szukaj
Normandia 1944 oczami legendarnego fotoreportera
79 klatek
Wśród lądujących w Normandii alianckich żołnierzy znaleźli się również przedstawiciele prasy, m.in. Ernest Hemingway. Ale najbliżej dramatycznych wydarzeń był legendarny fotoreporter wojenny Robert Capa.
Zdjęcia Roberta Capy opublikowane w tygodniku Life. Za This is War - Robert Capa at work
TP/Polityka.pl

Zdjęcia Roberta Capy opublikowane w tygodniku Life. Za This is War - Robert Capa at work

Zdjęcia za This is War - Robert Capa at work
TP/Polityka.pl

Zdjęcia za This is War - Robert Capa at work

This is War - Robert Capa at work, autor Richard Whelan
TP/Polityka.pl

This is War - Robert Capa at work, autor Richard Whelan

Rankiem 6 czerwca 1944 r. wojenny korespondent CBS Richard C. Hottelet siedział skulony w kabinie amerykańskiego B-26, lecącego nad wodami Kanału La Manche. Udział w prawdziwej misji bojowej, choć niebezpieczny, był dla radiowego dziennikarza prawdziwą gratką. Jednak widok, który Hottelet ujrzał z kabiny, sprawił, że szybko zapomniał o lotniczym bombardowaniu. Pod nim, na przestrzeni dziesiątek mil, płynęła w stronę Francji największa flota inwazyjna w historii.

Szturm na Twierdzę Europa

Alianci mieli uderzyć w Normandii. Dowodzący operacją Overlord generał Eisenhower wyprowadził w pole niemieckie dowództwo, spodziewające się inwazji w najwęższym miejscu Kanału – Pas-de-Calais – o czym miały je przekonać fałszywe informacje przekazywane przez wywiad i długotrwale naloty bombowe. Mimo tego w Normandii stacjonowały poważne siły niemieckie, dysponujące rozbudowanym systemem fortyfikacji – baterii dział różnego kalibru, bunkrów, stanowisk karabinów maszynowych i moździerzy. Plaże usiane były setkami tysięcy min, pułapek podwodnych, stalowych kozłów i zwojami drutu kolczastego.

Na prawie 6 tys. okrętów znajdowało się około 175 tys. żołnierzy – Amerykanów, Brytyjczyków i Kanadyjczyków. Płynęło też niezbędne do walki potężne zaplecze logistyczne – tysiące pojazdów (jeepów, ciężarówek, buldożerów), paliwo, amunicja i materiały wybuchowe, żywność, szpitale polowe wraz z wyposażeniem, urządzenia zapewniające łączność, kuchnie polowe. W skład floty wchodziło 1200 okrętów wsparcia, począwszy od pancerników, a skończywszy na miniaturowych okrętach podwodnych. Zaangażowane siły lotnicze liczyły 13 tys. samolotów.  

Do lądowania w Normandii szykowali się także korespondenci wojenni. Ich rola była nie mniej ważna niż zadanie tysięcy spadochroniarzy, saperów, marynarzy czy czołgistów. Mieli oni przekazać prasie wolnego świata pierwsze relacje i zdjęcia – pokazać czytelnikom i słuchaczom, jak na ich oczach tworzy się historia. Usprawiedliwić krwawy trud frontowych żołnierzy i robotników pracujących w fabrykach broni.

Prawda jest bronią

22 maja generał Eisenhower spotkał się z dziennikarzami, którzy otrzymali akredytacje do relacjonowania inwazji. „Dowiedziałem się z gazet, że zanosi się na jakąś operację” – to zdanie rozbawiło reporterów. Później jednak było już poważniej: „Nasze kraje walczą najskuteczniej, kiedy nasze narody są najlepiej poinformowane. Będziecie mogli relacjonować wszystko, co możliwe, oczywiście zgodnie z wymogami bezpieczeństwa wojskowego. Nigdy nie będę krył przed wami prawdy”. Głównodowodzący wojsk sprzymierzonych zrównał w ten sposób korespondentów ze swoimi żołnierzami. I jedni, i drudzy mieli jak najlepiej wykonać swoje zadania.

Wśród nich był pracujący dla tygodnika „Life” Robert Capa, cieszący się zasłużenie opinią najlepszego wojennego fotoreportera (sławę przyniosło mu słynne zdjęcie upadającego żołnierza zrobione w 1936 r. podczas wojny domowej w Hiszpanii). Jako jedyny fotograf w Normandii miał lądować z pierwszą falą ataku, wraz z żołnierzami 29 dywizji piechoty desantującymi się na plażę Omaha, która po 6 czerwca zdobyła sobie przydomek „krwawa”.

Krwawa Omaha

O 5.50 rano amerykańskie okręty otworzyły ogień na niemieckie stanowiska, wkrótce potem nadleciały bombowce B-26, zrzucając swój śmiercionośny ładunek. O 6.30 mała barka LCA (Landing Craft Assault), na pokładzie której znajdował się Capa, opuściła rampę desantową przy brzegu rejonu lądowania oznaczonego jako Easy Red. Ostatnie metry do brzegu fotograf przebył brnąc w wodzie (klisze zabezpieczył, owijając je w prezerwatywy – tej sztuczki nauczył się we Włoszech od żołnierzy, którzy nie chcieli zamoczyć amunicji), odpychając unoszące się na falach ciała zabitych, co starał się „czynić z pełnym szacunkiem”. Na plaży okazało się, że morskie i lotnicze bombardowanie było dramatycznie niecelne – niemieckie stanowiska zostały niemal nietknięte. Co gorsza, aliancki wywiad nie wiedział, że obsadzili je weterani z 352 dywizji piechoty.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj