od gazet. W „Nowej Kulturze” ze stycznia 1955 roku Kołakowski krytykuje schematyzm i dogmatyzm w marksistowskiej praktyce filozoficznej. Ograniczenie kategorii, którymi się operuje, ogranicza problematykę, którą się w ogóle dostrzega, stwierdza. Walcząc z filozofią idealistyczną, redukuje się wroga do wypracowanych dotąd przez marksizm pojęć, taka krytyka staje się walką z przeciwnikiem urojonym i odnosi urojone sukcesy.

Jesienią 1955 roku na łamach „Przeglądu Kulturalnego” toczy się dyskusja na temat przełamywania barier krępujących nauki humanistyczne. Kołakowski pisze, że socjologia marksistowska nie wystarcza do adekwatnego opisu zjawisk kulturalnych. Weźmy teorię Masowości kultury... „Czyż nie czytaliśmy - i nie pisali - prac, które «tłumaczyły» np. impresjonizm w malarstwie jako dążenie burżuazji do odwrócenia uwagi mas od walki klasowej przez subiektywizację świata...?”. Naznaczenie badanego zjawiska klasowym piętnem „w beztroskim przekonaniu, że na tym wyczerpuje się jego istotę”, to prymitywny schematyzm. Zadaniem humanistyki, stwierdza Kołakowski, jest „obrona nauki przed groźbą stoczenia się do poziomu, na którym analiza zjawiska zostaje ukończona, skoro wypełniło się rubrykę «pochodzenie społeczne”.

W „Nowych Drogach” filozof krytykuje ograniczanie badań naukowych dla racji politycznych. Intelektualiści są komunizmowi potrzebni jako ludzie wolni w myśleniu, nie zaś jako oportuniści.

Nigdy jeszcze nie czytaliśmy tyle pism i książek krajowych, starając się wniknąć w sens tamtejszych spraw i wypadków - pisał w „Kulturze” tej jesieni Jerzy Stempowski. - Długie lata nieobecności oddaliły nas od kraju; dziś zaczęliśmy się doń zbliżać.

Giedroyc zastanawiał się, skąd się ci ludzie wzięli. Jak to się stało, że w najgorszym okresie komunizmu wyrosło pokolenie publicystów ciekawych i odważnych?

Młodszy od Kołakowskiego o siedem lat Krzysztof Pomian wychował się w rodzinie komunistycznej. (Ojciec wykluczony z Komunistycznej Partii Polski w 1937 roku za potępienie procesów moskiewskich. Aresztowany przez Rosjan we Lwowie w 1940 roku, zesłany do łagru. Uwolniony na mocy porozumienia Sikorski - Majski, umarł z wyczerpania w Workucie).

Gdy Kołakowski jesienią 1956 roku po raz pierwszy spotyka Giedroycia, a „Kultura” manifestacyjnie udziela poparcia Gomułce, Pomian studiuje na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Warszawskiego. Jest członkiem partii od osiemnastego roku życia. Ma za sobą lektury Lenina i Marksa. Wierzy, że można zbudować socjalizm bez powielania sowieckich błędów - terroru, czystek, łagrów.

Ale budzi się w nim przekonanie, że stalinizm nie był przypadkowym epizodem, lecz skazą tkwiącą głęboko w systemie. Powoli dopuszcza do siebie prawdę o powojennym terrorze bezpieki, wywózkach do Związku Radzieckiego, o losach prześladowanych akowców i katolików. W kawiarni Nowy Świat Leszek Kołakowski opowiada mu, jak zakatowano na UB publicystę Leona Gecowa, przedwojennego komunistę. Pomian czuje, że odrzucenie „kultu jednostki” oraz „błędów i wypaczeń” to za mało; nie zadowala go obietnica partii, iż „to się więcej nie powtórzy”. Aby uzdrowić system, trzeba sobie jeszcze zadać parę trudnych pytań, uważa. Jesienią 1955 roku publikuje cykl artykułów w „Po prostu”.

Podczas Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, tego lata w Warszawie, spotykał się z młodymi Francuzami i Belgami. Pękały wzajemne uprzedzenia i mity.

W Polsce wiedza o kulturze Zachodu sprowadza się do stwierdzenia: „imperializm gnije”, pisze. W filozofii nadal obowiązuje pogląd, że burżuazyjni filozofowie nie mogą stworzyć nic wartościowego, są bowiem „płatnymi ideologicznymi pachołkami imperialistów”. I tylko marksizm nie ma słabych stron... Poważną znajomość filozofii burżuazyjnej zastąpiliśmy tandetnym frazesem. Pomian postuluje, by podjąć z nią wreszcie bezpośrednią dyskusję.

Już po zduszeniu swobód Października Mieroszewski napisze, że dążenie zbuntowanych marksistów do przywrócenia wolności badań naukowych - zwłaszcza w filozofii i socjologii, naukach „niebezpiecznych” z punktu widzenia władzy – było programem wręcz rewolucyjnym. Wśród zachowanych resztek zdobyczy Października ta wolność jest - zdaniem Londyńczyka - najistotniejsza. Krajowe piśmiennictwo socjologiczne i filozoficzne - jak choćby „Studia Filozoficzne” - tchną intelektualną atmosferą Zachodu i wyróżniają Polskę z bloku komunistycznego, gdzie wciąż króluje sowiecka ortodoksja reprezentowana przez osławione „Woprosy Fiłosofii”.

Ówczesny stan ducha środowiska nazwanego potem rewizjonistami Krzysztof Pomian określił po latach tak: chcieli być dobrymi członkami partii, ale postanowili kierować się własnym rozumem i realizować politykę, jaką uważali za słuszną. Nie wykluczali, że wypadki wyrzucą ich poza burtę partii.

I tak się stanie - w dziesiątą rocznicę Października. Cenzura konfiskuje napisany dla „Po prostu” jesienią 1956 roku pamflet Kołakowskiego Czym jest socjalizm?. To oskarżenie ustroju, który głosi piękne hasła, a realizuje ich karykaturę. Najpierw zastanówmy się - proponuje Kołakowski – czym socjalizm nie jest? Nie jest państwem, w którym ktoś jest skazany bez sądu; w którym ktoś żyje lepiej, ponieważ wychwala przywódców; gdzie pewien człowiek jest nieszczęśliwy, ponieważ jest śydem, a inny czuje się lepiej, ponieważ nim nie jest; gdzie jest się zmuszanym do kłamstwa... i tak dalej. PRL-owi, opisanemu w osiemdziesięciu gorzko śmiesznych przykładach, Kołakowski przeciwstawił jedno zdanie wyjaśnienia, czym właściwie jest socjalizm, „...eh! co tu dużo mówić! Socjalizm jest to naprawdę dobra rzecz”.

Tekst pojawia się na tablicy ogłoszeń na uniwersytecie, krąży po Warszawie w odpisach, jest deklamowany w Piwnicy pod Baranami w Krakowie i staje się manifestem rewizjonistów.

W tym czasie Krzysztof Pomian organizuje, wraz z innymi, wielkie Wiece Października na Politechnice Warszawskiej. Niebawem wejdzie do władz Związku Młodzieży Polskiej - by rozwiązać tę stalinowską organizację. Zastąpi ją Związek Młodzieży Socjalistycznej.

Pod koniec 1956 roku cenzura zatrzymuje kolejny esej Kołakowskiego Śmierć bogów - ostry rozrachunek z komunizmem, ze sobą samym oraz własnym środowiskiem - młodych komunistów, którzy dokonali dobrowolnego samooślepienia się na rzeczywistość. I nie zauważali, pisze Kołakowski, jak socjalizm wyrodnieje w system elit zamkniętych, układów kastowych maskowanych frazeologią równości, w terror policyjny, dyktaturę bezprawia i strachu, w pomiatanie człowiekiem.

Parę miesięcy później filozof i socjolog Zbigniew Jordan, redaktor RWE, streści Giedroyciowi swoją rozmowę z Wiktorem Woroszylskim w Monachium. Poeta był niegdyś żarliwym wyznawcą Nowej Wiary. Uderzony rzeczywistością Moskwy stalinowskiej podczas studiów, zainfekowany polską odwilżą oraz wstrząśnięty rewolucją węgierską widzianą na własne oczy - głęboko zaangażował się w przemiany Października. Jordan konstatuje: rewizjoniści nie widzą dla siebie miejsca w partii typu leninowskiego; pozostają w niej ze względów taktycznych, by mieć większe możliwości działania oraz sposobności do walki o partię nowego typu.

Giedroyc:

Ich nadzieje braliśmy bardzo na serio. W naszej sympatii do rewizjonistów miał może swój udział również brak zaufania do polskiej prawicy i brak zaufania do Kościoła.

Uważałem, że chociaż lewica w społeczeństwie polskim była zawsze w znakomitej mniejszości, gdyż jest to społeczeństwo w swojej masie prawicowe czy zgoła endekoidalne, to ostatecznie właśnie lewica zawsze wygrywała przez cały XIX wiek, a nawet w latach przedwojennych.

Zapewne byłem bardziej wyrozumiały dla eks-komunistów niż dla ludzi takich jak Iwaszkiewicz, którzy komunistami nigdy nie byli, po prostu dlatego, że eks-komuniści byli znacznie ciekawsi.

- Znaczenie, jakie przywiązywał do rewizjonistów, miało podłoże taktyczne i szerszy kontekst - mówi Aleksander Smolar. - Giedroyc rozumiał, że Związku Sowieckiego nie da się obalić natychmiast, wobec tego trzeba stawiać na ewolucję wewnętrzną systemu.

Rewizjoniści, którzy „od środka” przechodzą na pozycje demokratyczne, zaczynają kwestionować ustrój i ze względu na swoją popularność, widzialność, i żarliwość przekonań mogą odegrać wielką rolę w jego rozkładzie, znakomicie wpisywali się w koncepcję ewolucjonizmu Giedroycia i Mieroszewskiego.

Ówczesne credo „Kultury” formułuje Londyńczyk w tekście Karty na stół w styczniowym numerze z 1956 roku. „Czy nam, którzy chleba wolności mamy do syta, wolno ze wzgardą odrzucać pół kromki w imieniu tych, którzy w ogóle tego chleba nie mają?”. Łatwo jest z pozycji emigranta powiedzieć, że Władysław Gomułka to taki sam zaprzedany komunista jak Bolesław Bierut. Ale Polak w kraju zastąpienie Bieruta Gomułką przyjąłby jako mniejsze zło. „Kultura” nie jest zwolennikiem poglądu, któremu hołduje wielu polityków na emigracji, że im gorzej, tym lepiej. „Kultura” opowiada się za - choćby niewielkim - poszerzaniem szczeliny wolności.

I znów londyński „Orzeł Biały” oskarża Giedroycia o odrzucenie polityki niepodległościowej. „Kultura” zaś, nie zważając na zgorszenie emigracji, w listopadzie 1956 roku udziela Gomułce kredytu zaufania.


10. Z FALI NA FALĘ
Rewizjoniści boczyli się na „Kulturę”, gdyż trudno im było rozstać się z własną wizją
komunizmu. Tak mówił Herling-Grudziński w 1994 roku. „Baczko, Kołakowski, Pomian
mieli wyraźnie zahamowania. Byli bardzo nastroszeni. Pamiętam rozmowy, gdzie ja
stawałem się oskarżonym...”
Do spotkania Leszka Kołakowskiego z Giedroyciem doszło już w 1956 roku. Niedługo
potem redaktor stwierdził w liście do Mieroszewskiego, że „urabia” filozofa, ten zaś „ze
zrozumiałym ociąganiem się i wewnętrznymi oporami idzie w naszym kierunku”.
Ale dwa lata po Październiku korespondencja z Kołakowskim zamarła. Pierwszy tekst w
„Kulturze” filozof opublikował dopiero w 1970 roku pod pseudonimem i za pośrednictwem
Czesława Miłosza.
Giedroyc odnowił ich kontakt w styczniu 1971 roku. Ogłoszony w „Kulturze” parę
miesięcy później esej polityczny Kołakowskiego Tezy o nadziei i beznadziejności stał się
jednym z podstawowych tekstów rodzącej się opozycji
- Czym była dla pana „Kultura” w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych? - pytam
Krzysztofa Pomiana.
- Niczym. - Po chwili dodaje: - Po 1956 roku jedną z wielu lektur... Nawet w okresie,
kiedy już nie miałem żadnych sympatii do PRL-u, nie uważałem, że to jest moje
środowisko. Pomian nie szukał kontaktu z Giedroyciem, gdy w 1973 roku znalazł się na
emigracji w Paryżu. Poznał go dopiero trzy lata później. Stał się stopniowo jednym z jego
najbliższych współpracowników. W 1987 roku napisał, że przyszedł do „Kultury” „trochę
tak, jak przychodzi się po długim błądzeniu do znalezionego wreszcie domu”. W latach90. opracował wspomnienia redaktora Autobiografia na cztery ręce. A po jego śmierci
wyznał, że Giedroyc był jednym z ważniejszych ludzi w jego życiu.
Bronisław Baczko nie publikował w „Kulturze”.
„My nie przełamiemy u tych ludzi otoczki nieufności, bo nasze rodowody nie pozwalają
nam być traktowanymi za «swoich» - redaktor pisał do Londyńczyka w 1970 roku. - Jako
ilustracja: jest tu w Clermont-Ferrand Baczko, człowiek, o ile wiem, bliski
Kołakowskiemu. Nie próbował ani razu nawet pośrednio nawiązać kontaktu. Ciężko z tymi
ludźmi pracować”.
Giedroyc uważnie przygląda się młodym marksistom, którzy po śmierci Stalina
zaczynają rozliczać sowiecki model komunizmu.
Dławią się fermentem, który od lat nie znajdował ujścia, pisze Mieroszewski wiosną
1956 roku. Ale w swym dążeniu do reformy marksizmu nigdy „nie wybiegają poza łuk
horyzontu Polski «Ludowej»”.
Wierzą, że komunizm można zregenerować, nie wyrzekając się jego fundamentalnych
założeń.
- Oni przechodzili na pozycje rewizjonistyczne w wyniku rozczarowania do komunizmu,
który uważali za raj na ziemi — mówi profesor Jerzy Wiatr, w tamtym czasie
podejrzewany przez aparat o rewizjonizm, gdyż nie przyłączył się do krytyków tej grupy.
- Przeżywali rewelacje Chruszczowa, jakby im się świat zawalił. Nagle się okazało, że
matka jest prostytutką.
Redaktor widzi w nich zalążek wewnątrzpartyjnej herezji i zwiastuna schizmy; siłę
polityczną, zdolną do rozsadzenia „komunistycznego kościoła”. Te nadzieje wysnuwa z
lektury odwilżowej prasy oraz rozmów z coraz liczniejszymi przybyszami z Polski.
Bo od wczesnego lata 1955 roku ludzie z kraju coraz natarczywiej - jak powiada
Giedroyc - opukują „Kulturę”.
Przez jego gabinet przewijają się „jacyś progresywni katolicy”. Pisarze Adolf Rudnicki i
Władysław Broniewski (plują na ustrój). Działacze PAX-u - stowarzyszenia wspierających
władzę „postępowych katolików”. (Rozmawia z nimi o sytuacji przejętego przez PAX
„Tygodnika Powszechnego” i o prawdopodobnym rychłym uwolnieniu prymasa Stefana
Wyszyńskiego, aresztowanego przed dwoma laty). Przyjeżdża profesor literatury polskiej
Jan Kott. (Akcentuje co prawda swoje komunistyczne przekonania, ale z entuzjazmem
opowiada o demokratyzacji bloku sowieckiego).
Nieco później Jerzy Wiatr będzie Giedroyciowi tłumaczył, że zmiany ustrojowe w Polsce
są niemożliwe tak długo, jak długo nie zmieni się sytuacja geopolityczna.
Uderza go w tych rozmowach głębszy, niż przypuszczał, mentalny rozziew pomiędzy
emigracją a krajem. „Nawet nie dopuszczają myśli, by znaleźć się poza blokiem”. Pisze
Londyńczykowi, że przyjął też „kilkudziesięciu ludzi z Warszawy od Kołakowskiego,
redaktora Myśli Filozoficznej”, oraz prawie pełny zespół „Przeglądu Kulturalnego”.
Sympatyczni chłopcy, ale naiwnie wierzą w opatrznościowego Gomułkę. Powrót do
terroru jest już w Polsce niemożliwy, podsumowuje te spotkania. „Ludzi będzie trudno z
powrotem wziąć za twarz, a co najgorsze (dla reżimu), młodzież jest przeciwko nim
(myślę o młodzieży komunistycznej)”.
Leszek Kołakowski pochodził z rodziny o lewicowej tradycji. (Ojciec - rozstrzelany w
1943 roku przez Niemców - był przed wojną współtwórcą spółdzielczości pracy i
publicystą. Wuj - legionista, piłsudczyk, represjonowany po wojnie). W czasie okupacji
jako dorastający chłopiec stykał się z liberalnie myślącą, zdecydowanie antyklerykalną
inteligencją. Identyfikował się z jej odrazą do pewnego typu polskości: sienkiewiczowskokatolickiej,bigoteryjno-nacjonalistycznej, endeckiej. Od 1945 roku członek PPR-u, potem PZPR-u. Na przełomie lat 40. i 50. propagował filozofię marksistowsko-leninowską.
Zwalczał przejawy tzw. filozofii burżuazyjnej oraz Kościół katolicki. (Po latach wyzna, że
w tamtym czasie pisał wiele rzeczy niemądrych i w ówczesnej sytuacji szkodliwych, czego
żałuje. W liście do Giedroycia stwierdził w 1971 roku: „Zużyłem kilka galonów atramentu
na napisanie ogromnej ilości głupstw. Nie spowiadałem się, odkładając to na ostatnią
godzinę”). W latach 1954-1955 narastała w nim potrzeba reformy, która - jak później
opowiadał - wydostałaby marksizm z obręczy stalinizmu, przywróciła mu wartości
intelektualne i szacunek dla prawdy.
Giedroycia jeszcze niedawno prasa krajowa usypiała. Nagle wyrosły jej pazury,
redaktor nie odrywa się od gazet.
W „Nowej Kulturze” ze stycznia 1955 roku Kołakowski krytykuje schematyzm i
dogmatyzm w marksistowskiej praktyce filozoficznej. Ograniczenie kategorii, którymi się
operuje, ogranicza problematykę, którą się w ogóle dostrzega, stwierdza. Walcząc z
filozofią idealistyczną, redukuje się wroga do wypracowanych dotąd przez marksizm
pojęć, taka krytyka staje się walką z przeciwnikiem urojonym i odnosi urojone sukcesy.
Jesienią 1955 roku na łamach „Przeglądu Kulturalnego” toczy się dyskusja na temat
przełamywania barier krępujących nauki humanistyczne. Kołakowski pisze, że socjologia
marksistowska nie wystarcza do adekwatnego opisu zjawisk kulturalnych. Weźmy teorię
Masowości kultury... „Czyż nie czytaliśmy - i nie pisali - prac, które «tłumaczyły» np.
impresjonizm w malarstwie jako dążenie burżuazji do odwrócenia uwagi mas od walki
klasowej przez subiektywizację świata...?”. Naznaczenie badanego zjawiska klasowym
piętnem „w beztroskim przekonaniu, że na tym wyczerpuje się jego istotę”, to
prymitywny schematyzm. Zadaniem humanistyki, stwierdza Kołakowski, jest „obrona
nauki przed groźbą stoczenia się do poziomu, na którym analiza zjawiska zostaje
ukończona, skoro wypełniło się rubrykę «pochodzenie społeczne”.
W „Nowych Drogach” filozof krytykuje ograniczanie badań naukowych dla racji
politycznych. Intelektualiści są komunizmowi potrzebni jako ludzie wolni w myśleniu, nie
zaś jako oportuniści.
Nigdy jeszcze nie czytaliśmy tyle pism i książek krajowych, starając się wniknąć w
sens tamtejszych spraw i wypadków - pisał w „Kulturze” tej jesieni Jerzy Stempowski. -
Długie lata nieobecności oddaliły nas od kraju; dziś zaczęliśmy się doń zbliżać.
Giedroyc zastanawiał się, skąd się ci ludzie wzięli. Jak to się stało, że w najgorszym
okresie komunizmu wyrosło pokolenie publicystów ciekawych i odważnych?
Młodszy od Kołakowskiego o siedem lat Krzysztof Pomian wychował się w rodzinie
komunistycznej. (Ojciec wykluczony z Komunistycznej Partii Polski w 1937 roku za
potępienie procesów moskiewskich. Aresztowany przez Rosjan we Lwowie w 1940 roku,
zesłany do łagru. Uwolniony na mocy porozumienia Sikorski - Majski, umarł z
wyczerpania w Workucie).
Gdy Kołakowski jesienią 1956 roku po raz pierwszy spotyka Giedroycia, a „Kultura”
manifestacyjnie udziela poparcia Gomułce, Pomian studiuje na Wydziale Filozoficznym
Uniwersytetu Warszawskiego. Jest członkiem partii od osiemnastego roku życia. Ma za
sobą lektury Lenina i Marksa. Wierzy, że można zbudować socjalizm bez powielania
sowieckich błędów - terroru, czystek, łagrów.
Ale budzi się w nim przekonanie, że stalinizm nie był przypadkowym epizodem, lecz
skazą tkwiącą głęboko w systemie. Powoli dopuszcza do siebie prawdę o powojennym
terrorze bezpieki, wywózkach do Związku Radzieckiego, o losach prześladowanych
akowców i katolików. W kawiarni Nowy Świat Leszek Kołakowski opowiada mu, jak
zakatowano na UB publicystę Leona Gecowa, przedwojennego komunistę. Pomian czuje,
że odrzucenie „kultu jednostki” oraz „błędów i wypaczeń” to za mało; nie zadowala go
obietnica partii, iż „to się więcej nie powtórzy”. Aby uzdrowić system, trzeba sobie
jeszcze zadać parę trudnych pytań, uważa.
Jesienią 1955 roku publikuje cykl artykułów w „Po prostu”.
Podczas Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, tego lata w Warszawie,
spotykał się z młodymi Francuzami i Belgami. Pękały wzajemne uprzedzenia i mity.
W Polsce wiedza o kulturze Zachodu sprowadza się do stwierdzenia: „imperializm
gnije”, pisze. W filozofii nadal obowiązuje pogląd, że burżuazyjni filozofowie nie mogą
stworzyć nic wartościowego, są bowiem „płatnymi ideologicznymi pachołkami
imperialistów”. I tylko marksizm nie ma słabych stron... Poważną znajomość filozofii
burżuazyjnej zastąpiliśmy tandetnym frazesem. Pomian postuluje, by podjąć z nią
wreszcie bezpośrednią dyskusję.
Już po zduszeniu swobód Października Mieroszewski napisze, że dążenie
zbuntowanych marksistów do przywrócenia wolności badań naukowych - zwłaszcza w
filozofii i socjologii, naukach „niebezpiecznych” z punktu widzenia władzy - było
programem wręcz rewolucyjnym. Wśród zachowanych resztek zdobyczy Października ta
wolność jest - zdaniem Londyńczyka - najistotniejsza. Krajowe piśmiennictwo
socjologiczne i filozoficzne - jak choćby „Studia Filozoficzne” - tchną intelektualną
atmosferą Zachodu i wyróżniają Polskę z bloku komunistycznego, gdzie wciąż króluje
sowiecka ortodoksja reprezentowana przez osławione „Woprosy Fiłosofii”.
Ówczesny stan ducha środowiska nazwanego potem rewizjonistami Krzysztof Pomian
określił po latach tak: chcieli być dobrymi członkami partii, ale postanowili kierować się
własnym rozumem i realizować politykę, jaką uważali za słuszną. Nie wykluczali, że
wypadki wyrzucą ich poza burtę partii.
I tak się stanie - w dziesiątą rocznicę Października.
Cenzura konfiskuje napisany dla „Po prostu” jesienią 1956 roku pamflet
Kołakowskiego Czym jest socjalizm?. To oskarżenie ustroju, który głosi piękne hasła, a
realizuje ich karykaturę. Najpierw zastanówmy się - proponuje Kołakowski - czym
socjalizm nie jest? Nie jest państwem, w którym ktoś jest skazany bez sądu; w którym
ktoś żyje lepiej, ponieważ wychwala przywódców; gdzie pewien człowiek jest
nieszczęśliwy, ponieważ jest śydem, a inny czuje się lepiej, ponieważ nim nie jest; gdzie
jest się zmuszanym do kłamstwa... i tak dalej. PRL-owi, opisanemu w osiemdziesięciu
gorzko śmiesznych przykładach, Kołakowski przeciwstawił jedno zdanie wyjaśnienia,
czym właściwie jest socjalizm, „...eh! co tu dużo mówić! Socjalizm jest to naprawdę
dobra rzecz”.
Tekst pojawia się na tablicy ogłoszeń na uniwersytecie, krąży po Warszawie w
odpisach, jest deklamowany w Piwnicy pod Baranami w Krakowie i staje się manifestem
rewizjonistów.
W tym czasie Krzysztof Pomian organizuje, wraz z innymi, wielkie Wiece Października
na Politechnice Warszawskiej. Niebawem wejdzie do władz Związku Młodzieży Polskiej -
by rozwiązać tę stalinowską organizację. Zastąpi ją Związek Młodzieży Socjalistycznej.
Pod koniec 1956 roku cenzura zatrzymuje kolejny esej Kołakowskiego Śmierć bogów -
ostry rozrachunek z komunizmem, ze sobą samym oraz własnym środowiskiem -
młodych komunistów, którzy dokonali dobrowolnego samooślepienia się na
rzeczywistość. I nie zauważali, pisze Kołakowski, jak socjalizm wyrodnieje w system elit
zamkniętych, układów kastowych maskowanych frazeologią równości, w terror policyjny,
dyktaturę bezprawia i strachu, w pomiatanie człowiekiem.
Parę miesięcy później filozof i socjolog Zbigniew Jordan, redaktor RWE, streści
Giedroyciowi swoją rozmowę z Wiktorem Woroszylskim w Monachium. Poeta był niegdyś
żarliwym wyznawcą Nowej Wiary. Uderzony rzeczywistością Moskwy stalinowskiej
podczas studiów, zainfekowany polską odwilżą oraz wstrząśnięty rewolucją węgierską
widzianą na własne oczy - głęboko zaangażował się w przemiany Października. Jordan
konstatuje: rewizjoniści nie widzą dla siebie miejsca w partii typu leninowskiego;
pozostają w niej ze względów taktycznych, by mieć większe możliwości działania oraz
sposobności do walki o partię nowego typu.
Giedroyc:
Ich nadzieje braliśmy bardzo na serio. W naszej sympatii do rewizjonistów miał może
swój udział również brak zaufania do polskiej prawicy i brak zaufania do Kościoła.
Uważałem, że chociaż lewica w społeczeństwie polskim była zawsze w znakomitej
mniejszości, gdyż jest to społeczeństwo w swojej masie prawicowe czy zgoła
endekoidalne, to ostatecznie właśnie lewica zawsze wygrywała przez cały XIX wiek, a
nawet w latach przedwojennych.
Zapewne byłem bardziej wyrozumiały dla eks-komunistów niż dla ludzi takich jak
Iwaszkiewicz, którzy komunistami nigdy nie byli, po prostu dlatego, że eks-komuniści byli
znacznie ciekawsi.
- Znaczenie, jakie przywiązywał do rewizjonistów, miało podłoże taktyczne i szerszy
kontekst - mówi Aleksander Smolar. - Giedroyc rozumiał, że Związku Sowieckiego nie da
się obalić natychmiast, wobec tego trzeba stawiać na ewolucję wewnętrzną systemu.
Rewizjoniści, którzy „od środka” przechodzą na pozycje demokratyczne, zaczynają
kwestionować ustrój i ze względu na swoją popularność, widzialność, i żarliwość
przekonań mogą odegrać wielką rolę w jego rozkładzie, znakomicie wpisywali się w
koncepcję ewolucjonizmu Giedroycia i Mieroszewskiego.
Ówczesne credo „Kultury” formułuje Londyńczyk w tekście Karty na stół w
styczniowym numerze z 1956 roku. „Czy nam, którzy chleba wolności mamy do syta,
wolno ze wzgardą odrzucać pół kromki w imieniu tych, którzy w ogóle tego chleba nie
mają?”. Łatwo jest z pozycji emigranta powiedzieć, że Władysław Gomułka to taki sam
zaprzedany komunista jak Bolesław Bierut. Ale Polak w kraju zastąpienie Bieruta
Gomułką przyjąłby jako mniejsze zło. „Kultura” nie jest zwolennikiem poglądu, któremu
hołduje wielu polityków na emigracji, że im gorzej, tym lepiej. „Kultura” opowiada się za
- choćby niewielkim - poszerzaniem szczeliny wolności.
I znów londyński „Orzeł Biały” oskarża Giedroycia o odrzucenie polityki
niepodległościowej. „Kultura” zaś, nie zważając na zgorszenie emigracji, w listopadzie
1956 roku udziela Gomułce kredytu zaufania.

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj