szukaj
Piekielni jeźdźcy
5 kwietnia 1807 r. Napoleon wydał dekret o utworzeniu polskich oddziałów, które przeszły do historii jako Pułk Lansjerów Nadwiślańskich oraz piesza Legia Nadwiślańska – zapewne najlepsze, a z pewnością najgroźniejsze polskie formacje w całej epoce napoleońskiej.

Artykuł opublikowany w Polityce nr 14/2007
 

Dekret o utworzeniu polskich formacji został wydany podczas pobytu cesarza Francuzów (z Marią Walewską u boku) w pałacu Finckensteinów w Kamieńcu niedaleko Iławy. Napoleon już kilka miesięcy wcześniej przekonywał swojego brata Józefa, króla Neapolu, jak wielkie znaczenie ma przybycie do Polski legionu polskiego, pod którym to mianem rozumiał szczątki Legionów Polskich generała Jana Henryka Dąbrowskiego.

Klęska Prus i wkroczenie armii francuskiej do Polski stworzyło nową sytuację polityczną, a rysująca się perspektywa wojny z kolejnym z zaborców Rzeczpospolitej – Rosją, czyniła z Polaków pożądanego sojusznika. Ich bojowe zalety poznał doskonale Napoleon podczas walk na Półwyspie Apenińskim; kadry legionów – pułk ułanów Aleksandra Rożnieckiego i pułk piechoty liniowej Józefa Grabińskiego mogły stać się podstawą tworzonych w zaborze pruskim polskich formacji. Ocenę sytuacji w końcu 1806 r. i swoje oczekiwania Napoleon zawarł w krótkim zdaniu: „Polska jest w pełnym powstaniu, formuje się w różnych jej częściach wojsko, więc doświadczeni oficerowie będą mieli wielkie zadanie do wykonania”.

Zamiast spodziewanych przez Napoleona 2,8 tys. ludzi, z Włoch przybyło zaledwie ok. 1350 piechurów i niemal 600 kawalerzystów. Ale cóż to byli za żołnierze! Pamiętający jeszcze kościuszkowskie boje, zahartowani, twardzi, do szaleństwa odważni. Pisząc w „Popiołach” o kawalerzystach Rożnieckiego Stefan Żeromski scharakteryzował ich nad wyraz celnie: „Był to tłum wąsalów, ogorzałych wyjadaczów, mocarzów, cyników i poszukiwaczy wszelkiego rodzaju awantur”. Wszędzie i z niezwykłą wręcz łatwością je znajdowali. Idąc do kraju, 15 kwietnia 1807 r. wpadli na silny oddział pruski, mający za sobą zwycięską potyczkę z Francuzami generała Lefebvre’a-Dessnoettes’a. Wąsacze i mocarze wściekłą szarżą rozbili trzy szwadrony jazdy i czworobok ośmiu kompanii piechoty, biorąc do niewoli nieprzyjacielskiego dowódcę i kilkuset jego żołnierzy. Lecz była to zaledwie przygrywka do ich późniejszych wyczynów.

Tworzącą się na Dolnym Śląsku Legię nazywano początkowo polsko-włoską. Jej dowództwo objął generał brygady Józef Grabiński, a komendę nad trzema pułkami pułkownicy Józef Chłopicki, Szymon Białowiejski i Piotr Świderski. W przyszłości Chłopicki miał odgrywać rolę faktycznego wodza Legii. Pułk lansjerów przypadł pułkownikowi Janowi Konopce, ale pod jego nieobecność komendę sprawował major Stanisław Klicki, mając u boku doskonałych szefów szwadronów – kapitana Andrzeja Ruttié i majora Telesfora Kostaneckiego, jednego z najwybitniejszych dowódców jazdy ówczesnej doby.

Nadzieje polskich żołnierzy na walkę przeciwko zaborcom i pozostanie w kraju przekreśliła decyzja Napoleona o przeniesieniu obu formacji na żołd króla Westfalii Hieronima Bonaparte. Jako powód wskazał cesarz brak odpowiednich funduszy w gestii rządu Księstwa Warszawskiego. W rzeczywistości chodziło o militarne wzmocnienie brata i usunięcie Legii z pola widzenia Aleksandra I, który po pokoju w Tylży (8 lipca 1807 r.) z wroga stał się „ukochanym bratem” cesarza Francuzów. W Westfalii Polacy przebywali przez kilka miesięcy, a na początku 1808 r. Napoleon postanowił wysłać ich do Hiszpanii, która w następnych latach miała angażować najlepsze oddziały cesarstwa. To właśnie w końcu marca tego roku trzy pułki piesze otrzymały nazwę Legii Nadwiślańskiej, a jazda – Pułku Lansjerów Nadwiślańskich, co stanowiło kompromis pomiędzy zrozumieniem dla uczuć narodowych Polaków a niechęcią do drażnienia cara.

Na początku czerwca Legia przekroczyła granicę hiszpańską i jej pułki zostały przydzielone do różnych brygad francuskich. Odebrało jej to samodzielność taktyczną, a stanowisko Grabińskiego uczyniło zbędnym. Cesarz, niezadowolony z dokonanego w Bajonnie przeglądu Legii, postanowił nauczyć Polaków dyscypliny i wojennego fachu u boku francuskich wiarusów. 24 czerwca powołał dwie Rady Administracyjne, oddzielne dla piechoty i jazdy, co w praktyce Pułk Lansjerów czyniło samodzielną jednostką. Dla obu formacji rozpoczynał się okres krwawych walk i wojennej chwały.

Krwawy chrzest

Obie formacje odbyły wspólnie tylko jedną wielką operację – uczestnicząc latem 1808 r. w pierwszym oblężeniu Saragossy. Kilka miesięcy później Legia wzięła udział w powtórnym oblężeniu, które zakończyło się kapitulacją miasta w lutym 1809 r. Bronione z heroiczną odwagą przez mieszkańców i tłumy fanatycznych mnichów stało się symbolem na miarę Jasnej Góry. Dla Legii natomiast zaciekłe i krwawe walki uliczne stanowiły chrzest bojowy, który uczynił z niej doskonałą jednostkę liniową.

W uporczywych walkach o miasto szczególna rola przypadała saperom, zwanym również cieślami pułkowymi. Spośród reszty żołnierzy wyróżniali się oni słusznym wzrostem i mocną budową oraz fantazyjnym umundurowaniem i uzbrojeniem. Niepisany zwyczaj kazał im nosić wąsy i brody, a kto pod tym względem nie został odpowiednio obdarowany przez naturę, doczepiał sobie sztuczny zarost; w związku z tym dochodziło oczywiście do wielu humorystycznych sytuacji. Ubrani w specjalne zbroje oblężnicze, z oskardami w rękach lub z ładunkami prochowymi służącymi do wysadzania bram i murów, saperzy byli zwykle w pierwszej linii atakujących, wystawiając się na największe niebezpieczeństwo.

Zachowane relacje uczestników walk są pełne wstrząsających momentów. Na barbarzyństwo Hiszpanów, w wyszukany sposób mordujących schwytanych jeńców, oblegający odpowiadali z rzadko spotykaną bezwzględnością. Józef Brandt, autor doskonałych pamiętników z czasów służby w Legii Nadwiślańskiej, podzielił się z czytelnikami makabrycznymi szczegółami: „Tego samego wieczora opanowaliśmy – choć na krótko – Casa Ganzales i zastaliśmy tam w rowie jedenaście ciał naszych żołnierzy, ohydnie poranionych. Jednym poodrąbywano ręce, drugim poprzeciągano przez łydki rozpalone stemple od karabinów, innych wreszcie bezwstydnie okaleczono”. W odwecie polskie bagnety nie czyniły rozróżnienia między obrońcami, ich ofiarami padali wszyscy, niezależnie od płci i wieku. Owładnięci bojowym amokiem legioniści dokonali rzezi w szpitalu dla psychicznie chorych i wśród hiszpańskich mniszek, z których wiele wcześniej zgwałcono. Literacką wizję obu tych epizodów przekazał Żeromski.

Podczas pierwszego nieudanego oblężenia Saragossy legioniści stracili ok. 400 zabitych i 1600 rannych. Gorycz z powodu tych ogromnych strat pogłębiała wśród żołnierzy również świadomość, że zostały one poniesione nie w walce z regularną armią, lecz z ludnością cywilną, broniącą się przed obcym najazdem. Dla Polaków, przez długie lata pozbawionych ojczyzny, musiała być ona szczególnie ciężka do zniesienia. Podczas zimowych szturmów Saragossy Legia Nadwiślańska złożyła także wielką daninę krwi, ale wówczas była to już jednostka okrzepła i zahartowana w boju, mogąca iść w zawody z najlepszymi francuskimi pułkami.

W 1809 r. pułki Legii uczestniczyły w bitwach pod Maria i Belchite, a w następnym roku w walkach o Walencję, Leridę, Tortozę, Fuente Santa, gdzie Chłopicki na czele pierwszego pułku przyczynił się do rozbicia dużego partyzanckiego zgrupowania. W 1811 r. kilkuset polskich legionistów brało udział w szturmach Tarragony. Doszło tam do straszliwej rzezi załogi i części mieszkańców. „Żołnierze byli jakby oszaleli wśród huku, dymu i krwi, rozjątrzeni przez własne niebezpieczeństwo i żądzę zwycięstwa i zemsty” – uzupełniając cytat, zaczerpnięty z opracowania Stanisława Kirkora, wypada dodać, że Hiszpanie największą winą za dokonaną rzeź i rabunki obwiniali, obok Włochów, właśnie Polaków.

Bój o honor

Poza pierwszym kilkumiesięcznym okresem lansjerzy podczas wojny w Hiszpanii nigdy nie występowali w komplecie. Towarzysząca im sława i walory bojowe spowodowały, że francuscy marszałkowie wręcz walczyli między sobą o poszczególne pododdziały. W konsekwencji przy Legii pozostał szwadron dowodzony przez majora Stanisława Klickiego, wypożyczony po Saragossie przez marszałka Lannesa, a reszta pułku pod Konopką przebiegła wzdłuż i wszerz Hiszpanię zdobywając wojenne laury. Dla ludzi wojny było oczywiste, że lansjerzy są najlepszą polską jazdą, jaka pojawiła się na półwyspie i przy ich wyczynach blado wypadają nawet bohaterowie słynnej szarży pod Somosierrą. Nadwiślańczycy w podobnych szarżach uczestniczyli wielokrotnie. Dość powiedzieć, iż w ciągu niecałych pięciu lat walk w Hiszpanii wzięli udział w ok. 500 akcjach bojowych!

Polacy bili regularne oddziały Hiszpanów, Portugalczyków i Anglików, roznosili na szablach nieprzyjacielskie czworoboki piechoty i szwadrony jazdy, która ustępowała im zarówno wyszkoleniem, jak i walecznością. Lecz przede wszystkim wyprawiali się przeciwko wszechobecnym partyzantom i uganiali po górskich bezdrożach za okrutnymi gerylasami. Szlaki ich błyskawicznych rajdów znaczyły ludzkie trupy i zgliszcza spalonych domostw. Zwykle nieprzyjaciel schodził im z drogi, a ich charakterystyczne granatowo-żółte mundury (podobne barwy nosiła piechota Legii) i biało-czerwone proporczyki stanowiły najlepszą ochronę konwojów. Kiedy dochodziło do walki, bywali perfekcyjnie sprawni i bezwzględni. Gdy we wsi Villa Ferdinando chłopi wśród straszliwych tortur zabili dwudziestu kilku polskich piechurów („poobwijani w pakuły i słomę zamoczoną w oliwie spaleni zostali”), lansjerzy rzucili się co koń wyskoczy na ratunek, powiadomieni przez ocalonego z rzezi rodaka.

W tym miejscu oddajmy głos bezpośredniemu świadkowi, kronikarzowi pułku, podówczas starszemu wachmistrzowi, Kajetanowi Wojciechowskiemu: „Niestety, za późno! Obstąpiona wieś do szczętu spalona została, a mieszkańcy bez różnicy płci i wieku wykłuci”. Okrutna wojna stępiła ich zmysły, czyniąc z oddziału prawdziwie doskonałą maszynę do zabijania. Miejscowa ludność szybko nadała Polakom wiele znaczący przydomek – los infernos picadores. Można go przetłumaczyć jako piekielni jeźdźcy, jeźdźcy z piekła rodem lub piekielni nakłuwacze. To ostatnie skojarzenie wiązało się z bronią lansjerów – długą na ok. 280 cm lancą, zakończoną ostrym grotem i proporczykiem, stanowiącą śmiertelnie groźną broń. Cios lancą, przebijający narządy wewnętrzne, najczęściej kończył się śmiercią, w przeciwieństwie do ciosu szablą lub pałaszem, które bywały niedokładne i powierzchowne, pozostawiając jedynie karby na ciele ofiary.

Hiszpanie wielokrotnie zastawiali pułapki na Polaków. Udała się im ta sztuka 24 marca 1809 r. koło wsi Yevenes. Zawinił głównie Konopka, który nie zadbał o właściwy zwiad oraz zabezpieczenie i samowolnie zmienił miejsce postoju pułku. Wybrał kwatery bardziej narażone na zaskakujący atak, ale zapewniające ciepłe przyjęcie ze strony ludności, szczególnie czarnookich, gorącokrwistych seńorit.

Gdy nad ranem na Polaków zwaliło się kilka hiszpańskich regimentów jazdy, w tym elitarny pułk hiszpańskich karabinierów, zwanych Reales, wydawało się, że dla piekielnych lansjerów wybiła ostatnia godzina. Szczelnie otoczeni w górskiej gardzieli zdołali się jednak wyrwać ze śmiertelnej pułapki. Drogę wśród masy hiszpańskiej kawalerii wyrąbała 8 kompania, będąca pododdziałem karnym pułku, złożona z największych zabijaków i awanturników. Za cenę 43 zabitych i 47 jeńców, lawirując pomiędzy górami i wśród oliwkowych pól, lansjerzy zdołali zgubić pogoń. Lecz nie strata kolegów zabolała ich najbardziej. Pułk utracił bowiem proporzec 2 szwadronu, o czym żołnierze dowiedzieli się dopiero po walce. Konopka, wbrew obowiązującym przepisom i w pełnej tajemnicy, woził w jednym z furgonów bojowy proporzec, który dla każdego z kawalerzystów stanowił prawdziwą świętość.

Zdobyte przez Hiszpanów trofeum zawisło w katedrze w Sewilli, gdzie znajduje się do dziś, Konopka natomiast za swoje zachowanie zapłacił kilkunastomiesięczną utratą dowództwa. Po powrocie doprowadził jednak pułk do największego zwycięstwa w jego historii, które zmyło hańbę spod Yevenes. 16 maja 1811 r. podczas wielkiej bitwy pod Albuerą piekielni lansjerzy przeprowadzili szarżę, która wstrząsnęła armią angielsko-hiszpańsko-portugalską generała Beresforda. W szalonym ataku Polacy roznieśli sławny angielski pułk Buffs – z 1,6 tys. ludzi, 300 zostało zabitych, ok. 500 odniosło rany, a niemal 800 dostało się do niewoli. Z rozpędu Konopka i jego ludzie wyrąbali niemieckich kanonierów oraz zdobyli baterię artylerii, zaś pojedynczy lansjerzy przebili się przez całą wrogą armię, wywołując popłoch na tyłach i docierając do jej sztabu! Atak powstrzymał dopiero zaporowy ogień czworoboku piechoty, ale w ręce Polaków wpadło aż pięć nieprzyjacielskich sztandarów – jedynych, jakie Anglicy stracili w czasie całej kampanii na Półwyspie Pirenejskim. Mógł zatem Kajetan Wojciechowski w imieniu swoim i kolegów z pułku napisać z satysfakcją: „Tu się też zakończyła nasza pokuta za utracone pod Yevenes sztandary”.

Rosyjska katastrofa

W 1812 r. Napoleon wezwał Polaków na wojnę z Rosją. Legia Nadwiślańska miała na nią iść powiększona o powstały w 1809 r. 4 pułk, a Pułk Lansjerów Nadwiślańskich, przemianowany na 7 pułk lansjerów-szwoleżerów, mając u boku zorganizowany w 1811 r. bliźniaczy 8 pułk lansjerów-szwoleżerów. Ostatecznie wraz z wielką armią ruszyły na Moskwę jedynie trzy stare pułki, czasowo przemianowane na Legię Księstwa Warszawskiego pod dowództwem francuskiego generała Michela Claperčde’a, oraz 8 pułk i jeden szwadron 7 pułku. Reszta oddziałów nie zdołała na czas opuścić Hiszpanii.

Wyprawa rosyjska stała się grobem dla Wielkiej Armii Napoleona i kilkudziesięciu tysięcy Polaków. Wspaniale prezentująca się Legia, maszerująca u boku Młodej Gwardii marszałka Mortiera, jeszcze 27 listopada, podczas przeprawy przez Berezynę, wzbudzała podziw doskonałą postawą żołnierzy, dyscypliną i stanem uzbrojenia. Jak napisał jeden z obserwatorów, było to „piękne wojsko, dobrze wyekwipowane, czyniące wrażenie siły i nieużyte”.

Po upływie kilku następnych dni obraz ten stał się tylko wspomnieniem. Śnieg i trzaskający mróz na przemian z odwilżą, wyniszczające marsze i nieustające pogotowie bojowe zrobiły swoje. W miarę narastania strat upadał duch bojowy. Reszty dokonał nieprzyjaciel. W krwawym starciu pod Stachowem Legia została niemal całkowicie unicestwiona. Zginął wówczas pułkownik Kąsinowski, prawdopodobnie zabity przez pomyłkę przez francuskich huzarów. Z kilkuset ludzi zdolnych do dalszego boju stworzono niewielkie oddziały dla eskortowania sztandarów pułkowych. W styczniu 1813 r. w Poznaniu stanęło niepełne 300 oficerów i żołnierzy, którzy mieli stanowić kadrę dla odtwarzającej się Legii. Ostatecznie, wobec braku czasu i ludzi, ambitny plan jej odbudowania w poprzednim kształcie nie doczekał się realizacji.

Zasadniczą część kampanii 1813 r. na terenie Niemiec resztki Legii odbyły jako Pułk Nadwiślański, powstały na mocy dekretu Napoleona z 18 czerwca. Początkowo komendę nad nim objął pułkownik Estko, dotychczasowy dowódca 4 pułku, który stał się podstawą nowej jednostki.

Następcą Estki został pułkownik Stanisław Malczewski. W końcu sierpnia pułk połączył się z 8 korpusem księcia Józefa Poniatowskiego, co oznaczało, że wreszcie po wielu latach jako formacja taktyczna zaczął podlegać polskiemu dowództwu. Po serii mniejszych i większych starć doszło do wielkiej bitwy pod Lipskiem w dniach 17–19 października 1813 r., nazwanej Bitwą Narodów. Pułk Nadwiślański został w niej niemal całkowicie zniszczony, jego dowódca, do końca walczący u boku księcia, zginął w chwili zdrady Badeńczyków. 30 października resztki dawnych legionistów walczyły pod Hanau, a później przeszły do Francji wraz z generałem Dąbrowskim, który objął komendę nad polskim korpusem. Towarzyszyli im rozbitkowie z 8 pułku, mający i tak więcej szczęścia od kolegów z 7 pułku, którzy dostali się do niewoli wraz z załogą Drezna. Historia zatoczyła koło.

Aż do klęski

Kampania 1814 r. wykazała wielki geniusz taktyczny Napoleona, ale nie odwróciła porażki. Armie aliantów zalały Francję i na początku kwietnia cesarz Francuzów został zmuszony do podpisania bezwarunkowej abdykacji. Pułk Nadwiślański uczestniczył w kilku bitwach i tragicznej kapitulacji Soissons, spowodowanej nieudolnym dowództwem generała Moreau. Zdaniem wielu historyków utrzymanie twierdzy mogło przyczynić się do zniszczenia armii pruskiej i odwrócenia losów wojny. Podczas ostatniej dużej batalii – pod Arcis-sur-Aube – 20 marca 1814 r. Napoleon znalazł się w bezpośrednim niebezpieczeństwie. „Cesarza otoczyły fale jeźdźców francuskich i wrogich, z sobą pomieszanych. Wziął szpadę w rękę, otwarł sobie drogę i schronił się w czworoboku batalionu Nadwiślańskiego. Niezachwiane bagnety Polaków wstrzymały huzarów i kozaków, ogień ich szeregów zmusił tamtych do cofnięcia się. Gdy tylko teren stał się wolny, cesarz opuścił czworobok”. Autor tych po trosze pompatycznych, ale pięknie dla polskiego ucha brzmiących słów, francuski historyk Henry Houssaye pomylił się pisząc o batalionie; w istocie chodziło o cały pułk, który ze względu na wcześniejsze straty skurczył się do rozmiarów batalionu.

Po upadku Bonapartego większość polskich oddziałów, 6 tys. ludzi, odeszła do Księstwa Warszawskiego. Ci, którzy pozostali we Francji – było pośród nich ponad stu nadwiślańczyków – raz jeszcze mieli chwycić za broń podczas słynnych 100 dni: po ucieczce cesarza z Elby i jego lądowaniu we Francji 1 marca 1815 r. Waterloo przekreśliło wszystkie nadzieje, ale jeszcze dwa tygodnie po nieszczęsnej bitwie, 2 lipca, weterani z 7 pułku lansjerów odznaczyli się podczas obrony mostu w Sčvres pod Paryżem. Byli też najprawdopodobniej ostatnim zwartym oddziałem salutującym kilka dni wcześniej cesarzowi na drodze koło Rambouillet.

Pułk noszący piekielne miano został rozwiązany przed końcem 1815 r. Jego żołnierze w olbrzymiej większości odrzucili propozycję powrotu do kraju pod władzą cara Aleksandra I. Okazali się najbardziej nieugięci spośród wszystkich Polaków walczących w armii napoleońskiej. Tułaczy los zaoszczędził im służby w armii dowodzonej przez wielkiego księcia Konstantego i oglądania zasłużonych oficerów wysługujących się nowym władcom. Jak chociażby Aleksandra Rożnieckiego, który z wielkiego żołnierza zamienił się w jeszcze większego sprzedawczyka i kolaboranta, stając na czele tajnej policji i tropiąc dawnych napoleończyków.

Pozostała tylko pamięć. Marian Kukiel, przedwojenny generał i doskonały znawca wojskowości, nie miał w tym względzie żadnych wątpliwości, pisząc o Legii Nadwiślańskiej, iż „było to wojsko znakomite (…) najświetniejsza piechota w naszych dziejach aż po nasze dni”.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj