Wyzwolenie obozu w Warszawie
Atak na Gęsiówkę
Z militarnego punktu widzenia powstańcy warszawscy zamiast 5 sierpnia 1944 r. Gęsiówkę atakować, mogli ją obejść. Podjęli jednak inną decyzję. Dlaczego?

Artykuł opublikowany w Polityce nr 31/2003

Po upadku powstania w getcie warszawskim, rozkazem Himmlera z 11 czerwca 1943 r. na terenie ruin utworzony został obóz koncentracyjny, zwany potocznie Gęsiówką (od ul. Gęsiej). Przywożeni z innych obozów oraz z krajów okupowanej Europy więźniowie-Żydzi mieli za zadanie wydobywanie z ruin zdatnych do użytku materiałów budowlanych, wywożenie gruzu oraz plantowanie terenu. Obóz w kwietniu roku następnego stał się filią Majdanka.

W końcu lipca 1944 r. Niemcy przystąpili do jego ewakuacji. W dniu wybuchu Powstania Warszawskiego, 1 sierpnia, w obozie, którego załogę stanowiło ok. 90 esesmanów, przebywało ok. 430 żydowskich więźniów. Tego samego dnia 50 z nich skierowali Niemcy do prac porządkowych w rejonie byłego Umschlagplatzu. Tam zostali uwolnieni przez oddział Kedywu. Wśród pozostałych najwięcej było, jak uważa Bronisław Anlen (więzień tego obozu), obywateli polskich, potem Greków, Węgrów i Francuzów, ale nie brakło także obywateli belgijskich, holenderskich i czeskich.

Obłędna radość

Dlaczego zaatakowano Gęsiówkę? Złożyło się na to kilka powodów. Być może najistotniejszym było wyciągnięcie ze zdobytego przez powstańców bunkra ogłuszonego oficera SS, jak się niebawem okazało podczas przesłuchań (tłumaczem był niedawno zmarły Jan Rossman, Niemca pojmał Eugeniusz Kecher-Kołczan), zastępcy komendanta Gęsiówki.

To on przekazał wiadomość o żydowskich więźniach, która spowodowała, że kilku dowódców w powstańczych oddziałach, wśród nich dowódca Brody Jan Kajus Andrzejewski-Jan i dowódca Zośki Ryszard Białous-Jerzy udali się do Radosława, by uzyskać odeń zgodę na zaatakowanie obozu. Dowódca obawiał się zbyt dużych strat własnych, nie chciał nawet o tym słyszeć. Przekonał go argument, że w natarciu będzie można wykorzystać jeden ze zdobytych czołgów, a sukces uzyskać dzięki zaskoczeniu.

Atak na Gęsiówkę 5 sierpnia 1944 r. przeprowadzili żołnierze plutonów Alek i Felek harcerskiego batalionu Zośka, decydującą jednak rolę odegrał czołg Pantera, dowodzony przez Wacława Micutę. Czołgiem kierował Zdzisław Moszczeński-Ryk, celowniczym działa był Jan Bagiński-Myszkowskips. Bajon, radiostrzelcem Jan Zenka-Walek, zamkowym zaś żyjący dziś w Warszawie Witold Bartnicki ps. Wiktor Kadłubek. Niemcy nie dostrzegli narysowanej na czołgu biało-czerwonej szachownicy i lilijki – sądzili, że ul. Okopową jedzie ich pojazd. Ten nagle skręcił pod kątem prostym na wysokości byłej ul. Smoczej, zmiótł znajdujące się po drodze dwie barykady, ogniem działa zlikwidował dwie wieże strażnicze  i po chwili wyłamał bramę obozu. Załoga niemiecka uciekła w popłochu, szukając schronienia w budynkach Pawiaka.

Relacjonuje Witold Bartnicki: „Tłum pasiaków wysypuje się na plac. Więźniów jest bardzo dużo. Wszyscy rozradowani do najwyższego stopnia. Entuzjastyczne okrzyki. Radość dochodząca niemal do obłędu. (...) Stary, zgrzybiały Żyd stoi przed czołgiem, milczy, ręce uniósł do góry. Śmieje się z wykrzywioną dziwnie twarzą i tylko łzy ciekną mu po policzkach. Jestem niesłychanie zakłopotany. Za co oni nam dziękują? Bez słowa ściskamy mu ręce”.

Podobnie zapamiętał te chwile Juliusz Bogdan Deczkowski-Laudański: „Zobaczyłem Kołczana otoczonego przez kilku Żydów, którzy usiłowali całować go po rękach. Kołczan szarpał się, wyrywał, nie mógł zrozumieć dziękczynnych słów wypowiadanych w językach: francuskim, greckim, węgierskim, niemieckim, hebrajskim. (...) Nagle zobaczyłem znajomego z Pawiaka. – Miodowski! – zawołałem. Znajomy poznał mnie, bo wydawszy jakiś okrzyk podbiegł, złapał za szyję i zaczął na zmianę całować i mówić wzruszonym głosem: – Kilka dni temu esesmani wybrali siedemnastu spośród nas i bez żadnego powodu rozstrzelali. Wiesz, jest ze mną mój brat. Też krawiec. Pamiętasz?”. Tak się składa, że na jednym ze zdjęć wykonanych po zdobyciu Gęsiówki (patrz reprodukcja) znalazł się właśnie także Bronisław Miodowski, po wojnie zamieszkały w Paryżu Bernard Miodon.

Oddajmy też głos jednej z ocalonych. W tekście opublikowanym w 1946 r. w „Kuźnicy” Zofia Zamsztejn-Kamieniecka pisała: „Oddział powstańców, który odbił (Gęsiówkę) od kilku już dni bił się bez przerwy. Chłopcy byli pomęczeni, brudni, obrośnięci. Znalazł się fryzjer Francuz i madziarski golibroda. Znalazł się również Grek-muzykant, który nie zapomniał o swojej mandolinie – szybko nauczył się melodii polskiego hymnu. Grał, a oczy świeciły mu szczęściem. Francuzi śpiewali Marsyliankę, powstańcy polscy – partyzanckie piosenki. To był obraz wzruszający i symboliczny”.

Losy uratowanych

Nie jesteśmy dziś w stanie odpowiedzieć na pytanie, co stało się z większością uratowanych przez powstańców Żydów, nie wiemy, ilu z nich, obcokrajowców, powróciło po wojnie do swych ojczyzn. Być może niektórzy jeszcze żyją. Bez wątpienia najwięcej informacji posiadamy o tych, którzy przyłączyli się do powstańczych oddziałów. Bronisław Anlen zamierzał o nich napisać książkę, w 1968 r. nawiązał kontakt najpierw z zamieszkałym w Szwajcarii Wacławem Micutą, potem z innymi żołnierzami Zośki. W relacji przekazanej Anlenowi Wacek pisał: „Po walce, zmęczony i potłuczony skokami czołgu, poszedłem na samotny spacer do części obozu poprzednio zdobytej. Ku memu zdumieniu zastałem na rozległym placu dwuszereg więźniów we wzorowym porządku wojskowym. Na czele oddziału stał więzień, który poprawną komendą postawił oddział na baczność i zameldował mi: »Panie poruczniku, podchorąży (czy podporucznik?) Henryk Lederman z – tu wymienił nazwę pułku piechoty – melduje batalion żydowski gotowy do boju«. Moje zdumienie przerodziło się we wzruszenie i podziw dla tych ludzi, których bestialstwo niemieckie nie tylko nie złamało, ale którzy potrafili w warunkach obozu koncentracyjnego zorganizować się i być gotowymi do walki przy pierwszej nadarzającej się okazji. O tym zdarzeniu zameldowałem natychmiast Radosławowi. (...) Płk Radosław pozwolił mi zatrzymać oddział”.

Z tą samą prośbą zwrócił się do niego także dowódca Zośki. Białous wspomina: „Zgoda na zaciąg i umundurowanie przyjęta została przez uwolnionych z najwyższym entuzjazmem. Z jakim gorączkowym pośpiechem zrzucali oni swe pasiaki, by ubrać się w mundury (zdobyczne niemieckie panterki – T.S.), które do niedawna mieli prawo nosić jedynie ich prześladowcy. Ile radości promieniało z twarzy tych, którym tylekroć śmierć zaglądała w oczy. Zygmunt (Zbichorski – T.S.) i Wacek dobierali mechaników do obsługi czołgów i samochodów. Fil (Ludwik Michalski – kwatermistrz oddziału – T.S.) poszukiwał kucharzy. Zgłaszali się krawcy, szewcy i fryzjerzy. Każdy chciałby walczyć w oddziale, który ich uwolnił i widziałem pewien zawód w oczach tych, których musiałem przekazać innym oddziałom”.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj