Konstytucja o tumultach
Przełomowa w dziejach polskiej tolerancji i nietolerancji stała się pewna noc 1606 r., przepełniona namiętnymi rozmowami króla Zygmunta III Wazy, kaznodziei Piotra Skargi i spowiednika Fryderyka Bartscha. Jej następstwem było odrzucenie prawa zakazującego tumultów religijnych, czyli dokuczania innowiercom.
Kazanie Skargi. Obraz Jana Matejki
Wikipedia

Kazanie Skargi. Obraz Jana Matejki

Artykuł opublikowany w Polityce nr 23/2006

Sejm 1606 r. był parlamentem szczególnym, gdyż napięcie w kraju po śmierci kanclerza i hetmana Jana Zamoyskiego w 1605 r. sięgało zenitu. Wiele spraw politycznych, wojskowych i religijnych nie było uregulowanych. Narastała lawina podejrzeń wobec upartego katolickiego króla z luterskiej Szwecji Zygmunta III Wazy i jego otoczenia. „I w tej koronie... życzę im upamiętania, aby ludzi niewinnych z sobą nie gubili” – pisał pod adresem dworu anonimowy szlachcic w katastroficznym „Votum”, przewidując rychły kres Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

Skąd te tony w dobie wielkości państwa polskiego? Wydaje się, że katastroficzne głosy brały się z wyraźnego pęknięcia w świadomości mas szlacheckich. Herbowi zaczęli coraz powszechniej dostrzegać konflikt dwóch fundamentalnych wartości: złotej wolności, którą wywalczyli, i konieczności ustanowienia silnej władzy. Szlachta chciała sprawnego państwa, ale nie godziła się na absolutum dominium króla.

Zgon Zamoyskiego uwolnił kolejne demony podejrzeń wobec monarchy. Poddał się ich magicznemu działaniu pan na Lanckoronie, ultrakatolik Mikołaj Zebrzydowski, kreowany, ale nie wyznaczony, na następcę Zamoyskiego. Trzeba przyznać, że Zygmunt III dawał potężne powody magnackim i szlacheckim urazom. Nie licząc się zanadto z opinią, podjął plan odzyskania tronu w Szwecji, wzmocnienia władzy monarszej, wprowadzenia stałych podatków i „walnej i gruntownej obrony ojczyzny spólnej naszej”, czyli stworzenia stałego wojska. Tylko przeciw komu król użyje tej stałej armii? – pytała się szlachta.

Doraźne imponderabilia

Plan królewski był w swej istocie korzystny dla Polski. Ale, jak zwykle w walce politycznej, decydowała nie szlachetność i dalekosiężność zamierzeń, ale doraźne imponderabilia. Zygmunt chciał przeprowadzić swe reformy w sojuszu z Austrią i poprzez małżeństwo z Konstancją Hasburżanką. Mikołaj Zebrzydowski był przekonany, że król gotów jest oddać koronę polską Habsburgom. Wojewoda krakowski twierdził, że ma na to dowody w swej „czarnej teczce”, czyli w tajemniczym skrypcie! Konstancja była siostrą zmarłej Anny (pierwszej żony Zygmunta), a to wedle jezuity Piotra Skargi, nie mówiąc o bogobojnym Zebrzydowskim, było jawnie grzeszne i groziło gniewem Bożym dla całego kraju.

Dworski plan naprawy państwa zderzył się więc z ogromnymi podejrzeniami wobec prawdziwych zamiarów króla, uznawanego za skrajnie katolickiego. Nie wierzono mu. Polska ówczesna była krajem różnowierców: kalwiniści i luteranie obawiali się „jezuickiego władcy”, ale może jeszcze bardziej ultrakatolickich żon Zygmunta III – Habsburżanek.

W trakcie sejmu doszło do swoistej próby sił: podczaszy kalwinista Janusz Radziwiłł wjechał 17 marca ostentacyjnie do Warszawy w 500 konnicy i przez cały dzień obok zamku katolickiego króla kazał swemu ministrowi Piotrowskiemu głośno odprawiać nabożeństwa kalwińskie. Po czym, 18 marca, wszedł do Izby Poselskiej dowodząc, że król nie przestrzega prawa konfederacji warszawskiej (z 1573 r. o tolerancji religijnej). Wypowiedziom podczaszego towarzyszyły awantury, choć do tego akurat sejm polski nawykł: straż marszałkowska pobiła w gmachu zamkowym klienta Radziwiłła Jerzego Zienowicza

Do zamachu stanu nie doszło. Radziwiłł wyhamował wściekłe emocje nie tylko z patriotycznych pobudek, ale pamiętając o stojącej obok zamku dwutysięcznej jeździe inflanckiej potężnego adwersarza Radziwiłłów hetmana Jana Karola Chodkiewicza. Król i jego marszałek ustawił też co najmniej 700 arkeburzystów z Prus z dymiącymi lontami.

Inni posłowie dbali nade wszystko o pokój religijny w państwie. Radziwiłł poszedł więc na kompromis, załagodził spór i przyczynił się do powołania komisji, mającej zredagować skrypt o pokoju wyznaniowym. Było to zgodne z postulatami posłów, którzy naciskali w replice na respons królewski, „że konfederację [warszawską] król ma całkowicie podług obowiązku swego zachowywać, ani sam ucisku religijnego nie powodować, ani innym na ucisk nie zezwalać”.

„Nie wiem, w czembym osobiście naruszał konfederację” – odpowiadał zdziwiony Zygmunt III. Posłowie odparli, że król nie poskramiał tumultów religijnych w Krakowie i nie ustanowił „procesu” przeciw podobnym zaburzeniom, pomimo że działy się „pod jego bokiem”. Posłowie prosili, by król „seryo” potraktował postanowienia konfederacji warszawskiej i doprowadził do ułożenia się (kompozycji) szlachty także innowierczej z duchowieństwem.

Kazanie antyszlacheckie

Czy lęk szlachty przed katolickim zdominowaniem był uzasadniony? Społeczeństwo herbowych przenikały wieści o wpływach na dworze jezuitów na czele z Piotrem Skargą, o podkomorzym Andrzeju Boboli powiązanym z jezuitami, o katolickiej Bawarce Urszuli Gienger (Meierin – ochmistrzyni), która uchodzi za szarą eminencję. Jak na polskie zwyczaje, dwór jest zbyt zamknięty, separujący się, dumny, zbyt otoczony Niemcami i sługami Habsburżanek. Więc najprzeróżniejsze plotki śmigają po Rzeczpospolitej: że król gra w nieprzystojną piłkę, dłubie w złocie i szuka go przez alchemików, a potem zabawia się z Meierin. A nawet o „sodomii” króla, cnotliwego skądinąd i zakochanego w swych kolejnych żonach!

Zaczyna się kryzys parlamentarny. Na sejmie 1606 r. król w odpowiedzi na replikę nie daje szlachcie odpowiedzi na piśmie. Każe jej poprzestać „na punktach tamże wyrażonych” w responsie królewskim. Posłowie czują się zlekceważeni. Część herbowych szuka rozwiązań poza Izbą Poselską. Obrażony Zebrzydowski w ogóle nie przyjechał na sejm warszawski. Z Lanckorony zaczął zwoływać do Stężycy na zjazd szlachecki. Zyskiwał poparcie wielu panów, zaniepokojonych polityką dworu. Szykował się wielki bunt antykrólewski – rokosz.

Usiłując załagodzić konflikt, król wysłał do Lanckorony złotoustego Piotra Skargę, który jednak Zebrzydowskiego nie przekonał, mimo że obaj byli zażartymi katolikami. Potem w Stężycy Skarga wygłosił, fatalnie przyjęte, antyszlacheckie kazanie: wystarczy, że „rozsierdzony jakiś szlachetka, który przypadkiem cieszy się godnością posła ziemskiego, wypowiada swe wotum, to już wszyscy zmuszeni są natychmiast z czcią przed nim powstawać”...

Dzięki mediacji kilku senatorów, na czele z biskupem płockim Wojciechem Baranowskim (późniejszym prymasem), rozmowy ze szlachtą i samym Zebrzydowskim sprawiły, że gorączka na polach zjazdu opadała. Wojewoda zgodził się wydać tajemniczy skrypt zawierający, jak twierdził, dowody zdrady króla. Biskup miał go odczytać przed senatem i królem; nie uczynił tego, pokazując go tylko zaufanym po powrocie do Warszawy, 14 kwietnia. Sama zawartość skryptu nie okazała się aż taką rewelacją, by wstrząsnąć posadami władzy. Część szlachty zaczęła więc podejrzewać Zebrzydowskiego o prywatę. Zdaniem dyplomaty weneckiego w Warszawie de la Blanquiego wydawało się, że szykujący się rokosz umrze śmiercią naturalną. Oczy i kroki szlachty znów kierowały się na Warszawę, z nadzieją szczęśliwego zakończenia sejmu.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj