W sercu ułana
Zawodnicy biorący udział w rajdzie 2 DK na trasie Warszawa - Bielsko. Na wadze dowódca dywizji gen. Wieniawa-Długoszowski.
Centralne Archiwum Wojskowe

Zawodnicy biorący udział w rajdzie 2 DK na trasie Warszawa - Bielsko. Na wadze dowódca dywizji gen. Wieniawa-Długoszowski.

Szarża kawaleryjska na przedwojennych manewrach.
Centralne Archiwum Wojskowe

Szarża kawaleryjska na przedwojennych manewrach.

Woltyżerka - ćwiczenia pokazowe kawalerzystów
Centralne Archiwum Wojskowe

Woltyżerka - ćwiczenia pokazowe kawalerzystów

Piotr Jaźwiński, „Koń, koniak i kobiety”, wyd. Tetragon, Warszawa 2010
Materiały promocyjne

Piotr Jaźwiński, „Koń, koniak i kobiety”, wyd. Tetragon, Warszawa 2010

Pod koniec pierwszego roku na jedną dobę sugub zamieniał się rolami z dźadźką i mógł się odegrać. Najpierw jednak prosił o pozwolenie na cukanie, na co zawsze dostawał zgodę. Było to jednocześnie przygotowanie do roli dźadźki, którym podchorąży miał się niedługo stać. Później w pułku o młodym oficerze, który wykazywał braki lub popełniał błędy, mówiono że był “za mało cukany”.

Oficerowie po zakończeniu szkoły trafiali do pułku i niemalże natychmiast wpadali w tarapaty finansowe. Kawalerzysta musiał sam kupić sobie wyposażenie (żołd podchorążego wynosił 120 zł, a siodło kosztowało między 800-1200 zł), utrzymać się i ubrać oraz płacić dobrowolne składki na rzecz np. święta pułku. Ułani zapożyczali się więc na całe lata. Nie bez powodu czasami nazywano ich “błyszczącą nędzą”.

Młody oficer zaakceptowany przez swój pułk otrzymywał odznakę pułkową, co było niejako przyjęciem do rodziny, za jaką każdy pułk kawaleryjski się uważał. Dowódca dekorował oficera zwracając się do niego: “Jest to najwyższe pana odznaczenie, dopóki nie dostanie pan odznaczenia bojowego”. Natomiast odznaczenie bojowe podnosiło znacznie pozycję jaką w pułku miał oficer, rósł również szacunek do niego.

Oprócz cuku z kawalerii rosyjskiej wywodził się zwyczaj śpiewania tzw. żurawiejek, czyli żartobliwych dwuwierszy na temat pułku i jego historii – własny wychwalano, z innych się naśmiewano, często w sposób niecenzuralny, niektórych w związku z tym nie śpiewano w towarzystwie dam. Często dotyczyły one domniemanych wad poszczególnych pułków, nie brak w nich specyficznego poczucia humoru: Kradną kury, kradną sery Rokitniańskie Szwoleżery - o 2 pułku szwoleżerów czy np. Psy wyją na widok jego, to jest ułan z Dziesiątego - o 10 pułku ułanów Litewskich.

Za twórcę żurawiejek uważa się poetę Michaiła Lermontowa, nazwa zaś oznacza po prostu żurawia. Podobno powstało ponad 400 żurawiejek na temat wszystkich pułków kawalerii, własne miała również grudziądzka szkoła. Najsłynniejsza żurawiejka dotyczy 14 pułku ułanów:

Hej dziewczyny w górę kiecki, Jedzie ułan Jazłowiecki

Podobno gdy jechali jazłowiacy, przychodziły dziewczęta chcąc zobaczyć ułanów, a że było błoto, unosiły spódnice. Taka jest przynajmniej oficjalna wersja. Po wojnie bolszewickiej każda żurawiejka, bez względu na pułk, kończyła się refrenem:

Lance do ręki, szable w dłoń, Bolszewika goń goń goń.

Pułki wzajemnie częstowały się żurawiejkami na swój temat – gdy miało to miejsce w sytuacji towarzyskiej, wstawano, a oficer, o którego pułku śpiewano, stawał na krześle lub siadał na piecu.

Honor – sprawa śmiertelnie poważna

“Tradycja nakazywała zachowanie kawaleryjskiego fasonu i przestrzeganie zasad, które składały się na odpowiednią postawę i godne zachowanie w każdych okolicznościach”. Zdarzały się oczywiście wpadki, jako że kawalerzyści byli często zawadiakami o gorących głowach. Ale ponieważ ludzi szanuje się za zalety, a kocha za wady, często przewinienie uchodziło winowajcy płazem, zwłaszcza gdy potrafił się w dowcipny i błyskotliwy sposób wytłumaczyć. Nie dotyczyło to jednej kwestii, którą traktowano śmiertelnie poważnie – honoru.

Sprawy niegodnego zachowania kawalerzysty rozpatrywał sąd honorowy, który mógł ukarać naganą, aresztem domowym lub wydaleniem ze służby. Ta ostatnia kara była bardzo dotkliwa, jako że służba i honor dla kawalerzysty były najważniejsze. Sprawy w sądach cywilnych były rozpatrywane także przez sądy honorowe i ich wyroki mogły się różnić – uniewinnienie w sądzie cywilnym dla oficera nie miało znaczenia, jeżeli zachował się niegodnie z punktu widzenia kawalerii.

Kawalerzysta miał obowiązek bronić honoru i barw pułkowych, co często sprowadzało się do pojedynków - zazwyczaj na pistolety lub szable. Ponieważ pojedynki były zabronione, każdy oficer narażał się na karę twierdzy, która jednak nie była dla niego dyshonorem, a odmawiając pojedynku narażał się często na zarzut zachowania niegodnego lub, co gorsza, na to, że nie stanął w obronie barw pułkowych, a to groziło wydaleniem z pułku i z pewnością było dyshonorem. Sprawa stawania w obronie honoru czy to własnego, czy pułkowego, często kończyła się dramatycznie – oficerowie kawalerii bez wahania sięgali po broń i kładli trupem nieszczęśnika, który obraził kawalerzystę bądź jego pułk. Nie raz uchodziło im to na sucho, czasem ułan czy szwoleżer bardzo się dziwił, że za obronę barw pułku musi iść do twierdzy. Dowództwo na tego rodzaju “wybryki” patrzyło przez palce, a nie raz i własnym postępowaniem dawało oficerom przykład, jak jedna z największych legend polskiej kawalerii, gen. Bolesław Wieniawa- Długoszowski, dowódca 1 pułku szwoleżerów, który pojedynkował się często. Pojedynki jako niedozwolone przeprowadzane były dyskretnie, za to wieść o już odbytych roznosiła się jak burza. Czasem pojedynek zastępowany był straszliwym pijaństwem, jeśli tylko obu stronom przed pojedynkiem udało się dojść do zgody. Pojedynkowano się na pistolety i szable, rzadziej na rapiery. Wbrew pozorom pojedynki z użyciem broni białej miały przebieg znacznie mniej drastyczny, jako że często walczono do pierwszej krwi. Zdarzało się również strzelanie w powietrze, ot, aby honorowi stało się zadość.

Brak poszanowania dla zwierzchników czy podwładnych był częstym powodem żegnania się kawalerzystów ze służbą – taki los spotkał rotmistrza, który wykonał gest kopnięcia za odjeżdżającym pułkownikiem czy oficera, który uderzył w twarz podległego mu ułana – takiego postępowania nie tolerowano. Zwierzchnikom okazywano odpowiedni szacunek, ci rewanżowali się pewną dozą swobody i poufałości (nie nadmiernej) wobec swych podległych.

Choć przestrzeń dzieląca prostych ułanów i oficerów była duża, a ta między dowódcą pułku a ułanem powinna być mierzona w latach świetlnych, to spajał ich nie tylko sam pułk – jego historia i tradycja, ale przede wszystkim poczucie wyższości kawalerii nad innymi formacjami. Generalnie jako formacja kawaleria była bardzo zżyta, a niektóre pułki związane były braterstwem broni, jak np. 1, 12 i 14 pułk ułanów, czyli te, które walczyły pod Komarowem.

To elitarne grono było węższe lub szersze, w zależności od tego czy było się szwoleżerem, ułanem, czy strzelcem konnym, bo “Szczerze mówiąc między nami, Strzelcy nie są ułanami”. Strzelcy na tę żurawiejkę przytaczali własną, o rzeczy, która wedle nich jest dobrze znana.

Tak naprawdę jedynym co odróżniało strzelców od reszty kawalerii była lanca, praktycznie nieużywana, ponieważ walczono w szyku pieszym, a szarże należały do rzadkości. Natomiast różnica między szwoleżerami a ułanami wynikała wyłącznie z nazwy – szwoleżerowie tworzyli ukochane przez Piłsudskiego pułki, który chciał, aby były pierwsze w numeracji pułków ułańskich – gdy mu się to nie udało, zmienił ich nazwę na szwoleżerów i postawił na swoim.

Kawaleria, uważana za elitę, często podkreślała swoją odrębność. Najlepiej ilustruje to kwestia dotycząca stopni sierżanta i kapitana, które w kawalerii zastąpione zostały wachmistrzem i rotmistrzem. Mimo że teoretycznie równe, te kawaleryjskie były bardziej prestiżowe, co miało, przede wszystkim dla ułanów, duże znaczenie. Tytułowanie rotmistrza kapitanem było ciężką obrazą. Dodatkowo kawalerzyści żądali egzekwowania prawa, zgodnie z którym zakazywano oficerom piechoty jeździć konno przed koszarami pułków kawalerii. Zapewne jako doskonałych jeźdźców irytował ich brak wprawy w tej materii, może też obawiali się, że oceniając słabego jeźdźca ktoś wyrobi sobie mylną opinię o ich możliwościach, a jak wiadomo, honor pułku jest najważniejszy.

Każdy pułk kawalerii miał własną tradycję pułkową, która go odróżniała od pozostałych, opartą o historię często sięgającą daleko w przeszłość, własne barwy, odznakę pułkową i sztandar. Różnice te podkreślano oczywiście w żurawiejkach:

Bolszewicką krwią zbroczony to »piętnasty« Pułk czerwony.

Pułki między sobą różniły się również elementami umundurowania. Data święta pułku związana była z jego patronem, jak w 1 pułku Szwoleżerów, lub, najczęściej, z ważnym wydarzeniem w historii bojowej pułku, jak w 14 pułku ułanów, który odparł pod Jazłowcem w dniach 11–13 lipca 1919 roku przeważające siły ukraińskie, nie dopuszczając tym samym wroga do klasztoru sióstr niepokalanek. Od tego wydarzenia pułk przyjął nazwę Jazłowieckiego, a Najświętsza Maria Panna Jazłowiecka została jego patronką.

Kto tradycji nie szanuje…

Pod koniec lat 30. ubiegłego wieku sytuacja była inna niż w latach 20. - nadchodziły nowe czasy, a rozwój jednostek zmotoryzowanych stawiał pod znakiem zapytania istnienie kawalerii w jej obecnym kształcie. Powoli stawała się formacją przestarzałą, niebędącą w stanie sprostać nadchodzącym wyzwaniom. W Polsce myśl o rozwiązaniu pułków kawalerii się nie pojawiła, ale myślano o jej unowocześnieniu - istniała świadomość potrzeby zmian, o czym świadczy chociażby dyskusja na temat rezygnacji z lancy, jako broni przestarzałej oraz coraz większy nacisk na szkolenie bojowe w szyku pieszym - konie miały służyć jako szybki transport, szarże natomiast miały być stosowane sporadycznie, w wyjątkowych okolicznościach. Próby reform i zmian w pułkach kawalerii budziły sprzeciw, zwłaszcza wojskowych przywiązanych do ułańskiej tradycji. Szczególnie ostry spór dotyczył lancy, a głównymi argumentami obrońców tej broni były argumenty związane z historią i tradycją pułków, której nikt nie ważył się kwestionować. Nie zaprzestano więc szkoleń z szablą i lancą, choć tuż przed II wojną światową zmotoryzowano dwa pułki strzelców konnych – wszystko to jednak zbyt mało i zbyt późno, zapewne również z powodów finansowych – w kraju było biednie i armia nie była tu wyjątkiem.

Stosunek dowodzących kawalerią do samochodów i czołgów był bardzo sceptyczny – byli przekonani, że nic nie zastąpi konia, zwłaszcza w terenie. O swoim błędzie mieli się dopiero przekonać. Dość częste było też przekonanie dotyczące szarży – wielu uważało, że jest ona “świętem kawalerii” i jako taka, choć zdarza się rzadko, ma znaczenie kluczowe. Wynikało to oczywiście w dużej mierze z doświadczeń w wojnie bolszewickiej, ale również, jeśli nie przede wszystkim, z przywiązania do tradycji. Dyskusje o kawalerii i jej taktyce przerwała II wojna światowa, a ostatecznie zakończył Bolesław Bierut 1949 roku, rozwiązując wszystkie jej pułki.

Korzystałam z książki: Piotr Jaźwiński, „Koń, koniak i kobiety”, wyd. Tetragon, Warszawa 2010

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj