10 lipca 1941 r. doszło do pogromu w Jedwabnem
O polskiej banalności zła
Niektórzy polscy chłopi mordowali Żydów w czasie II wojny światowej. Wiemy o tym coraz więcej, ale ciągle nękać nas powinno pytanie: dlaczego?
Wieś polska, II wojna światowa. 1940 r.
Forum

Wieś polska, II wojna światowa. 1940 r.

„Średniozamożny gospodarz chodzi dziś obdarty, w tej samej zawsze, dokładnie obdartej parze butów, w jednej, wieczorami pranej koszuli.”
Forum

„Średniozamożny gospodarz chodzi dziś obdarty, w tej samej zawsze, dokładnie obdartej parze butów, w jednej, wieczorami pranej koszuli.”

[Artykuł został opublikowany w POLITYCE w czerwcu w 2011 r.]

Wiedzę zawdzięczamy m.in. polskim historykom skupionym wokół pisma „Zagłada Żydów”. Dopiero co wydane książki „Judenjagd. Polowanie na Żydów 1942–1945. Studium dziejów pewnego powiatu” Jana Grabowskiego oraz „Jest taki piękny słoneczny dzień... Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942–1945” Barbary Engelking-Boni (o obu patrz POLITYKA 11) w sposób udokumentowany pokazują, że zwłaszcza w społecznościach wiejskich i małomiasteczkowych istniała w czasie wojny niemała grupa Polaków donosicieli i morderców. W Jedwabnem spalili swoich żydowskich sąsiadów w stodole. W innych regionach kraju organizowali na nich polowania, wyłapywali i oddawali Niemcom. Czasami sami mordowali złapanych przez siebie Żydów pałką, siekierą, szpadlem. Autorzy pokazują, że była to grupa, niestety, dużo większa od tej, która zdecydowała się pomagać ukrywającym się Żydom. Jednak mniej liczna od masy obojętnych widzów, o których ciągle niewiele wiemy.

Zło w Europie Środkowo-Wschodniej wszędzie było podobne: na Ukrainie, w Polsce, na Litwie, na terenach dzisiejszej Białorusi i w rumuńskich Karpatach. W świecie chłopów.

Propaganda antysemicka

Istnieje wiele interpretacji źródeł Holocaustu. Dużo na ten temat mają do powiedzenia socjologowie, psychologowie, psychologowie społeczni. Wszyscy są zgodni, że praprzyczyną agresji wobec Żydów był antysemityzm, pozbawiający ofiary cech ludzkich. Obecność ksenofobicznej niechęci do obcych da się odnotować we wszystkich epokach i pod każdą szerokością geograficzną, jednak pod koniec XIX w. należy ją uznać za szczególnie ważną w tej historii. To wówczas narodził się nowoczesny polski antysemityzm. Jego ojcem był Roman Dmowski. Kompetentnie pisał o tym ostatnio Grzegorz Krzywiec w książce „Szowinizm po polsku”.

Szczególnie duża fala wrogości wobec Żydów wezbrała wraz z odzyskiwaniem przez Polskę niepodległości w latach 1918–21. Widać korelacje między erupcją nacjonalizmu, wywołaną dopiero co odzyskaną niepodległością, i realnym zagrożeniem jej utraty a wzrostem postaw ksenofobicznych. Podobna sytuacja zaistniała podczas II wojny światowej i po jej zakończeniu, kiedy jednocześnie pogłębiła się świadomość narodowa i wydłużył dystans wobec obcych.

Strach przed Żydami-bolszewikami rozbudzała polska propaganda podczas wojny 1920 r. Wątek żydowski wplatano wyjątkowo często: jako klucz do zrozumienia fenomenu bolszewizmu, dowód niecnych zamiarów względem Polski. Wdzięcznym negatywnym bohaterem propagandy był przywódca rewolucji sowieckiej Żyd Lew Trocki.

Temat zagrożenia żydowsko-bolszewickiego pojawiał się i później. „Ilustrowany Kuryer Codzienny”, najpopularniejsza gazeta dwudziestolecia, zbliżona poglądami redaktorów do obozu sanacji, donosił w październiku 1931 r. o likwidacji „wielkiego gniazda wywrotowego”: „Władze bezpieczeństwa Warszawy przeprowadziły ostatnio szereg rewizyj na terenie Warszawy, w wyniku których aresztowano wielu wywrotowców komunistycznych. Jednocześnie wykryto w mieszkaniu Sary Puterman archiwum centralnego komitetu KPZB [Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi]. W mieszkaniu niejakiego Gelentera wykryto nowoczesną drukarnię, gdzie drukowano bibułę komunistyczną KPZB. Oto lista aresztowanych: Hanna Fryman, E. Wolfowicz, H. Golfeder, M. Jezierska, J. Kajzer, F. Menkus, S. Puterman, M. Biter, St. Manikowski, Ch. Rabinowicz, E. Konman, R. Zylberman, W. Rutkiewicz, Noech Lend, R. Gwicman”.

Druga fala antysemityzmu przetoczyła się przez Polskę w drugiej połowie lat 30. Dla blisko współpracującego z Dmowskim Jędrzeja Giertycha, którego „O wyjście z kryzysu” traktowane było jako nieformalny program endecji, największe zagrożenie stanowili Żydzi. Ponieważ „w każdej chwili mogą nam zadać cios w plecy przez zorganizowanie zamachów rewolucyjnych w naszych głównych miastach”. Są „wielkim mocarstwem”, odgrywają „wielką rolę w polityce światowej”, mesjanistycznie dążą do panowania nad światem. Mają „pancerniki i samoloty brytyjskie, amerykańskie, sowieckie, francuskie, dawne pruskie”, które zawdzięczają gromadzonym przez siebie pieniądzom. Dysponują siatką wpływowych agentów: wśród światowej finansjery, w „Wiadomościach Literackich”, wśród dziennikarzy i pisarzy.

W drugiej połowie lat 30. Giertychowskie lęki rozprzestrzeniały się jak wirus. Przywódca ONR i publicysta „Prosto z Mostu” Jan Mosdorf zdiagnozował ówczesne nastroje w młodym pokoleniu jako dręczące poczucie obecności „czwartego zaboru”, którego rzekomo skrycie dokonali Żydzi. „Każdy normalny Polak jest antysemitą” – twierdziła publicystka „Falangi” Maria Rzętkowska w kwietniu 1937 r. Historyk Anna Landau-Czajka uważa, że za hasłami (na przykład bojkotu handlu żydowskiego) nie szła zmiana zachowań na bardziej agresywne. Jej zdaniem powtarzalność bojkotów świadczyła o ich niewielkiej skuteczności, swoistej odporności społeczeństwa polskiego na antyżydowską frazeologię. Jednak problem w tym, że zmiany w sferze opinii rzadko zachodzą z dnia na dzień, zwykle mamy do czynienia z procesem rozłożonym w czasie. Dlatego ograniczenie perspektywy tylko do 1939 r. powoduje niedostrzeganie związku między przedwojennym antysemityzmem a agresywnymi zachowaniami zbiorowymi w czasie wojny i powojennymi pogromami.

Zarządzanie strachem

Strach odczuwali ci, którzy odmawiali pomocy bądź wydawali ukrywających się Żydów. Strach kierował ludźmi, determinował ich zachowania i postawy. Wyjątkowość tej wojny polegała m.in. na tym, że uczucie strachu nie ograniczało się do żołnierzy zawsze z nim obcujących, lecz rozciągało się na całą ludność cywilną, zwłaszcza na terenach Europy Wschodniej. Wielka wojna zniszczyła resztki poczucia bezpieczeństwa, jakie ostały się po Wielkim Kryzysie. Sześć lat jej trwania to dla Polaków okres niemal permanentnego zagrożenia. Jak zwracał uwagę historyk Tomasz Szarota – społeczeństwo polskie żyło w warunkach stałego stresu.

Niemcy nie trzymali się żadnych uregulowań prawnych, byli nieprzewidywalni. Dla wymuszenia posłuchu najczęściej posługiwali się ślepą przemocą, która rodziła atmosferę grozy. Nasilone represje wprowadzały ludzi w stan zbiorowej psychozy, manifestującej się postawami ucieczkowymi, atomizacją społeczną, falą apokaliptycznych plotek.

Niemcy okazali się mistrzami w zarządzaniu strachem. Jeszcze w 1939 r. przeprowadzili szereg masowych egzekucji w Częstochowie, Wawrze, Palmirach. Istotnym narzędziem tej polityki byli zakładnicy – odpowiadali głową za spokój i wykonywanie rozkazów okupanta. Ich życiem okupanci szantażowali społeczeństwo. Na prowincji zadaniem zakładników (wskazywani byli przez sołtysa lub policję granatową) było obchodzenie domów i powiadamianie mieszkańców wsi o rozkazie stawienia się mężczyzn na antyżydowską obławę.

Jednocześnie w ramach akcji AB Niemcy przeprowadzili masowe aresztowania wśród inteligencji. Zygmunt Klukowski, lekarz i dyrektor szpitala w Szczebrzeszynie, wielokrotnie odnotowywał na kartach swojego dziennika „znikanie” swoich przyjaciół i znajomych inteligentów: aptekarzy, bibliotekarzy, nauczycieli. Raz sam został aresztowany, jednak zwolniono go, być może ktoś uświadomił sobie, że dyrektor szpitala może okazać się potrzebny. W ten sposób w wojennych migracjach i eksterminacjach, na polach bitew zginęła Polska A: wykształcona, opiniotwórcza, urzędnicza, której bliskie były wartości i symbole II Rzeczpospolitej. Dziś powiedzielibyśmy: klasa średnia, podstawa stabilności ładu społecznego. Jej brak należy dopisać do genezy chłopskiego mordowania obcych.

W polowaniach na ukrywających się Żydów zwykle brało udział kilku, kilkunastu żandarmów, wspieranych przez Polską Policję, tzw. granatowych, czasami towarzyszyli im członkowie ochotniczej straży pożarnej oraz chłopi skrzyknięci w strażach wioskowych. Rozkaz przychodził od wójta lub sołtysa, którym naganiaczy nakazywał zgromadzić lokalny żandarm lub gestapowiec. Udział mundurowych, sugerujący autorytet czy władzę, nadawał prawomocność żądaniu uczestnictwa, co zapewniało wysoki wskaźnik uległości. Strach przed karą (zakładnicy, zagrożenie wysłaniem do Oświęcimia) w prosty sposób sprzyjał postawom konformistycznym, które psycholog społeczny Elliot Aronson nazywa uleganiem.

Zagrożeniem lokalnej wspólnoty możemy tłumaczyć wydawanie Żydów, udział w polowaniach na nich. Ale jak wytłumaczyć samodzielne doprowadzanie na posterunek żandarmerii dziecka i żydowskiej kobiety, by dostać za to niewielką nagrodę pieniężną, częściej kilogram cukru, ubranie po zamordowanych? Jak wyjaśnić mordowanie bez niczyjego rozkazu dla złotego pierścionka lub pary butów? Jan Tomasz Gross wskazuje na chłopską chciwość, ale to zbyt prosta odpowiedź, a na pewno nie jedyna. Mając w pamięci słowa Zbigniewa Herberta o pięknej ludzkiej tęsknocie „do układów rozumnych i przyczynowego wyjaśniania zdarzeń ciemnych z samej swojej istoty” – warto wskazać trzeci czynnik, poza wymienionymi już antysemityzmem i strachem.

Chłopska wizja świata

Przypomnijmy, że zbiorowe mordowanie na polskiej wsi miało już miejsce w historii. W 1846 r. podczas rabacji galicyjskiej chłopscy mieszkańcy powiatu Dąbrowa Tarnowska, tego samego, który opisuje Jan Grabowski, rozgrabili i zniszczyli 90 proc. wszystkich tamtejszych dworów. Wielu ziemian zostało brutalnie zamordowanych. Austriacy płacili złotem za ich głowy. Podobnie jak w przypadku mordów na Żydach, motywem była wielowiekowa nienawiść oraz przyzwolenie władz. Chłopi mogli się czuć bezkarni i anonimowi. Kryło się za tym również poczucie deprywacji, banalna bieda i niedorozwój.

„Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła” Hannah Arendt to książka, którą powinien znać każdy inteligent. Opowiada historię Holocaustu i procesu Adolfa Eichmanna, którego Mosad porwał z Argentyny i postawił przed sądem w Jerozolimie. Adolf Eichmann, syn Karla, średniego wzrostu, wątłej budowy, łysiejący krótkowidz z nieprawidłowym uzębieniem, jeśli nie był kompletnym idiotą, to z pewnością „po prostu nie wiedział, co robił”. Jednocześnie można go nazwać największym logistykiem Holocaustu, zwrotniczym, którego najważniejszym zadaniem była organizacja transportów do Bełżca, Oświęcimia i Treblinki.

Podobnie zło polskich naganiaczy czy morderców nie miało charakteru demonicznego, nie wynikało też po prostu z głupoty, choć bez wątpienia wśród oprawców dominowali analfabeci bądź ludzie ze szczątkowym wykształceniem, maksimum sześciu klas szkoły powszechnej. Uzmysławiają to akta późniejszych procesów. Wielu oskarżonych o kolaborację i udział w mordowaniu Żydów miało problemy z podpisaniem się, w zeznaniach posługiwało się kodem ograniczonym. Paradoksalnie jednak, ci niewykształceni na swój sposób byli racjonalni.

By to zrozumieć, musimy z oddalenia popatrzeć szerzej na chłopski świat. Poprowadzi nas po nim George M. Foster, profesor antropologii na Uniwersytecie w Berkeley, autor klasycznego tekstu z 1965 r. „Peasant Society and the Image of Limited Good” (Społeczność chłopska i wizja ograniczonych dóbr).

Autor wyszedł z założenia, że członkowie każdej z ludzkich społeczności mają wspólny system myślenia, który – choć niezwerbalizowany i nie do końca uświadomiony – kształtuje ich postrzeganie świata. Implikuje „zasady gry”, kieruje zachowaniami. Jest „racjonalny”. Nie należy go jednak mylić ze światopoglądem, z którego zdajemy sobie sprawę. Systemem, który determinuje zachowania chłopów, jest „wizja ograniczonych dóbr”. Wynika ona z postrzegania świata, w którym wszystkie pożądane w życiu dobra, takie jak: ziemia i żywność, zdrowie, przyjaźń i miłość, bezpieczeństwo, męstwo i honor, szacunek i status, władza i wpływy, istnieją w ograniczonym stopniu i zawsze ich brakuje.

Co więcej, nie tylko ich brakuje, ale również w zakresie chłopskich możliwości działania nie istnieją sposoby zwiększenia ich dostępności. W grę nie wchodzi poprawa statusu drogą awansu, na którą dzisiaj może wejść każdy z nas. Dopiero XIX-wieczna modernizacja otworzyła wąską furtkę migracji do miast bądź do Ameryki. W Europie Środkowo-Wschodniej przebiegała jednak – jak wiemy – z opóźnieniem. Co w takiej sytuacji mogli zrobić ci, którzy nie wsiedli do pociągu modernizacji?

Dla nas, przesiąkniętych purytańską ascezą głoszącą związek między pracą a bogaceniem się, odpowiedź jest prosta. Ale nie dla tradycyjnego chłopa, dla którego – jak pisał Foster – bogactwo nie „rośnie”, jest ograniczone podobnie jak ziemia. Odpowiedź na powyższe pytanie była jedna: poprawić swoją sytuację można tylko kosztem innych. Stąd brały się chłopskie kradzieże, na które tak utyskiwali w swoich wspomnieniach ziemianie. Stąd plądrowania majątków ziemskich w czasach zawieszającego groźbę kary chaosu. Stąd też mordy w czasie II wojny światowej.

Polski głód

Cofając się aż do I wojny, przyjrzyjmy się, jaki horyzont doświadczeń mieli za sobą polscy chłopi w latach 1942 i 1943? W 1915 r. po zajęciu ziem zaboru rosyjskiego niemieckie władze okupacyjne narzuciły wsi gigantyczne kontyngenty. W miastach i na prowincji zaczął się głód, który praktycznie utrzymał się do 1921 r. Wyczerpani ludzie zapadali na tyfus. Klukowski opisywał: „Była to prawdziwa klęska. Czegoś podobnego nigdy przedtem ani potem nie widziałem. Wzywano mnie czasem do wsi, gdzie prawie w każdej chałupie byli chorzy. W niektórych domach bywali chorzy absolutnie wszyscy – w różnych stadiach choroby. W jednej chałupie zastałem chorą całą siedmioosobową rodzinę. Wszyscy leżeli na słomie, na ziemi (...). W innych znów chałupach widziałem zmarłych, których grzebaniem nie było komu się zająć”.

Kolejną falę pauperyzacji przyniósł Wielki Kryzys, który najmocniej uderzył w mieszkańców wsi, ponieważ spadły ceny na produkty żywnościowe. Najsilniej odczuły kryzys obszary najuboższe, na których rolnictwo było rozdrobnione, tzn. wschód i południe Polski. W jednym z ówczesnych opracowań socjologów wsi napisano: „Cukier na wsi nie istnieje. Większość dzieci – w powiecie rzeszowskim – nie widziała go nawet nigdy, chyba w formie cukierków na odpustach. Sól spożywa się obecnie szarą, nieraz nawet czerwoną bydlęcą; na wiosnę w okresie przednówka z braku gotówki nawet na te gatunki, stosuje się kilkakrotne gotowanie ziemniaków w tej samej raz osolonej wodzie”.

Nad niektórymi województwami zawisło widmo klęski głodowej. Pauperyzacja wsi odbiła się nie tylko na sposobie odżywiania, ale w jeszcze większym stopniu na zaopatrzeniu w ubranie. Brakowało butów, przeważająca część rolników przez większą część roku chodziła boso. Jeden z badaczy opisywał: „Średniozamożny gospodarz chodzi dziś obdarty, w tej samej zawsze, dokładnie obdartej parze butów, w jednej, wieczorami pranej koszuli. Z innych dawno zrobiono sukienki dzieciom. (...) Ubranie jest jedno, toteż dzieci najdotkliwiej odczuwają skutki braku odzieży. W lecie jest łatwiej, ale w zimie w północnej części powiatu [rzeszowskiego] spotkać można w chałupach dzieci, które zawiązywane są na cały dzień po szyję do worków z sieczką, gdyż bez ubrania zamarzłyby w zimnej, nieopalonej izbie”.

Kilka lat wzrostu gospodarczego, między zakończeniem kryzysu a wybuchem II wojny światowej, nie wyciągnęło polskiej wsi z nędzy. Kolejny głód zaczął się na przednówku 1941 r. Wieś została objęta kontyngentami, czyli obowiązkowymi dostawami zboża, mięsa i mleka. Ceny były minimalne. Kontyngenty były ciągle podwyższane, a sposób ich ściągania bezwzględny.

System kar za niewywiązanie się przewidywał: więzienie, obóz koncentracyjny, nawet karę śmierci. W czerwcu 1942 r. ksiądz Józef Anczarski, mieszkający wówczas w Małopolsce Wschodniej, zapisał: „Klęska głodu jest straszna. Głodni ludzie poczynają wybierać na polach zasadzone ziemniaki. (...) Dochodzą ponure głodowe wieści ze Lwowa. Każdy kęs chleba ma wartość bez ceny. Jeśli we wioskach jest głód, cóż mówić o Lwowie”. Głód spadł również na ziemie centralnej Polski; ze zdwojoną siłą odczuwali go Żydzi zamknięci w warszawskim getcie, jak również, choć dużo mniejszy, mieszkańcy miasta po aryjskiej stronie. Zagrożeni głodem ludzie uruchamiali różne strategie: działali na czarnym rynku, wzmacniali więzi rodzinne, zmieniali nawyki żywieniowe.

Mordowanie przez niektórych polskich chłopów ukrywających się Żydów dla pary butów czy kilograma cukru, jakkolwiek to zabrzmi, było więc „racjonalne”. Wyrastało z chłopskiej „wizji ograniczonych dóbr”. Skoro nie mamy ubrań, butów, słoniny i nie zanosi się na to, żeby było lepiej (Niemcy stali pod Stalingradem), to dlaczego nie „zapolować” na Żyda, przecież wolno. To nie chciwość polskich chłopów – jak chce Jan Tomasz Gross – lecz wielowiekowe chłopskie doświadczenie niedoboru i wyrastająca z niego racjonalna strategia poprawy losu kosztem innych stały za tymi zachowaniami. Choć w polskich miastach też istniały dzielnice nędzy, to jednak „wizja ograniczonych dóbr” nie była podzielana przez wszystkich mieszkańców, ponadto struktura społeczna była nieporównanie bardziej zróżnicowana niż na wsi.

Należy podkreślić, że opisanym powyżej mechanizmem nie można tłumaczyć wszystkiego. W przeciwnym razie nie dałoby się wyjaśnić genezy Holocaustu, który przecież wymyślono i wprowadzono w życie w Niemczech, w kraju nieporównanie bardziej zamożnym od Polski.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj