szukaj
W sercu ułana
Byli jedną z najsłynniejszych formacji wojskowych w Europie. Co sprawia, że kawalerzyści cieszą się nadal narodową sympatią?
Zawodnicy biorący udział w rajdzie 2 DK na trasie Warszawa - Bielsko. Na wadze dowódca dywizji gen. Wieniawa-Długoszowski.
Centralne Archiwum Wojskowe

Zawodnicy biorący udział w rajdzie 2 DK na trasie Warszawa - Bielsko. Na wadze dowódca dywizji gen. Wieniawa-Długoszowski.

Szarża kawaleryjska na przedwojennych manewrach.
Centralne Archiwum Wojskowe

Szarża kawaleryjska na przedwojennych manewrach.

Woltyżerka - ćwiczenia pokazowe kawalerzystów
Centralne Archiwum Wojskowe

Woltyżerka - ćwiczenia pokazowe kawalerzystów

Piotr Jaźwiński, „Koń, koniak i kobiety”, wyd. Tetragon, Warszawa 2010
Materiały promocyjne

Piotr Jaźwiński, „Koń, koniak i kobiety”, wyd. Tetragon, Warszawa 2010

Ostatnim wielkim zwycięstwem kawalerii była bitwa pod Komarowem 30 sierpnia 1920 r. z wojskami Siemiona Budionnego. O czym wówczas nie wiedziano – ostatnim w historii wojskowości. Przez następne dwadzieścia lat kawaleria w Polsce była nie tylko formacją elitarną, budzącą powszechny podziw, ale przede wszystkim symbolem jedności i odrodzenia państwa polskiego, jego historii, tradycji oraz niedoścignionym wzorem. Słynęli z “ułańskiej fantazji”, oddania służbie i “kawalerskiego sznytu”. Wyjątkowo cenili honor własny i pułku, a wszystko to bez zbędnego patosu i nadymania się – nie mówili o miłości do ojczyzny, lecz o obowiązku. Na polu bitwy byli szaleńczo odważni i zdyscyplinowani. Tak było.

Dziś pokutuje obraz ułana szarżującego na czołgi, choć takie zdarzenie miejsca nie miało. Ułana, chłopca malowanego, wyrwanego z innej epoki, na polu bitwy anachronicznego i kompletnie zagubionego. Na nic tu działania kawalerii podczas kampanii wrześniowej, na nic, całkiem skuteczne zresztą, szarże przeciw niemieckiej piechocie – po wojnie przegraną w kampanii wrześniowej w dużym stopniu obciążono kawalerię, jako przestarzałą, romantyczną formację idącą “na wojenkę”. Nie kwestionowano jej dzielności, lecz dowódcom zarzucano krótkowzroczność i błędy. Tak to zresztą zobaczyć można w filmie “Lotna” Andrzeja Wajdy – lansjerzy kontra niemieckie czołgi. Tu ułańska fantazja, ta tradycja, sznyt czy wreszcie obowiązek nabierają tragicznego wydźwięku, a my tak przecież lubimy rozpamiętywać swoje wspaniałe klęski.

Kawaleria (w tym ułani, od których mylnie nazywa się wszystkie formacje konne) w wojsku polskim przed II wojną stanowiła 10,5% wszystkich wojsk, co proporcjonalnie było najwyższym wynikiem w ówczesnej Europie. Polska kochała kawalerię - nie bez powodu odwoływano się w tradycji pułkowej do powstania listopadowego czy wojen napoleońskich - kawalerzyści mieli poczucie, że są kontynuatorami romantycznego mitu, spadkobiercami zwycięzców spod Somosierry czy uczestników walk z zaborcami. Legenda ta, silnie powiązana z ideą wolnej Polski, była powszechna i dawała Polakom poczucie dumy ze swego wojska, będącego gwarantem niepodległości, a to przekonanie wzrosło po zwycięstwie kawalerii nad konarmią Budionnego. A mit zobowiązywał - nie tylko do nienagannej służby, ale i godnego zachowania w każdej sytuacji. Bo prawdziwego kawalerzystę cechowała “umiejętność bycia pierwszym w boju i pierwszym w salonie”.

Konie, kobiety i koniak

W życiu kawalerzysty najważniejsze były trzy K: konie, kobiety i koniak, w tej właśnie kolejności. Idąc za najsłynniejszym ułanem II Rzeczpospolitej, generałem Bolesławem Wieniawą-Długoszowskim:
 
Bo w sercu ułana, gdy je położysz na dłoń
Na pierwszym miejscu panna, przed panną tylko koń!


Wokół koni toczyło się całe życie kawalerzystów – konie były dla nich towarzyszami broni, aż do końca - podczas pogrzebu kawalerzysty jego koń nieosiodłany szedł za trumną. Kawalerzyści doskonale jeździli konno, uczestniczyli w zawodach i osiągali w nich świetne wyniki, bo do samej jazdy przykładano ogromną wagę. Biada tym, którzy poziomem odstawali. Kawalerzysta dzień zaczynał od oporządzenia konia, następnie zajmował się uzbrojeniem i podkomendnymi, dopiero wtedy mógł zjeść śniadanie. Te najbardziej zasłużone pozostawały w jednostce do końca swego życia, a były i takie, którym oddawano honory wojskowe. Niektóre, jak Krechowiak, koń płk. Bolesława Mościckiego, dowódcy 1 pułku ułanów, stawały się częścią pułkowej tradycji – koń ten, wcześniej nazywany Karym, swoje nowe imię dostał po uczestnictwie w bitwie pod Krechowcami, podobnie jak cały pułk. Podczas przekazywania dowództwa w pułku, po uroczystym przejęciu sztandaru nowy dowódca dosiadał Krechowiaka, dostając go niejako w spadku. Koń nie doczekał września 1939. Na jego pamiątkę po odtworzeniu pułku, już jako pancernego, czołg dowódcy dostał imię Krechowiaka.

Jeżeli chodzi o drugie w kolejności “K”, czyli kobiety, ułan miał, zgodnie z dewizą generała Wieniawy-Długoszowskiego “flirtować jak najczęściej, a żenić się jak najrzadziej, a nade wszystko najpóźniej!”. Flirtowano więc, a jak powszechnie wiadomo, kawalerzyści mieli wielkie powodzenie u kobiet. Istniała niepisana zasada, że nie interesowano się żonami innych kawalerzystów, natomiast cywilom przyprawiano rogi bez większych oporów. Zasady tej jednak nie przestrzegano zbyt ściśle i nie raz dochodziło w pułku do skandali na tym tle, co często kończyło się pojedynkiem. Wobec pań kawalerzysta był szarmancki, co było traktowane w tej formacji niezwykle poważnie – w grudziądzkiej szkole kawalerii ułan uczył się tańca i konwersacji. Niedżentelmeńskie zachowanie było nie do pomyślenia.

Kiedy rotmistrz, podporucznik czy porucznik chciał wziąć ślub, musiał uzyskać zgodę Dowódcy Okręgu Korpusu. Generałowi takiej zgody udzielał Minister Spraw Wojskowych. Prośba rozpatrywana była wnikliwie. Pod uwagę brany był jego stopień, a co za tym idzie dochody, posag jaki miała wnieść panna, aby nie być zbytnim obciążeniem dla oficera (żony kawalerzystów nie pracowały), jej wykształcenie, gdzie matura była absolutnym minimum oraz opinia o rodzinie – krótko mówiąc, panna musiała pochodzić z dobrego domu. Odmowy nie były rzadkością. Wielu dowódców pułku nie było zadowolonych ze zbyt wczesnego ożenku swego podkomendnego, wychodząc z założenia, że zajęty rodziną nie będzie z należytą starannością podchodzić do obowiązków pułkowych. Piękne, bogate i wykształcone panny były wszakże mile widziane, wchodziły przecież do rodziny pułkowej.

Jeżeli koniak ustępował koniom i kobietom, to ledwie o włos – pito dużo i często, w karnawale zdarzało się, że bale odbywały się cztery razy w tygodniu. Koniak koniakiem, oczywiście nie stroniono od innych alkoholi, zwłaszcza wódki, zmrożonej lub mieszanej z wermutem. Kawalerzysta musiał mieć mocną głowę, bo oficerom upić się na balu nie wypadało, co innego w sytuacjach mniej oficjalnych – często regulaminowo kurzyło się z głów. W niektórych pułkach (szczególnie tych o wysokich numerach) nowy oficer wypijał toast za pomyślność kolegów z pułku, a liczba kieliszków była taka sama jak numer pułku. W pułku ułanów Grodzieńskich o numerze 23 próba ta musiała być nie lada wyzwaniem.

Gdy podczas balu któryś z oficerów okazywał oznaki “zmęczenia” – starszy stopniem wznosił toast mówiąc: Pana zdrowie (poruczniku, rotmistrzu itp.). Oznaczało to: koniec picia. Chodziło w tym wszystkim oczywiście o dobre imię oficera, a więc o dobre imię pułku. Panowie oficerowie bal rozpoczynali toastem za pułk, a kończyli “strzemiennym”, który szybko zadomowił się wśród cywili i... ruszali na służbę. Często bale kończyły się o czwartej lub piątej nad ranem, służba rozpoczynała się o szóstej, a kawalerzysta nie mógł zionąć alkoholem, a już z pewnością nie mógł się chwiać na nogach. Wymigiwania się od służby z powodu pijaństwa nie odnotowano, nikomu nie przyszłoby to do głowy. Popularne były więc wiadra zimnej wody, gryzienie ziarenek kawy dla zabicia zapachu alkoholu. W 13 pułku niezwykłą popularność zdobyła tzw. polska ostryga, składająca się z tłustej śmietany, surowych jajek i cytryny, wypijana jednym haustem. O skuteczności tego specyfiku zapewnia por. Grzegorz Cydzik, jeden z ułanów Wileńskich. Przetrwanie dnia następnego było z pewnością niełatwe, zwłaszcza dla oficerów, którzy musieli świecić przykładem – noc huzarska, ale służba carska.

Najważniejszą imprezą w roku był bal z okazji święta pułku, organizowany z “dobrowolnych”, płaconych przez cały rok bez szemrania składek. Z zebranych pieniędzy fundowano wystawny bufet, który dla zaproszonych gości był darmowy. Oficerowie mieli obowiązek opiekować się wszystkimi damami – do północy tańczyli ze starszymi paniami, po północy – z młodszymi. Jeżeli zachodziło podejrzenie, że któraś z panien nie będzie miała powodzenia u mężczyzn, przydzielano jej “anioła stróża”, który miał zadbać o to, by tego nie odczuła.

Wychowanie przez cukanie

Kawalerzystów szkolono w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu – tam, oprócz jazdy konno, taktyki (przyszli kawalerzyści musieli opanować dowodzenie na poziomie grupy) i walki lancą, szablą i bronią palną uczono ich myślenia i szybkiego reagowania, w czym istotną rolę odgrywał przywieziony z rosyjskich szkół junkierskich “cuk”, polegający na “docieraniu” młodszego rocznika przez starszy (szkoła była dwuletnia). Podchorąży pierwszego rocznika, tzw. sugub wybierał sobie opiekuna - dźadźkę. Od tej chwili dźiadźka żądał od swego suguba wykonywania rozkazów i odpowiadania na pytania, zazwyczaj bezsensowne i absurdalne. Istotna była nie tylko sama odpowiedź, obowiązkowo na temat i dowcipna, liczył się również czas reakcji. W ten sposób uczono refleksu. Typowym pytaniem podchorążego starszego rocznika do młodszego kolegi było “Gdzie jest teraz moja narzeczona?”, na które najlepszą odpowiedzią było “Na pewno w Tworkach, bo zwariowała z tęsknoty za panem podchorążym”. Jeżeli sugub nie poradził sobie z pytaniem lub wyznaczonym zadaniem, jego opiekun wyznaczał mu karę, często bardzo wymyślną. Na porządku dziennym było wygłaszanie referatów na zadany przez dźadźkę temat, przysiady czy drobne przysługi. Nigdy nie przekraczano pewnej granicy w cukaniu – wszystko odbywało się z taktem i wzajemnym szacunkiem, choć w pewnym momencie kary stały się tak wymyślne, że cuk oficjalnie zakazano, nigdy jednak cukania nie zaprzestano – w końcu był tradycją, a kto tradycji nie szanuje...

Ci, którzy w brawurowy sposób radzili sobie z zadaniami swojego dźaźki, zyskiwali miano “pistoletów”, co było najwyższym wyróżnieniem, jakie podchorąży mógł otrzymać od kolegów. Swoją opinię pistoleta młody kawalerzysta pielęgnował i najprawdopodobniej legendy o ułańskiej fantazji biorą się w dużym stopniu z dokonań takich pistoletów.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj