szukaj
Rodzina Batorych
Siedemdziesiąt pięć lat temu w Monfalcone koło Triestu odbyło się wodowanie i chrzest transatlantyku „Batory”, najsławniejszego statku w dziejach polskiej floty. Tak słynnego, że znaleziono mu następcę – „Stefana Batorego”. A gdy i on musiał odejść na emeryturę, niemal cały naród deliberował, skąd wziąć trzeciego. Ale Batorych mieliśmy więcej.
MS Batory w 1937 roku. Symbol wielkiego świata.
Wikipedia

MS Batory w 1937 roku. Symbol wielkiego świata.

Stefan Batory - kawałek Polski pływający po morzu.
Wikipedia

Stefan Batory - kawałek Polski pływający po morzu.

Artykuł opublikowany w Polityce nr 34/2005

Imię XVI-wiecznego króla, pogromcy Rosjan, najpierw nosił 50-metrowy statek rzeczny, który odznaczył się w bitwie warszawskiej. Na starych zdjęciach widać charakterystyczną sylwetkę bocznokołowca. Zbudowany w 1905 r. jako prom rzeczny dla Rosjan, podczas I wojny światowej przechodził różne koleje. Aż trafił w polskie ręce i na początku sierpnia 1920 r., gdy wojska sowieckie podchodziły pod Warszawę, Polacy zaopatrzyli statek w dwa działa (80 mm) oraz 5 ciężkich karabinów maszynowych i wcielili do tworzonej w pośpiechu Flotylli Wiślanej. Wraz z innymi statkami uzbrojonymi, które określano też mianem pancernych, patrolował on Wisłę w rejonie Płocka. Gdy Sowieci wdarli się do miasta, jednostki flotylli wsparły jego obronę.

Dowódca „Stefana Batorego”, ppor. marynarki Stefan Kwiatkowski, otrzymał za udział w tej akcji Virtuti Militari 5 klasy. Jej opis gen. Józef Haller, dowódca frontu północnego, zawarł w rozkazie uzasadniającym nadanie krzyża. 18 sierpnia 1920 r. w rejonie Płocka, gdy nieprzyjacielska artyleria kilkoma pociskami rozbiła kadłub okrętu i uszkodziła maszynę, ppor. Kwiatkowski „po stracie sternika sam ujął za ster i skierował statek do lewego brzegu, nie przestając równocześnie kierować ogniem z obu dział”. Potem, gdy jedna z armat została rozbita, wysadził na ląd załogę, a sam z ochotnikami pod ostrzałem dwukrotnie powrócił na okręt, „zdjął z armat przyrządy optyczne i zamki oraz karabiny maszynowe, które ustawił na brzegu i z których prowadził dalej skuteczny ogień na nieprzyjaciela”. W ocenie gen. Hallera, dzięki temu ocalał most i nasze wojska mogły odbić Płock.

Aby był niezawodnym schronieniem...

Krzyż orderu Virtuti Militari miała też Jadwiga Barthel de Weydenthal, matka chrzestna tego najbardziej znanego z „Batorych”, zbudowanego w Monfalcone 70 lat temu. Została nim odznaczona za swą działalność w Polskiej Organizacji Wojskowej. „Imię króla Batorego, które będzie wyryte na burcie tego statku, niech go nauczy, jak być wiernym sługą i dumnym przedstawicielem swego kraju – przemawiała 3 lipca 1935 r. podczas uroczystości chrztu. – Życzę mu, aby fale wszystkich mórz i oceanów były dla niego przyjazne i aby był niezawodnym i miłym schronieniem dla tych, którzy mu się powierzą”.

Chrześniak Jadwigi Barthel był bliźniaczo podobny do zwodowanego w grudniu 1934 r. „Piłsudskiego”. Oba nowe transatlantyki, choć stały się dumą kraju, ważną cząstką mitu Polski morskiej, należały wówczas do mniejszych i skromniejszych tego typu jednostek. Bo też miały przewozić raczej skromniejszych klientów. Od połowy bowiem XIX w. Polacy emigrowali za chlebem, najczęściej do USA, Kanady, Brazylii. W Polsce, po odzyskaniu niepodległości, wyliczono, że obce towarzystwa żeglugowe sporo zarabiają na tym ruchu przez ocean. Te kalkulacje spowodowały, że w 1930 r. powstał armator krajowy – spółka akcyjna Polskie Transatlantyckie Towarzystwo Okrętowe, później Gdynia-America Linie Żeglugowe, w skrócie GAL. Mniejszościowe udziały w spółce mieli Duńczycy. Ich wkładem były m.in. trzy parowce pasażersko-towarowe, zwane klejnotami księżniczki Dagmary. Zostały bowiem zbudowane za pieniądze ze sprzedaży precjozów córki króla Danii Chrystiana IV.

Parowce, wybudowane w latach 1911–1915, pod polską banderą pływały jako „Polonia”, „Pułaski” i „Kościuszko”. Były powolne, mało komfortowe. Żeby utrzymać się na rynku, armator postanowił powiększyć swą flotę o dwa nowoczesne statki – wygodne, estetyczne, można powiedzieć – luksusowe na polską miarę. Oba były motorowcami, miały pojemność 14,3 tys. BRT, 160 m długości, rozwijały prędkość ok. 18 węzłów. Nieznacznie różniły się liczbą miejsc pasażerskich. „Batory” dysponował 760 miejscami (355 w klasie turystycznej, 405 w klasie III). Obsługiwało go ok. 300 osób załogi.

Na wystrój wnętrz miała wpływ powołana przez ministra przemysłu i handlu komisja artystyczna z udziałem uznanych twórców. I tak na „Batorym” bar amerykański zdobiły obrazy Jana Cybisa, salon dancingowy – Zofii Stryjeńskiej. Ołtarz w salonie A – z Matką Boską Częstochowską w srebrze – wykonali Wojciech Jastrzębowski i Antoni Kenar. Werandę na pokładzie spacerowym zaprojektowali Stanisław i Barbara Brykalscy. Na statku była czytelnia, biblioteka, basen kąpielowy, sala gimnastyczna. W czytelni wisiała pomniejszona kopia obrazu Matejki „Batory pod Pskowem”, wykonana przez Jana Zamoyskiego. Hall pokładu spacerowego zdobił portret króla – dzieło Czesława Wdowiczewskiego. Tu właśnie, w królewskim towarzystwie, zwykli się fotografować pasażerowie.

Za imieniem „Batory” optowały władze państwowe. Kierownictwo GAL proponowało „Kościuszkę” – symbol historycznych związków polsko-amerykańskich. Polonia domagała się zaś „Paderewskiego”. Ostatecznie zwyciężył „Batory”. 11 maja 1936 r. statek po raz pierwszy zawinął do Gdyni. Tydzień później wyruszył do Nowego Jorku. Trasę 3 tys. mil pokonywał w 9 dni. Dowodził nim kapitan Eustazy Borkowski, postać niesłychanie barwna, o inklinacjach aktorskich. Karol Olgierd Borchardt sportretował go później jako „Szamana Morskiego”. Już podczas owego pierwszego rejsu przez Atlantyk statek złapała burza morska. Gdy poprawa pogody była blisko, Borkowski wraz z pierwszym oficerem – zmoczony, prosto z mostka – udał się do pomieszczeń pasażerskich. Padł na klęczki przed podróżującym statkiem biskupem Niemirą, błagając o modlitwę na czas nawałnicy. A że morze rychło się uciszyło, obwieścił cud. Historyjkę tę opisał inny uczestnik rejsu – Melchior Wańkowicz.

Wieść o wybuchu wojny 1 września 1939 r. zastała „Batorego” w miejscu w miarę bezpiecznym, blisko Nowej Funlandii. Gdy dotarł do Nowego Jorku, panowało tam poruszenie po storpedowaniu przez U-booty brytyjskiego transatlantyku „Athenia”. Kapitan Borkowski, niczym Fredrowski Papkin – „lew północy” – wbrew dyrektywom z GAL wieścił nowojorskiej prasie, że wróg mu niestraszny – ani torpedy, ani atak z powietrza. „W nocy mnie nie widzą, za dnia będę się kręcił jak kołowrotek – objaśniał, choć kto wie, co naprawdę myślał. – Pasażerów poślę pod pokład, a sam zostanę na mostku. Nie boję się umrzeć. Jedynymi osobami, których się boję, to Pan Bóg i moja żona”.

Gadki uwielbianego przez pasażerów szamana wystraszyły część załogi, a i armatorowi nie przypadły do gustu. Borkowski został pozbawiony dowództwa. Po latach Roman Kutyłowski z GAL w liście do Jerzego Pertka, autora monografii „Królewski statek »Batory«”, skwituje zmianę kapitana następująco: „Do statku »Kościuszko« pasował jeszcze znakomicie, lecz na nowoczesnym »Batorym« stał się już anachronizmem”.

Pływający dom dziecka

Dla „Batorego” zaczęła się służba wojenna. Po drobnych adaptacjach pływał w konwojach jako transportowiec. Uczestniczył w kampanii norweskiej, w ewakuacji sił alianckich z Francji. Wiózł do Kanady zapasy złota, walut i papierów wartościowych Banku Anglii, a przy okazji także arrasy i inne cenne zabytki z Wawelu, wyekspediowane dla bezpieczeństwa przez rząd polski. Jednak najwięcej rozgłosu przyniosła mu wyprawa w charakterze domu dziecka – wokół czterech kontynentów, przez trzy oceany, z niemal pół tysiącem dzieci w wieku od 4 do 15 lat, które miały znaleźć bezpieczne schronienie w Australii. Ówczesny kapitan „Batorego” Zygmunt Deyczakowski nazwał ten nietypowy ładunek „klejnotami koronnymi Imperium Brytyjskiego”. On sam stał się dla dzieci bożyszczem – „królem statku”, którego witały postawą na baczność i polskim „dzień dobry”, w brytyjskich wspomnieniach zapisanym jako „gindobria”.

Gdy w Kapsztadzie młodzi pasażerowie dowiedzieli się, iż w dalszą drogę popłyną transportowcem brytyjskim, zaskoczyli wszystkich odmową jedzenia. I o dziwo, Brytyjska Admiralicja cofnęła swoją decyzję – pozwoliła dzieciom kontynuować podróż na „Batorym”.

Statek dotarł do celu bez przeszkód. Stracił tylko część przedwojennych sztućców. Otóż gdy „Batory” zawinął do Freetown, atrakcją dla dzieci stali się afrykańscy nurkowie, którzy wyławiali rzucane im do wody drobne monety. W pewnym momencie nasi marynarze po wzmożonej aktywności poławiaczy zorientowali się, że młodzi pasażerowie rzucają za burtę już nie tylko pensy, ale i ozdobione herbem sztućce, zaprojektowane specjalnie dla „Batorego”.

Lucky ship – szczęśliwy statek, taki zyskał sobie przydomek. Jego bliźniak „Piłsudski” zatonął już na początku wojny. Nie miał też szczęścia inny statek „City of Benares”, który w tym samym czasie ewakuował grupę dzieci do Kanady. Został storpedowany przez Niemców. Szczęście nie opuściło naszego statku także w kolejnym wojennym wcieleniu, gdy został zaadaptowany na okręt desantowo-inwazyjny. Na jego pokładach i burtach zainstalowano działa większego i mniejszego kalibru, kilkanaście działek przeciwlotniczych, 4 wyrzutnie małych rakiet przeciwlotniczych oraz małokalibrową broń maszynową. Do tego dodano 23 barki desantowe i obsługę w postaci 114 żołnierzy brytyjskiej piechoty morskiej. W tej wersji „Batory” wziął udział w lądowaniu aliantów w Afryce Północnej (koło Oranu), potem na Sycylii i w Prowansji. A w grudniu 1943 r. jeszcze raz przewoził dzieci – polskie sieroty, które z armią gen. Władysława Andersa opuściły ZSRR i znalazły się w Iranie.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj