70. rocznica bitwy o Anglię
Uśmiechnięci bohaterowie
O pilotach legendarnego Dywizjonu 303 oraz o tym, jak powstawała słynna książka Arkadego Fiedlera opisująca ich walki w bitwie o Anglię opowiada syn autora „Dywizjonu 303” Arkady Radosław Fiedler.
Okładka wojennego wydania 'Dywizjonu 303'
Tomasz Pawlak/Polityka.pl

Okładka wojennego wydania "Dywizjonu 303"

Arkady Radosław Fiedler, syn autora 'Dywizjon 303'
BEW

Arkady Radosław Fiedler, syn autora "Dywizjon 303"

Grzegorz Rzeczkowski: Ile razy przeczytał pan „Dywizjon 303”?

Arkady Fiedler*: Nie jestem w stanie określić. Na pewno dość dużo. Zaczynałem jeszcze jako kilkunastoletni młodzieniec, ostatni raz czytałem książkę całkiem niedawno, przy okazji jej kolejnego, 30 już wznowienia. Czytam ją co kilka lat i co dla mnie zaskakujące, za każdym razem odkrywam w niej coś nowego, jakieś szczegóły, których wcześniej nie dostrzegałem.

To najlepsza książka ojca?

Trudno powiedzieć, bo to jest zupełnie inna literatura. Ojciec zaczynał od książek podróżniczych, pisanych jeszcze przed wojną, takich jak „Ryby śpiewają w Ukajali”, czy „Kanada pachnąca żywicą”. Natomiast zarówno „Dywizjon 303”, jak i druga wojenna książka ojca, czyli „Dziękuję ci, kapitanie” były wymogiem chwili.  Tworząc je, z pisarza - podróżnika zmienił się w reportera wojennego.

Doszło do tego w dość specyficznych okolicznościach. Wybuch wojny zastał go na Tahiti [wyspa na Oceanie Spokojnym, część Polinezji Francuskiej - red.]. Czytając jednak  katastroficzne doniesienia z Europy, przede wszystkim o upadku Polski, zdecydował się na powrót. Choć na Tahiti nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo uznał, że nie może tam siedzieć z założonymi rękami, gdy w kraju dzieją się tak straszne rzeczy. Najpierw dotarł do Francji, ale ta szybko upadła, więc niemal w ostatniej chwili przeprawił się przez kanał La Manche do Wielkiej Brytanii, gdzie jako porucznik rezerwy został przyjęty do polskiego wojska.

Gdy rozpoczęła się bitwa o Anglię i naloty na Londyn, okazało się, że polscy lotnicy doskonale sobie radzą w tych śmiertelnych zmaganiach, że świetnie walczą [dywizjon 303 wszedł do walki w ostatnich dniach sierpnia 1940 r. - red.]. Prasa entuzjastycznie opisywała ich wyczyny, wręcz rozpływała się w pochwałach. Polacy byli wówczas autentycznymi bohaterami, Anglicy traktowali ich z uwielbieniem, jak charyzmatycznych obrońców. Ojciec czytał te doniesienia i serce mu rosło. W pewnym momencie stwierdził, że warto byłoby napisać o polskich pilotach, stworzyć bardziej konkretny materiał.

Zdecydował, że musi się dostać do dowództwa naszej armii, najlepiej do generała Sikorskiego by zdobyć zgodę na napisanie reportażu o lotnikach, zwłaszcza z dywizjonu 303, bo prasa najwięcej o nich pisała. W końcu udało mu się uzyskać wizytę u Sikorskiego, ale miał wiele wątpliwości. Przede wszystkim jechał na to spotkanie z obawą, że jest już któryś tam w kolejce. Wiedział, że w Anglii był wówczas chociażby Janusz Meissner, pilot i znany już pisarz, specjalizujący się w tematyce lotniczej. Ale ku jego ogromnemu zdziwieniu, kiedy stanął przed Sikorskim okazało się, że jest pierwszy. Generał wyraził więc zgodę i wręczył ojcu rozkaz wyjazdu do Northolt, gdzie stacjonował dywizjon 303, z zadaniem napisania reportażu. Oczywiście niezwłocznie tam pojechał.

Dlaczego Arkady Fiedler trafił do 303 dywizjonu - warszawskiego, a nie do 302, z racji pochodzenia chyba bliższego mu emocjonalnie, bo poznańskiego, który również walczył w bitwie o Anglię?

„303” był na pierwszej linii ognia, miał na koncie więcej zwycięskich pojedynków [piloci dywizjonu zgłosili 126 zestrzeleń, po wojnie dzięki dokumentom niemieckim zweryfikowano tę liczbę - brytyjski historyk John Alcorn podaje 44 zwycięstwa odniesione na pewno, zaś Jerzy Cynk 55 do 60 zwycięstw - red.] i dlatego więcej o nim pisano. Wybór był dość oczywisty.

Jak został przyjęty przez pilotów?

Bardzo dobrze. Ojciec nie mieszkał z nimi, ale codziennie, przez kilka miesięcy 1940 roku przyjeżdżał do Northolt z Londynu. Miał z pilotami, a także z mechanikami, bardzo dobry kontakt, choć był od nich nawet kilkanaście lat starszy. Ojciec z natury był osobą ciekawą ludzi, otwartą.

Był też - można powiedzieć - młody duchem, więc tej różnicy wieku nie było widać. W dodatku był pilotami wręcz bałwochwalczo zafascynowany. Widział, że to rzeczywiście są fantastyczni ludzie i to swoje uwielbienie im okazywał, co oczywiście sprawiało lotnikom wielką przyjemność. Więzy między nimi szybko się zacieśniły.

Najbardziej zaprzyjaźnił się z dowódcą „303” Witoldem Urbanowiczem. W ostatnim wydaniu „Dywizjonu”, na końcu książki, zamieściliśmy jego wspomnienie o ojcu - dwadzieścia parę stron maszynopisu - które napisał w latach 90. i nam przesłał. Pisał o tym, jak się poznali, spotykali w Londynie, wspominał też o wspólnych wypadach na miasto.

Nie dla wszystkich nasi lotnicy byli tacy mili. Na początku nie najlepiej się współpracowało z Anglikami. Szczególnie nielubiany był brytyjski dowódca dywizjonu major Ronald Kellet.

On nie bardzo wierzył w siłę Polaków i ich umiejętności. Zresztą nie był w tym odosobniony. W pierwszych dniach bitwy o Anglię wśród brytyjskich dowódców przeważała opinia, że Polacy po dwóch przegranych kampaniach - w Polsce i we Francji - są zdemoralizowani i w związku z tym nie stanowią znaczącej wartości bojowej. Pretekstów do wygłaszania takich opinii dawali im też sami Polacy, którym podczas pierwszych lotów na angielskich maszynach zdarzało się popełnić proste błędy. Na przykład zapominali wysunąć podwozie przy lądowaniu, bo byli przyzwyczajeni do polskich samolotów, które nie miały chowanego podwozia. Zdarzały się też kłopoty z opanowaniem manetki gazu -aby przyspieszyć, w brytyjskim myśliwcu trzeba było ją odepchnąć, a nie pociągnąć jak w polskich, czy francuskich maszynach.

Efekt był taki, że Anglicy kazali szkolić Polaków od podstaw, kazali uczyć się regulaminów, wręcz wkuwać je na pamięć, co oczywiście było powodem ostrych nieraz sporów. Jednak wraz z pierwszymi zwycięstwami szybko zmienili zdanie na temat naszych pilotów.

Czy to z książki dowiedział się pan o wydarzeniach z lata i jesieni 1940 roku?

Nie, z opowieści ojca, ale też i mamy. Ja urodziłem się w ostatnich tygodniach wojny. Rodzice poznali się w Londynie, mama była z pochodzenia Włoszką. Do Anglii przeprowadziła się z całą rodziną w latach 30. Dziadek był wówczas człowiekiem bardzo przedsiębiorczym i zamożnym, miał hurtownię warzyw. Pozwolę sobie na małą dygresję. Mama nie znała wówczas ani słowa po polsku, rozmawiała z ojcem po angielsku. A ojciec pisał „Dywizjon” oczywiście po polsku i to odręcznie. Ale ponieważ miał dobry, przedwojenny charakter pisma, matka przepisywała rękopis na maszynie.

Mama opowiadała również o wizytach Urbanowicza w ich londyńskim mieszkanku, wiele było historii humorystycznych. Na przykład pewnego dnia, gdy dowódca dywizjonu przyszedł do nich na jakąś kolacyjkę, okazało się, że zawieruszył się kot rodziców, który był zresztą dość niesforny. Schował się pod szafą, i za nic nie chciał wyjść. Więc obaj panowie - stateczny pisarz i as przestworzy – rzucili się na kolana i z głowami pod szafą próbowali tego kota wyciągnąć. Mama zaśmiewała się do łez, bo mimo wysiłków zwierzak im uciekał. To były takie humorystyczne rysy pokazujące, że mimo wojny ci piloci byli weseli, potrafili cieszyć się życiem. Bawili się, kochali - mieli przecież ogromne powodzenie u Angielek - pili, jedli, śmiali się.

Słowem - żyli na potęgę, bo często stawali w obliczu śmierci. Choć w czasie bitwy o Anglię w 303 dywizjonie zginęło ich stosunkowo niewielu, co również świadczy o ich klasie.

Urbanowicz jako jeden z nielicznych asów II wojny światowej nie tylko, że nigdy nie został zestrzelony, to ponoć nigdy nie został nawet trafiony. Podczas bitwy o Anglię strącił 17 niemieckich maszyn.

Tak, miał wyjątkowe szczęście, ale też był wyjątkowo dobrym lotnikiem, prawdziwym asem.

Wracając do bitwy o Anglię - co rodzice opowiadali o tamtych wydarzeniach?

Ojciec z Urbanowiczem przeżyli dość ciekawą historię, którą ten ostatni opisał zresztą w swym wspomnieniu o ojcu. Otóż pewnego wieczora wyszli na miasto coś zjeść. Usiedli przy stoliku w restauracji, ale ojciec nie był zadowolony z tego wyboru i zaczął namawiać Urbanowicza, by zmienili lokal na inny, w którym rzekomo podawali wyśmienitego kurczaka. Pilot nie za bardzo miał na to ochotę, ale w końcu uległ namowom. I choć danie nie było najlepsze, był dozgonnie ojcu wdzięczny, bo niedługo po ich wyjściu w restaurację trafiła bomba. Najprawdopodobniej w ten sposób uratował mu życie

Czytałem relację pana brata, który pisał, że Arkady Fiedler miał w zwyczaju dawać Urbanowiczowi do przeczytania kolejne rozdziały książki. Pewnego razu ten mu wytknął, że zamiast napisać, iż samoloty krążą nad lotniskiem, użył słowa „kołują”. Na pytanie dlaczego, miała paść odpowiedź: „a bo wy jesteście orłami”.

Oni chętnie się przed ojcem otwierali, opowiadali o swoich walkach, przygodach i stanach ducha i to często tuż po powrocie na lotnisko. Jeden z lotników - porucznik Mirosław Ferić - prowadził dość dokładny dziennik, który również ojcu udostępniał.

Książka była pisana niemal na kolanie, bo taki był wymóg - by jak najszybciej trafiła do czytelników, by pokazać im, że mimo klęski wrześniowej Polacy nadal walczą, że jeszcze Polska nie zginęła. Co więcej - jej żołnierze odnoszą fantastyczne sukcesy w starciu z niepokonanym, wydawałoby się, wrogiem. „Dywizjon” był wysyłany do kraju dzięki zrzutom lotniczym. Partyzanci, którzy je odbierali, widząc jakieś karteczki myśleli początkowo, że to instrukcja obsługi karabinu maszynowego. W sumie były cztery wojenne wydania książki.

Dużo w tych opowieściach ojca było o innych słynnych pilotach 303: Janie Zumbachu, Witoldzie Łokuciewskim, Josefie Frantiśku?

Dużo, choć jego opowieści były dość zbieżne z tym, co opisał w książce. Często powtarzał, co było bardzo uderzające, że to byli niesłychanie pogodni ludzie, z ogromnym poczuciem humoru, bardzo otwarci, zachłannie korzystający z uroków życia. Byli pełni optymizmu, życiowej energii, nie stroniący od zabawy.

Szczególnie uderzało to mamę, która wiedziała, że Polska jest pod okupacją, że oni uciekając na Zachód przebyli piekło, że przeszli dwie kampanie. Ten ich sposób bycia oczywiście wynikał z tego, że żyli na krawędzi, w każdej chwili mogli zginąć.

Gdzie więc tkwi tajemnica tego, co osiągnęli?

W powietrzu zmieniali się nie do poznania. Wszystkie problemy zostawiali na ziemi, zmieniając się w drapieżne ptaki, których celem było upolowanie hitlerowca. I bardzo często im się to udawało. Ojciec opowiadał, że mieli doskonały wzrok, lepszy niż Anglicy, którzy zresztą sami to dostrzegli - podczas lotów bojowych Polacy wcześniej niż ich angielscy koledzy zauważali wroga. Wtedy nie było żadnych przyrządów pokładowych, które pomagałyby w namierzeniu nieprzyjaciela, więc dobry wzrok pilota był niesłychanie pomocny  Poza tym byli bardziej zawzięci od Anglików, co nie było dziwne, bo mieli w pamięci Wrzesień’39 i te wszystkie okrucieństwa, których hitlerowscy piloci się dopuścili pod polskim niebem.

Poza tym, po walkach w Polsce i we Francji, gdzie latali na gorszych samolotach, nauczyli się wyczuwać Niemców niemal intuicyjnie. Więc gdy wsiedli w znakomite brytyjskie hurricane’y, pokazali najwyższy kunszt.

Athol Forbes, brytyjski pilot „303” wspominał nawet, że zdarzały się przypadki, gdy załogi niemieckich bombowców wyskakiwały z maszyn na sam widok polskich hurricane’ów. Arkady Fiedler poleciał kiedykolwiek na misję bojową?

Ojciec z nimi nie latał, piloci z „303” raz czy dwa zabrali go na pokład treningowego samolotu, zrobili kilka beczek i tyle. Jemu to zupełnie wystarczało, bo był piechurem. Więc po tych dwóch wycieczkach miał dość latania.

Na głowie miał książkę - a nie należał do tych, co piszą szybko - i inne problemy. Nie był zbyt lubiany w naczelnym dowództwie polskiej armii, gdzie niektórzy oficerowie widzieli w nim przede wszystkim pisarza - podróżnika. Więc gdy zabrał się do pisania książki o lotnictwie pojawiły się głosy, że zrobi to po amatorsku. Zarzucano mu, że się na tym nie zna, choć przecież nie podawał żadnych szczegółów, w których mógłby się pomylić. Efekt był taki  że ktoś ojcu nie podał ręki, doszło w końcu do sprawy sądowej o zniesławienie. Wszystko to było dla niego dość absurdalne, bo przecież trwała wojna, a tu ktoś toczy boje o takie bzdury.

Czy zna Pan jakąś historię o dywizjonie, której nie ma w książce?

Nic mi na ten temat nie wiadomo, ojciec opisał najistotniejsze wydarzenia. Po wojnie najpierw książka znalazła się na indeksie cenzury, a gdy została z niego skreślona po 1956 roku, ojciec uznał wojenną historię za zamkniętą. Wrócił do swoich zainteresowań przyrodniczych i etnograficznych, miał inne książki do napisania, choć przy okazji kolejnych wydań „Dywizjonu” skrupulatnie przeglądał książkę i nanosił drobne poprawki, jak miał w zwyczaju. Niestety, nie dowiemy się już, jakie informacje udało się ojcu zebrać podczas pobytu w Northolt. Jego notatki z kilkumiesięcznego pobytu w „303” nie zachowały się.

Większość bohaterów „Dywizjonu 303” po wojnie została na emigracji, obawiając się powrotu do komunistycznej Polski. Nie mieli jednak łatwego życia, nawet w Anglii.

Wygasło, niestety, zainteresowanie Polakami, w tym i lotnikami. Już pod koniec wojny zaczęto ich traktować na tyle źle, że stawali się wręcz persona non grata. Przede wszystkim Polacy byli postrzegani przez Brytyjczyków jako przeszkoda, konkurencja na rynku pracy. W Anglii zapanował kryzys, brakowało wszystkiego, także pracy, którą demobilizowani żołnierze rzekomo mieliby miejscowym odbierać. Początkowo takie stanowisko zajmowali zwykli ludzie, władze starały się trzymać fason. Ale i one zmieniły nastawienie wobec Polaków, częściowo pod presją społeczeństwa, częściowo z obawy przed tym, by nie drażnić Stalina. Najbardziej chyba drastycznym przejawem niechęci wobec niedawnych sojuszników było niezaproszenie naszych żołnierzy na londyńska paradę zwycięstwa. Co prawda dywizjon 303 został zaproszony, ale solidaryzując się z całą polską armią, piloci nie przyszli na paradę. Decyzja o nie zaproszeniu Polaków była głupia, bezsensowna, trudna dziś do zrozumienia.

Pana ojciec wrócił do kraju. Mówił, że nie angażował się politycznie, więc „nowy system go nie powiesi”.

Mówiono mu nie jedź, w Polsce rządzi reżim, straszono represjami. Ojciec wychodził jednak z założenia, że nigdy nie angażował się politycznie, zajmował się przecież głównie tropikalnymi puszczami, Indianami i motylami. Więc początkowo nie obawiał się powrotu, tym bardziej, że w 1946 roku, gdy podejmował decyzję, sytuacja była jeszcze znośna, terror rozpoczął się dwa, trzy lata później. Po za tym władze poszły mu na rękę, umożliwiając kupno domu w Puszczykowie pod Poznaniem, co ojciec odczytał jako zaproszenie do przyjazdu.

Trzeba wspomnieć jeszcze o jednym - Arkady Fiedler był bardzo związany z Polską, brał udział w powstaniu wielkopolskim, kult polskości w jego rodzinnym domu był bardzo silny. Nie wyobrażał sobie życia poza krajem, w oderwaniu od czytelników, od kultury i żywego języka. Za granicą czuł się źle, twierdził że z dala od kraju jego talent by sczezł. W sumie nigdy nie żałował decyzji o powrocie, choć przeżył stalinizm dość mocno. Ciągle obawiał się, że przyjdzie po niego UB. Na szczęście nigdy to się nie stało.

Ceną było zerwanie kontaktów z dawnymi przyjaciółmi, także z  tymi z Dywizjonu 303.

To prawda. Kontakty się urwały, bo do 1956 roku ojciec nie dostawał zgody na wyjazd za granicę, a gdy po Październiku ‘56 wróciła jako taka normalność, dawni znajomi rozjechali się po świecie.

*Arkady Radosław Fiedler - poseł PO, syn Włoszki, Marii Maccariello i Arkadego Fiedlera, pisarza i podróżnika. Z wykształcenia geograf, z zawodu -jak sam o sobie pisze - „podróżnik-muzealnik” (prowadzi wraz z rodziną muzeum w domu rodziców w podpoznańskim Puszczykowie).

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj