Powrót do Nowogrodu Wielkiego
Stefan Bratkowski odpowiada Agnieszce Krzemińskiej.

Więc właśnie było tak – przyjechali z Leningradu i grali jazz, a my byliśmy szczęśliwi, że i tam dotarło to, od czego zaczynaliśmy zmianę świata w Polsce. Grali świetnie, cool w stylu Brubecka, ale jeden temat grali nam nieznany – rosyjski, pod zaskakującym tytułem „Gospodin Wielikij Nowgorod”, Pan Nowogród Wielki. Niczego nie tłumaczyli, a my nawet nie wiedzieliśmy, co by to miało znaczyć, nie wiedzieliśmy, że to Rosja skreślona z pamięci. A miała być skreślona na zawsze.

Wyrokiem Iwana Groźnego nie tylko dokonano w roku 1570 ludobójstwa na wolnych Nowogrodźcach, włącznie ze starcami i dziećmi - by nikt nie mógł opowiadać o ich mieście-republice. Wymazano je z historii. Historiografia epoki carskiej pilnowała tego wyroku i pilnowała potem radziecka. Opowiedziałem w swojej książce, jak skrupulatnie trzebiono tradycję nowogrodzką już choćby tylko z umysłów naukowych. Tak Pan Nowogród Wielki groźny był dla ustroju najpierw państwa carów, potem partii.

Dlatego zafascynowało mnie odkrycie zupełnie innej, pierwotnej historii Rosji. Rosji, nie Rusi. Rusią dla Nowogrodu Wielkiego, którym się zajmowałem, była w XI-XII wieku Ruś kijowska, przyszła Ukraina, rządzona przez potomków przybyłych z północy, z Nowogrodu Wielkiego, „Rusów” (którzy wedle pierwszego kronikarza wschodniej Słowiańszczyzny, Nestora, w Kijowie przezwali się „Rusią”). Ziemie Nowogrodu Wielkiego, demokracji kupieckiej, to była „nowgorodskaja obwłast’” (przez „w”, od „własti”). Historia tej republiki, która w roku 1136 przybrała tytuł „Gospodina”, „Pana”,  była dłuższa od późniejszej historii caratu.

Nie przypisywałem Słowianom geniuszu, wbrew sugestiom sympatycznej autorki artykułu, opartego na mojej książce. Zwracałem tylko uwagę mitomanom „cywilizacji” dzikich Skandynawów, że słowo „gard” jest wschodnio-słowiańskiego pochodzenia, bo germańskie twierdze budowano na wzgórzach i nazwy ich zawierały rdzeń „berg”, „borgh”, „burg”. „Gard” w mitologii skandynawskiej oznacza wielki gród o niebywale wysokich wałach i sygnalizuje, że Skandynawowie wcześniej najeżdżali świat „Wendów”, Słowian, niż zachodnie ziemie byłego Imperium Romanum, bo mieliby wtedy jakieś słowo typu angielskiego „chester”, od „castrum”, lub jakieś „stede”, „stade”, pra-słowo dla dzisiejszego „stadt”. Tak samo słowo „torg” dla określenia miejsca, gdzie się handluje. Musiało przyjść do języka szwedzkiego ze wschodniosłowiańskiego świata, wcześniej niż germański „markt”, „market”, „mark”, czy „marsch”, rynek.

Nie było „Rusi wikingów”

Nie mogłem przypisać Słowianom wynalazku dłubanek, bo je majstrowano tysiące lat wcześniej, natomiast zwracałem uwagę, że wśród sprowadzonych do Nowogrodu Wielkiego „Rusów” ze szwedzkiej Upplandii nie było szkutników,  umiejących konstruować piękne, śmigłe i lekkie łodzie klepkowe zachodnich wikingów (zachodni wikingowie napadali i Upplandię). W przyszłej Szwecji nie brakowało puszcz i „Rusowie”, „Rousowie”, „Rosowie”, pewnie z dzisiejszego nadmorskiego Roslagen (załoga wioślarska), „wioślarze”, pływali jako rozbójnicy po Bałtyku, morzu Wareskim, swoimi prostymi dłubankami. Potem Rusowie już nowogrodzcy takimi samymi jednodrewkami, „monoksylami”, docierali aż do Konstantynopola…

Nie było żadnej „Rusi wikingów”; archeologia odkrywa Danów (tak nazywam przodków dzisiejszych Duńczyków, których imię od wieków zdrabniamy nie wiadomo po co) na Gotlandii i wyspach Alandzkich, z ich arabskimi dirhemami za sprzedawanych na południe niewolników. Być może pierwsi ze Skandynawów najeżdżali ziemie wschodnio-słowiańskie i to ich przepędzono z terytoriów Nowogrodu i sąsiadów, by wezwać potem dla osłony „Rusów”. Ale nigdy się na terenach Słowiańszczyzny wikingowie z Zachodu nie zagnieździli, nazewnictwo miejscowe nigdzie ich śladów nie uchowało.

Naliczyłem w Pierwszym Latopisie Nowogrodzkim (kronice) 22 imiona własne skandynawskiego pochodzenia (historyczka szwedzka, pani Baeclund, naliczyła ich tylko 19) obok ugrofińskich, ale żeńskich na lekarstwo, co informuje, że ściągano z Upplandii wojowników, nie osadników z rodzinami. Wszystkie skandynawskiego pochodzenia nazwy miejscowe na terenie Rosji ambitni historycy szwedzcy wyłuskali, ja ich znalazłem i więcej, bo nie zawsze wiedzieli, gdzie szukać. Ale to były ślady „Rusów”, „Rosów”, już raczej kupców z Roslagen i potem już miejscowych – jeszcze w połowie X wieku znano „ruskie” nazwy porohów na Dnieprze. Tej „ruskiej” toponomastyki jest na terenie całej wschodniej Słowiańszczyzny i tak niewspółmiernie mniej niż w jednym choćby angielskim hrabstwie po wikingach z Danii i Norwegii. Znalazłem w Rosji tylko jedną nazwę miejscową od imienia Swewów, Sweuów („Svear” w liczbie mnogiej), przyszłych Szwedów ze „Svea-rike”. Co ciekawe, ci Rusowie z Upplandii jakoś nie mianowali się Swewami, pra-Szwedami.

Normanowie nie zakładali państw

Stwierdźmy, co istotne, że Skandynawowie (Normanowie), autorzy sag, utalentowani poeci i sagamadrzy (opowiadacze sag, obdarzeni fantastyczną pamięcią), nigdzie żadnych państw nie zakładali. Może i umieli, ale ich nie potrzebowali. Wiązała ich jedność rodowa. Jeśli zdobywali i osiedlali się w różnych okolicach Europy, bogatszych lub wyżej cywilizowanych, to błyskawicznie się asymilowali. Już pokolenie wnuków Rolfa Gangra, Rollona, zdobywcy Normandii, mówiło niemal wyłącznie po francusku. Nowogród zaś był wspólnym dziełem Słowienów, proto-białoruskich Krywiczów i ugrofińskich Wotów. Z jego historii usilnie próbowano substrat szwedzki wyrugować w imię pan-słowiańskich ambicji, a na odmianę próbują go wcisnąć w dzieje Nowogrodu na większą skalę historycy szwedzcy, bo nie wystarcza im duma ze stworzenia wyjątkowej w skali świata własnej demokracji ostatnich wieków (niby co tu opowiadać?). Szwedzka Birka, wielkie z końcem pierwszego tysiąclecia centrum handlowe, uchodziła w czasach nowożytnych za faktorię handlową Słowian wschodnich, tyle tam ich ceramiki i innych produktów rzemiosła  znajdowano. Szkoda, swoją drogą, że polski patriota szwedzkich początków, archeolog, nie zapoznał się z normańską teorią naszego Szajnochy („Lechicki początek Polski”), którą nauka obaliła – choć w grobach wojaków Bolesława Chrobrego znajdujemy dziś czaszki Waregów i Normanów (najemnicy warescy, „ruscy”, „Russos”, walczyli w XI wieku dla Bizancjum aż we Włoszech).

Zasługi wolnych i niepiśmiennych

Uważam za jeden z największych cudów historii, że po wiekach Nowogród Wielki przemówił sam. Nie przyszło carom do głów, że na  dalekiej Północy, na krańcach ziem dawnej republiki nowogrodzkiej, tam, gdzie za czasów Piotra Wielkiego płonęli żywymi pochodniami „raskolnicy", „odszczepieńcy", skazywani na stos wyznawcy starego autentycznego prawosławia, że właśnie tam pamięć prostego, biednego ludu wiejskiego przechowa wspomnienie wielkości Nowogrodu.

Nie chciało się tam żyć nikomu, kto mógł wybrać sobie miejsce zamieszkania, i chłopom tych ziem nie miał nawet kto narzucić pańszczyzny. Byli wolni, biedni i niepiśmienni, bo nie miał też kto ich czegoś nauczyć poza polowaniem, pleceniem sieci i łowieniem ryb. Tu wszelako przetrwała stara Ruś, ponieważ nikt się tą starą Rusią nie interesował. Aż za panowania Aleksandra II, w roku 1859, aresztowanego „podejrzanego o rewolucyjną propagandę", młodego etnografa, Pawła Nikołajewicza Rybnikowa, zesłano nie tak daleko na północ od Petersburga – do urzędu gubernii ołonieckiej. Miejscowi inteligenci, sympatycy etnografii, nadesłali do „Ołonieckich Wiadomości Gubernialnych" byliny, zapisane nad morzem Białym i nad Onegą. Poruszyły Rybnikowa. Niewiele mając do roboty, jął jeździć, słuchać i skrzętnie zapisywać opowieści o bohaterach starej Rusi, byliny, pieśni i ballady; w latach 1861 - 67 wszystko w czterech aż tomach w Petersburgu publikował.

Nazwano te opowieści „bylinami", wzorem „Słowa o Igorowej drużynie". Chłopi z ołonieckiej gubernii nazywali je „starinami", „starinkami", „starinuszkami". Kniaziów moskiewskich stariny prawie nie znały, pamięć ludu jakby ich przez czterysta lat nie legitymizowała. Rozkwitał za to w starinach Nowogród Wielki. W mojej książce, i tak długiej, mogłem tylko pokrótce je streszczać, sygnalizować imiona bohaterów i przygody, dziś setki zapisów spod piór następców Rybnikowa czekają na badaczy, którzy zagłębią się w ich przebogaty świat.

Historiozoficzny zamach stanu

Także Rosja sowiecka na wszelki wypadek trzymała się od Nowogrodu Wielkiego z daleka. Do poszukiwań archeologicznych w Nowogrodzie Wielkim zabrano się najpóźniej. Prawda, że oznaczały one ukryty, swoisty historiozoficzny zamach stanu. Podjął go bezpartyjny potomek jakiejś zruszczonej polskiej szlachty kresowej, Artemij Władimirowicz Arcichowski. Dobrze myślę o ówczesnym środowisku historyków Moskwy - dość było jednego czujnego telefonu do wydziału nauki KC WKPb i nie skończyłoby się zakazem dalszych robót. Nikt jednak nie zadzwonił do KC. I być może archeologia, „nauka pomocnicza", z kopaniem w ziemi, zdawała się specjalnością na pół techniczną, politycznie obojętną, trochę na błogosławionym statusie fizyki i matematyki. Jeśli nie pchała się sama w oczy partii z jakimiś niewygodnymi rewelacjami, korzystała z łaski braku zainteresowania. Arcichowski w wieku lat 35 jak matematycy był już, bezpartyjny!, profesorem. W latach 50. zachowywał się jakby reżimu w ogóle nie było; jego ówczesny polski student, mój przyjaciel, Jerzy Borejsza, wspomina, że poruszał się on w stworzonym wokół siebie niewidzialnym kloszu, wyodrębniającym go z otaczającej grozy i niepewności. To był „gospodin", „pan", w świecie „towariszczi". Spadek badawczy po nim przejmie zaś człowiek nie mniej niezależny, który życie Nowogrodowi poświęci, Walentin Ławrientijewicz Janin, wychowawca całej szkoły archeologów.

Historia jakby uznała, że nie wolno zaakceptować uroszczeń potęgi, przekreślającej wedle swego widzimisię fakty, ludzi i myśli. Nowogród Wielki zaczął mówić sam. Mógł, bo jego fizyczna przeszłość wiekami chroniła się stopniowo, a niedostrzegalnie, w wilgotną glebę, ta, z obfitymi wodami podskórnymi, przy konserwującym działaniu kwasów humusowych, przechowała kolejne zapadające się warstwy. Nie rozłożyło się ani drewno, ani tkaniny, ani skóry. Przetrwały nie tylko monety, ołowiane plomby, pieczęcie, ale i drewniane szachy, przetrwały - drewniane instrumenty muzyczne. W sumie - sto kilkadziesiąt tysięcy rozmaitych przedmiotów. Obok nich to, co najważniejsze: „bieresty”, płaty kory brzozowej, setki i - prawdopodobnie - tysiące płatów kory brzozowej, na których, szczęściem, pisano nie atramentem, lecz kościanymi rylcami, tak, że niemal wszystkie zapisy po dziewięciu, ośmiu, sześciu wiekach daje się odczytać.

Nowogród Wielki mówi sam

Pierwszy znaleziony siedemnastocentymetrowy kawałek białej kory z literami wręcz Arcichowskiego tchu pozbawił. Zdarzyło się to 26 lipca 1951 roku, sam Arcichowski zapisał – „Trudno przedstawić wzruszenie, z jakim archeologowie czytali pierwszy znany w nauce brzozowy dokument: 'Pokłon od Griszki k Jesifu. Prisłał Onianja moł (...) Joz jemu otwieczał: nie rieki mi Jesif wariti pieriewary ni na kogo. On prisłał k Fiedosje: wari ty piw, sjedisz na biezatszczinie, nie warisz żita'". Co oznaczało, że Griszka informuje Jesifa, Józefa, jak to Onianja chciał, by mu Griszka warzył piwo, ale Griszka odmówił, powołując się na zakaz ze strony Józefa. Wtedy Onianja zażądał tego od Fiedosji, Teodozji, która siedziała na biezatszczinie, czyli kawałku ziemi zobowiązującym do różnych posług.

Tych słynnych dziś brzozowych „gramot" (stare słowo ruskie, od greckiego „gramma”, pismo) wedle oceny prof. Janina grunt Nowogrodu kryje około dwudziestu tysięcy... Oto, co napisał on, uczony dziś już w moim wieku, sędziwy, który spędził na badaniach kilkadziesiąt lat: „O ile przekopane wcześniej domostwa były bezimienne, to teraz poznajemy imiona ich właścicieli i mieszkańców, imiona ich sąsiadów. Poznany z odkrytej dopiero co gramoty syn

staje się po upływie pewnego czasu ojcem, a potem dziadkiem. Cud takiego zmartwychwstania ludzi, zapomnianych już przed całymi stuleciami, jest czymś oszołamiającym. Myśli człowieka z XII wieku, które przynosi nam tekst brzozowego zapisu - cóż może równać się z takim fenomenem? Chyba tylko światło odległej gwiazdy docierające do nas, gdy sama gwiazda dawno już zgasła..."

Poprzez te „bieriesty" wychodzi spod ziemi żywy, codzienny Nowogród, ze swoją nawet codzienną mową, różną od ówczesnego języka pisanego. Są rachunki, umowy kupieckie i prywatne listy, rzadko w całości, na ogół we fragmentach tylko, ale autentyczne, żywe - jakaś zdradzana żona z XI wieku skarży się na podłość swego męża, kupiec żąda zwrotu długu, wymyślając i grożąc dłużnikowi kompromitacją. Miasto wraca do życia, cienie przeszłości nabierają kształtów i kolorów. Mówią żywi ludzie zamordowanej cywilizacji.

Może UNESCO pomoże?

Nowogród przykuł na długo moją uwagę. Rosjanie próbują odzyskać swoją przeszłość. Wielkie i ważne to dzieło w historii narodu, któremu tyle przeszłości amputowano. I szkoda, że autorka artykułu nie podniosła mojego apelu o patronat UNESCO dla tej archeologii, zmieniającej historię, a może i zmieniającej tożsamość jednego z najważniejszych narodów świata. Dla dalszych prac trzeba przesunąć część obecnego Nowogrodu Wielkiego. Nie tak wielkie znów koszty, ale jednak. Dzieło warte gry.

 

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj