Fragment książki „Jan Szczepański. Dzienniki z lat 1935–1945”
materiały prasowe

1940

18 VIII, USTROŃ

Żniwa wloką się długo przez dnie mgliste, mokre, pełne zimnych deszczów i rosy. Walki powietrzne nad Kanałem, nad Anglią i Niemcami przybierają co dzień większe rozmiary. Pasąc krowy przed południem, powtarzam gramatykę francuską, po południu czytam Pierre et Jean, co zresztą już kończę. Czasami piszę podania do władz, a wtedy medytuję długo nad składnią i gramatyką niemiecką.

Są już dnie pełne ciszy i spokoju, bezwietrznego chłodu w wyrazistym powietrzu. Wznoszące się pola, drzewa i góry przesycają powietrze bezruchem, dal zastyga i uwydatnia swoje rysy jak zrezygnowana maska. Siedząc na pochyłym dębie z książką pod ręką, widzę lata przeszłe w Ustroniu, czuję je w bosych stopach, słyszę w dzwonku [krowy] Cyrany. Tyle lat tu pasałem krowy wczesną jesienią pełny marzeń, nadziei, spodziewań. Wtedy byłem za progiem. Teraz znowu wróciłem za próg. Poznań, Warszawa, podróże, samodzielne życie, praca naukowa, rozgłos, jaki sobie zdobyłem – to zostało tam gdzieś wśród ruin Warszawy i grobów porozstrzeliwanych w Poznaniu. Czasami czuję, że znowu czekam, zasklepiam się wewnętrznie, by uchronić iskierki inteligencji, krytycyzmu i naukowego nastawienia. Czekam – jak kiedyś, pasąc krowy, czekałem na wyjazd do książek.

Wojsko niemieckie znowu wali na wschód i południe. O sytuacji na Bałkanie w gazetach są minimalne wzmianki. Mętne wieści krążą o Rosji, sytuacji we Francji i froncie powietrznym nad Kanałem.

Kiedy wojna się skończy? Czy w jesieni? Czy w zimie? Czy za rok? Jakie będzie nasze życie potem? Z dzieckiem? Te pytania leżą trwałym podłożem u prawie każdej myśli, każdej rozmowy. W nich leży cała nadzieja, że wrócimy do naszego życia, gdzie nie będziemy musieli walczyć z nastawieniem, że czytanie jest marnowaniem czasu, a bezczynne zamyślenie – zbrodnią.

Czasem przy żniwach, przy kosie, podczas pracy, poczułem lot myśli, lot koncepcji szerokiej i odkrywczej. Prawie chciałem odwrócić głowę i ją zatrzymać. Myślę – postudiuję biologię, a mając w ręku ścisłą metodę i umiejętność metodologiczną, oczy otwarte na ogólnonaukowe i filozoficzne znaczenie problemów szczegółowych, mogę tam zrobić coś nowego. Czasem myślę, że chyba pozostanę wśród jałowych marzeń. Że to, co minęło, i to, co nas przygniotło barbarzyństwem Hitlerii, osłabiło mnie zupełnie. Że nie potrafię się przeciwstawić ani drobnym przykrościom, ani fali dziejowej, która mnie znowu zapędziła za próg do pasienia krów. Że to, co piszę, jest tylko skargą. Że tylko skarżyć się potrafię.

Potem jednak patrzę na moje zeszyty. Przecież napisałem już coś, przecież zapisałem trochę nowych myśli, przecie przeczytałem już dużo. Przecie uczę się, pracuję umysłowo.

Teraz, w ostatnich tygodniach, zaczynam się zbierać. Wracać. Podkreślać: to, co było, to trwa. To nie może przepaść marnie. To musi być rozbudowywane.


1944

„Und der Mut ist so müde geworden die Sehnsucht so gross”
(„Odwaga się zmęczyła, a tęsknota tak wielka”)
Rainer Maria Rilke

1 I, WIEDEŃ
Dlaczego właściwie to motto Rilkego? Bo przecież jest inaczej od tego dnia, kiedy „stało się”. Od 26 XI 1943, kiedy Gestapo weszło do pokoju, by mnie aresztować. Jest inaczej. Der Mut ist nicht müde geworden – o nie! Przeciwnie. Jakbym znowu miał 16 lat, znowu odkrywał świat przez wiersz Ochorowicza:

Lecz ten bez chleba i bez łzy bratniej
Przez tłumy ludzi sam siłą własną
Szedł i zdobywał w życiowej matni
Każdy kęs chleba, każdą myśl jasną,
Kto bez promienia rodzinnej wiary
Rzucony w otchłań przeszedł przez piekło
I nie spalony ogniem ofiary
Szedł wciąż – choć szczęście przed nim uciekło
”.

To jest ten wiersz z piątej klasy, 16. wiosny. Dziś już podwójna liczba wiosen minęła – a jednak znowu stoję jakby przed progiem, jakby nie wiedząc. Lecz wiem – i życie, i siła biją jak młodość. Czasu jest mało. Tęsknota wielka. Czyż trzeba jednym wybuchem oddać to, co miało spływać latami? Młodość jest przeczuciem o smudze cienia. Lecz jeśli po latach „skrwawioną głowę” ze smugi cienia wyniesiesz „w świat kwitnący” (chociażby już bez marzenia o geniuszu w złotym na czole diademie) – młodość jak fala zapali się wokół w każdym promieniu słońca i w każdych, nawet najsmutniejszych oczach.

Tak było, gdy po 4 godzinach przesłuchania Oberscharführer SD, Engelmann, wyprowadził mnie poza kraty i drzwi na ulicę, szorowaną zimnym wiatrem, we wspaniały słoneczny dzień jesieni.

Norka chorowała od kilku dni. W nocy z 24 na 25 XI spałem w fabryce. Rano wstałem o 5. i pojechałem do domu zobaczyć, jak się Norka czuje. O 7. byłem znowu w fabryce, a o 8. powiedziano mi, że mam jechać do domu, bo telefonowano, że Norka czuje się gorzej. Pojechałem niespokojny. I dowiedziałem się, że o 6.30 przyszło dwóch agentów Gestapo. I cały dzień czekaliśmy. I całą noc. A rano wyszedłem wcześniej, więc kiedy przyszli i przeprowadzili rewizję, i przesłuchali Norkę – ja byłem w fabryce. I o 8.20 wezwano mnie telefonicznie do Sprechzimmer. I mój dorobek moralny: że byłem spokojny, że odstawiłem motor, pas i poszedłem. „Stało się”. Jak Norka powiedziała potem, kiedy zobaczyła po zapaleniu światła męską rękę na kontakcie – to, co przeżywał człowiek pierwotny, gdy na odkrytym stepie spotkał tygrysa – „stało się”.

Minęły tygodnie, przyszły i przeszły święta. Grudzień się skończył. Sylwester. A ja żyję, jakbym miał lat 16. Piszę dużo. Może za dużo. Tłumaczę Psychology and Morals by Hadfield. Dla Maman. Chciałbym napisać o wychowaniu – tak jak chciałbym, żeby Artur był wychowany, jeśli mnie nie będzie. Bo przecież wojna się nie skończyła i ludzie muszą umierać. A moja sprawa z Gestapo jest jeszcze w toku. I jeśli mam umierać, to niech Artur nie musi się kiedyś wstydzić za moją szubienicę. To jest moje 16-letnie motto dla życia po 30-stce. Niech mój syn będzie dumny z mojego życia. Czym było nasze życie, Maleńka – snem o twórczości. Niech jej nawet nikt nie uzna, niech po naszej śmierci te papiery myszy zjedzą – chcę pisać o tym, co daje sens dniom i snom.

Ustroń – Brzezina i Gościradowiec. Lata w słońcu i kuchyni za stołem wokół naftowej lampy. Dojeżdżanie, Przyboś – świat odkryty. Rodziły się marzenia i kompleksy – ambicje i urazy. I wieczory wiosenne pełne jak niebo gwiazd raniących skronie. I wieczory jesieni, kiedy wiatr południowy wył o życiu i sile, i siał ból w piersi wątłego chłopca. I życie zawsze było marzeniem niespełnionym, a kiedy marzenie stawało się jawą, przerażała rzeczywistość zawiła, zbyt bolesna, żeby była do zniesienia. Trzeba po 30-stce mieć znowu lat 16, by zrozumieć. I trzeba przejść przez aresztowanie i godziny najcięższych prób i najcięższych decyzji. Artur nie będzie się wstydził.

Żyję teraz chciwie. Pisać, przeżyć, widzieć. Przez 10,5 godziny statory się toczą na tokarce. A poza oknem Dunaj – i wizje, i wizje. Wizje 16-letniego, kiedy życie jest przyszłością wszystkich możliwości. Żyję teraz w „świecie kompleksów” książki Hadfielda i szperam za moimi kompleksami.

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj