Bydgoska czarna niedziela
Krew po obu stronach
Nie kończą się spory wokół tego, czy w Bydgoszczy 3 i 4 września 1939 r. niemieccy dywersanci zaatakowali wycofujące się polskie wojsko, czy też przeciwnie – doszło do masakry niewinnej ludności niemieckiej. W stanowiskach historyków w obu krajach zdarzają się zaskakujące zmiany.

Artykuł pochodzi z Polityki nr 35/2005

Dyskusja nad wydarzeniami bydgoskimi, nazwanymi przez propagandę III Rzeszy Bromberger Blutsonntag (bydgoska krwawa niedziela), powróciła dość nieoczekiwanie przed dwoma laty, w dużej mierze za sprawą wypowiedzi prasowych polskiego historyka Włodzimierza Jastrzębskiego. Zmienił on swoje poglądy i przedstawił te wydarzenia jako masakrę ludności narodowości niemieckiej, zaprzeczając jakiejkolwiek prowokacji z jej strony.

W tym samym czasie ukazało się tłumaczenie na polski książki Güntera Schuberta „Bydgoska krwawa niedziela. Śmierć legendy” (Bydgoszcz, 2003), w której ten niemiecki dziennikarz, z wykształcenia historyk, przekonuje, wbrew z kolei dotychczasowemu stanowisku niemieckich historyków, że doszło wówczas w Bydgoszczy do niemieckiej prowokacji. Do dywersantów przerzuconych z Niemiec przez Gdańsk mieli dołączyć niektórzy mieszkańcy Bydgoszczy i utworzyć wraz z nimi grupy, które w kilku punktach miasta rozpoczęły w tym samym czasie ostrzeliwanie wycofujących się polskich żołnierzy. Schubert przeanalizował m.in. dokumenty polskiej 15 Dywizji Piechoty Armii Pomorze (wojenną zawieruchę przetrwało niewiele meldunków, przechowywanych w Centralnym Archiwum Wojskowym w Warszawie). Autor przyznaje jednak, że w trakcie tłumienia dywersji dochodziło także do mordowania niewinnych Niemców.

„Podjudzona polska hołota”

To wszystko sprawiło, że grono kilkunastu historyków z różnych ośrodków naukowych w Polsce, z inicjatywy Instytutu Pamięci Narodowej, powołało jesienią 2003 r. zespół badawczy, który zajmuje się wyjaśnianiem przebiegu wydarzeń. Przewodniczy mu Paweł Machcewicz. Zanim przedstawimy ustalenia zespołu, przypomnijmy dotychczasowy stan wiedzy.

Niemiecka stacja radiowa Heilsberg już 7 września 1939 r. podała najpierw liczbę stu, a następnie tysiąca Niemców, którzy mieli zginąć z rąk polskich podczas „krwawej nocy św. Bartłomieja”. Dzień później bydgoski dziennik „Deutsche Rundschau” użył po raz pierwszy określenia Bromberger Blutsonntag, które weszło na stałe do języka niemieckiej propagandy.

Albert Forster, namiestnik Rzeszy w Gdańsku, uzasadniając konieczność prowadzenia eksterminacji Polaków, w swoich przemówieniach powtarzał: „równo tysiąc rodaków i rodaczek w samej Bydgoszczy, a wiele tysięcy w całym kraju zostało w sadystyczny sposób zamordowanych przez podjudzoną polską hołotę morderców, tylko dlatego, że byli Niemcami”.

Uwieńczeniem działalności niemieckiej propagandy było wydanie publikacji („Die polnischen Greueltaten an den Volksdeutschen in Polen”) dokumentującej mordy popełnione na członkach mniejszości niemieckiej w Polsce. Opierała się ona przede wszystkim na protokołach zeznań niemieckich świadków zebranych przez Sąd Specjalny w Bydgoszczy. W drugim wydaniu tej propagandowej pracy, które ukazało się w lutym 1940 r., pisano już o 58 tys. zamordowanych volksdeutschach na terenie całej Polski. Winą obciążano polskie władze i polskie wojsko; oskarżenia kierowano m.in. przeciwko gen. Władysławowi Bortnowskiemu, dowódcy Armii Pomorze.

Świadectwo Lucy Baker-Beall

Zarzuty propagandy niemieckiej stanowczo odpierały polskie władze. Ministerstwo Informacji i Dokumentacji przygotowało jesienią 1939 r. dokument „Prawda o Bydgoszczy”, który był tłumaczony na języki obce i rozsyłany do rządów i placówek dyplomatycznych państw sprzymierzonych. Wyjaśniano, że „w świetle naocznych, obiektywnych świadków, cała ta akcja, zmierzająca do oczerniania Polaków w opinii świata dla zatarcia śladów własnych zbrodni, jest oczywiście jednym wielkim kłamstwem. (...) W dniu 3 września odbyło się w Bydgoszczy stanowcze i surowe stłumienie zorganizowanej, kierowanej z zewnątrz, dywersji niemieckiej, nie miał natomiast miejsca żaden fakt mordowania niewinnych obywateli polskich – Niemców; nie mówiąc już o wypadkach mordowania kobiet i dzieci niemieckich” [podkreślenie w oryginale – T.C.]. Polskie władze potwierdzały rozstrzelanie 160 niemieckich dywersantów, z których tylko 10 zidentyfikowano jako mieszkańców Bydgoszczy.

Wersję wydarzeń przedstawianą przez polskie władze w pełni potwierdziła Lucy Baker-Beall, nauczycielka języka angielskiego, która przez prawie 40 lat mieszkała w Bydgoszczy, a której dzięki interwencji ambasady amerykańskiej w połowie lutego 1940 r. udało się opuścić Niemcy i wrócić do Anglii. Jej relacja została opublikowana na łamach „The Times” z 6 marca 1940 r.: „Strzały padały z niemieckich domów i kilku Polaków zostało zabitych lub rannych. (...) W sumie około 200 Niemców zostało zatrzymanych z bronią w ręku i rozstrzelanych, ale to nie było mordowanie bezbronnych ludzi. To nastąpiło później, kiedy Niemcy weszli do miasta”.

Kto strzelał?

Dochodzenia w sprawie wydarzeń bydgoskich prowadzili po zakończeniu wojny prokuratorzy Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce. Kazimierz Garszyński w latach 1945–1948 ustalił, że „Niemcy w dniu 3 września 1939 r. w Bydgoszczy podjęli o godz. 10.15 planową akcję dywersyjną w celu stworzenia paniki wśród cofających się pułków polskich”. Na podstawie zeznań przesłuchanych świadków obliczył, że w Bydgoszczy było 46 punktów, z których strzelali dywersanci. W trakcie rozprawy z nimi miało zginąć mniej niż 300 Niemców.

Istotne znaczenie miały późniejsze badania historyczne prowadzone przez Karola Mariana Pospieszalskiego, który dotarł do dokumentów działającego w czasie wojny niemieckiego urzędu Gräberzentrale für die ermordeten Volksdeutschen (Centrala Grobów Pomordowanych Volksdeutschów), wśród których zachował się, sporządzony przez niemiecki Urząd Stanu Cywilnego w Bydgoszczy, spis osób zamordowanych 3 i 4 września. Zawierał 263 nazwiska. Pospieszalski ponadto ustalił, że we wrześniu 1939 r. zginęło w Polsce 3257 cywilów narodowości niemieckiej, w tym ok. 2 tys. z powodu udziału w dywersji, a nie 58 tys., jak podawała propaganda niemiecka.

Na przełomie lat 50. i 60. Instytut Zachodni w Poznaniu prowadził własną akcję zbierania relacji i wspomnień na temat wydarzeń bydgoskich, które zostały następnie wydane przez Edwarda Serwańskiego. Jednak w publikacji tej zostały pominięte te fragmenty wspomnień, które mówiły o zabijaniu Niemców.

W zdecydowanej większości powojennych prac niemieckich historyków wydarzenia bydgoskie zostały przedstawione jako masakra niewinnej ludności. To założenie opierają oni głównie na relacjach bydgoskich Niemców, zebranych na przełomie lat 50. i 60. przez Zachodnio-Pomorskie Ziomkostwo. We wspomnieniach tych (obecnie w Archiwum Federalnym w Bayreuth) dywersję pominięto, a eksponowano niemieckie ofiary. Wielu w swoich opowieściach przyznaje, że w Bydgoszczy strzelano do wycofującego się Wojska Polskiego, ale robili to ponoć sami Polacy. Jedynie w kilku relacjach (pastora Kurta Eichstädta, Johannesa Katrynskiego, Huberta Hilla, Waltera Graffa) znajdujemy opinie mówiące o tym, że strzelać mogli niemieccy dywersanci.

Także po stronie niemieckiej doszło do zaskakującej zmiany poglądów. Edwin Erich Dwinger, autor książki „Tod in Polen” (Śmierć w Polsce), we wspomnieniach „Die zwölf Gespräche” wydanych w 1966 r. (Dwanaście rozmów) uznał tamto swoje dzieło za propagandowe i przyznał, że to SS, która przed wybuchem wojny przerzuciła do Polski swoich ludzi, jest odpowiedzialna za śmierć niewinnych bydgoskich Niemców.

Również wspomniana na wstępie książka Güntera Schuberta jest przejawem innego podejścia w niemieckiej historiografii.

 

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj