szukaj
Według ojca, według córki. Historia rodu
materiały prasowe

[Z części Jerzego Krzyżanowskiego, Żadna siła, żadna burza...:]

[fragment wprowadzenia Magdy Krzyżanowskiej-Mierzewskiej:]
Mieszkanie dziadków Krzyżanowskich w Gdyni było duże i jasne; wielkie okna wychodziły na wiadukt kolejowy. Z długiego korytarza na lewo prowadziły drzwi do gabinetu dziadka Jurka – mówiło się „ordynacja”, egzotyczne słowo dźwięczące lekarską tajemnicą – a na prawo do jadalni, do sypialni dziadków, do salonu.

Kamienica należała do dziadków w czterdziestu procentach. Nazywaliśmy ją „Dziesiątego Lutego Trzydzieści”: babcia Jadzia cierpliwie uczyła małego Grzesia, swojego młodszego wnuka i mojego kuzyna, gdzie mieszka. Dziesiątego lutego, data zaślubin Polski z morzem w 1920 roku. Generał Haller rzucił pierścień w fale niedaleko Pucka, i morze już było nasze, polskie. Tylko własnego portu nie mieliśmy, oprócz małego, rybackiego, w Pucku, wiecznie zamulonego nanoszonym przez przybrzeżny prąd piaskiem. Potem nastał czas wojny celnej z Niemcami, a po niej – budowa Gdyni.
Miasto wzniesione na piasku, między wzgórzami a morzem, w pobliżu Gdańska. Gniazdo rodzinne mojego ojca, Jerzego Krzyżanowskiego juniora. I po części także i moje. Bo ja jestem z Trójmiasta.

Kiedy w 1929 roku dziadkowie Krzyżanowscy przyjechali do Gdyni ze Lwowa, najpierw wynajęli mieszkanie u Bednarskiego na Świętojańskiej, a potem u Skwiercza na 10 Lutego. Morze było ledwie pięćset metrów dalej, tuż-tuż. Ulica 10 Lutego nie miała jeszcze bitej nawierzchni i zmierzała ku morzu przez rozgrzebany teren budowy późniejszego skweru Kościuszki.

Dziadkowie. Moi dziadkowie ze strony taty. Doktor Jerzy Krzyżanowski senior i Jadwiga Maria z Krugów. On urodzony w 1898 w Podhajcach, ona w 1904 we Lwowie. Lwowianie i gdynianie. Pochowani na cmentarzu w Witominie w Gdyni.

Co nie zostało opowiedziane i utrwalone, tego nie ma. Kto nie zostawił po sobie śladu na piśmie, o tym wiemy tyle, ile pozwoli nam zachować kapryśna pamięć. Ona zaś zajęta jest bieżącymi sprawami; przechowuje też naszą historię – to, co wydaje się nam, że pamiętamy, a czego nie potrafimy opowiedzieć, z biegiem lat pamiętamy coraz mniej. Pamięć mojego pokolenia, nazywanego wdzięcznie pokoleniem powojennego wyżu demograficznego, kształtowała się w czasach powolnych zmian, hamowanych przez rytm życia w komunistycznym kraju, w którym wszystko, żeby się mogło zdarzyć, musiało uzyskać na to pozwolenie. Książki drukowano latami, w gazetach nie podawano wiadomości z ostatniej chwili, a nowe budowle wznoszono wolno i z trudem. Robotnicy stali oparci o łopaty, ćmili sporty, które trzymali między kciukiem i palcem wskazującym; mijałam ich z oczami wbitymi w chodnik, czekając, aż bluzną.

Krajobraz Trójmiasta zmieniał się ospale i niechętnie. Niezmienione oblicze gdańskich, gdyńskich i sopockich ulic trwało przez lata: kiedy gdzieś postawili sam, wszyscy wiedzieli, że będzie tam zawsze, z mrugającym na dachu szczerbatym i burczącym neonem, fioletowo-cynobrowym. Na rogu 10 Lutego i Władysława IV w Gdyni stały parterowe pawiloniki handlowe, wzniesione tam „na chwilę” zaraz po wojnie. A w nich prywaciarze handlowali komisowym towarem przywiezionym przez marynarzy z morza i plastikowymi koralami. „Chwila” trwała cztery dekady.

Książka telefoniczna wychodziła raz na pięć lat, życie w Trójmieście toczyło się powoli. Czerwone trolejbusy pojękiwały leniwie na gdyńskich zakrętach. Za oknami dziadków Krzyżanowskich na Dziesiątego Lutego Trzydzieści rozpędzały się żółto-niebieskie wagoniki przedwojennego S-Bahnu z Berlina, które właśnie ruszyły ze stacji Gdynia Główna Osobowa do Gdańska.

[…]

Najszybciej budowały się kościoły i rosły drzewa. Tak było, kiedy byliśmy młodzi.
A ciągle przecież nam się wydaje, że nie jesteśmy starzy.

I dlatego – chociaż dzisiaj życie toczy się coraz szybciej, na znanych ulicach powstają nowe budynki, centra handlowe rosną jak grzyby po deszczu, gazety tętnią newsami i nie wiadomo, do czego wychowywać dzieci urodzone jeszcze za komunizmu, które słuchają nas z ironią w tych rzadkich chwilach, kiedy wyłączą empetrójkę – pamiętamy i przypominamy sobie powoli, jakby wszystko było jeszcze w zasięgu ręki, tamten świat: przedwojenni dziadkowie Krzyżanowscy, smakowite zupy gotowane przez Marysię Fusztej, pomoc domową ze Stanisławowa, ulice Gdyni wykładane granitową kostką, a pod koniec lat sześćdziesiątych pokrywane asfaltem jedna po drugiej…

[…]

[fragment Jerzego Krzyżanowskiego:]

Moi rodzice, Jerzy Krzyżanowski i Jadwiga Maria Krużanka, istotnie pochodzili z Galicji. Poznali się w Jaremczu latem 1925 roku. Krużanka, ale z domu Krug – tak się wówczas uszlachetniało mieszczańskie nazwiska dziewcząt na wydaniu.

Wakacyjne życie towarzyskie w Jaremczu w latach dwudziestych nie odbiegało istotnie od znanych nam obyczajów urlopowych w domach wczasowych końca XX wieku. Zachowało się kilka listów rodzinnej korespondencji z tych lat. Dobremu jedzeniu, popijaniu, tańcom w eleganckich pensjonatach Banku Gospodarstwa Krajowego i Zakładu Ubezpieczeń Społecznych towarzyszyły dansingi w miejscowej sali restauracyjnej, drobne ploteczki, kontrowersje między paniami, i zapewne między panami, i małe skandale towarzyskie. Z listów wysłanych z Jaremcza w sierpniu 1927 dowiadujemy się, że lwowska młodzież spędzająca tam lato:

[…] opanowana była przez wściekłą manię charlestona. Wszyscy aż do znudzenia grają, śpiewają i gwiżdżą charlestona, a nogami ćwiczą pas przy stole, siedząco, stojąco, w płyciznach Prutu i na skałkach w nurcie potoku.

Tańce sprzyjały flirtom, do których chętna była, także i przed epoką charlestona, śliczna bratowa mojego przyszłego taty, Wilhelmina Kalikstowa Krzyżanowska, zwana w rodzinie Buśką. Buśka emanowała seksapilem. Obaj jej szwagrowie, mój tata i jego młodszy brat Janusz, mówili w braterskim slangu o paniach obdarzonych urokiem podobnym do magnetycznego a łobuzerskiego uroku Buśki: „Babka mi brzęczy”.

Buśka brzęczała jak najbardziej i błyskała białymi zębami, panowie na deptaku w Jaremczu wypinali do niej torsy, a rozbawiony tata donosił do Lwowa, że „Buśka kona za panami, największą atrakcją jest teraz Janusz Kolmer”.

Kultywowano towarzyskie spacery, na przykład do Tatarowa, do wodospadu w Jaremczu, ale także zaawansowane wyprawy w Czarnohorę z Howerlą i Pop Iwanem.

Nastała wtedy moda na tenisa. Uczył się go także w czasie jaremczańskich wakacji Jurek Krzyżanowski, młody doktor wszech nauk medycznych, dyplomant Wydziału Medycznego Uniwersytetu Jana Kazimierza. Jednakże sport ten, jak i inne, widocznie nie przypadł mu do gustu: nigdy go potem nie widziałem na korcie, choć popularność tenisa rosła.

W Jaremczu rozgrywano lokalne turnieje, a w późniejszych latach występowali na miejscowych kortach najlepsi tenisiści okresu nazwanego później międzywojennym: Jadwiga Jędrzejowska i Józef Hebda.

Do rytualnych zajęć towarzyskich należały także kąpiele w Prucie. Prut płynie przez Jaremcze płytką, szybką i usianą głazami bystrą wodą.

Tylko przed wodospadem i między głazami nurt rzeki zwalnia trochę i pogłębia się. Woda w tej górskiej rzece nie musiała jednak być zbyt zimna, skoro w rodzinnej korespondencji z tamtych lat nieustannie wspomina się o tych kąpielach. Rodziny i grupy towarzyskie sadowiły się na wybranych głazach, Prut nie tworzył bowiem plaży.

Nawiązywano tu znajomości i flirty: jeśli nie w BGK lub w ZUS-ie, to tu, nad wodą, ze skałki na skałkę… Młodzi panowie prężyli mięśnie, starsi wciągali brzuszki, panie występowały w fantazyjnych strojach kąpielowych przywiezionych z włoskiej Riwiery. Spoglądając spod rondek nisko opuszczonych na czoło plażowych kapelusików – młodsze panie dawno już porzuciły szerokie kapelusze i śmiało wystawiały się na słońce, hołdując nowej modzie na opaleniznę – omawiały najświeższe ploteczki i komentowały żywo wakacyjne wielkie manewry, toczone przez eleganckie lwowskie towarzystwo.

Przydarzały się również nad Prutem czyny bohaterskie. Któregoś letniego dnia 1925 roku Jadzia Krużanka nieopatrznie utraciła grunt pod nogami niedaleko „rodzinnego” głazu, pewnie zachłysnęła się wodą, pewnie się spłoszyła i zaczęła się topić. Średni wiekiem z braci Krzyżanowskich, Jerzy, dzielnie skoczył z pomocą wystraszonej dziewczynie i wybawił ją z opresji.

Jak głosi romantyczna legenda rodzinna: „tak się właśnie poznali”. Choć mogli widywać się już wcześniej w BGK, gdzie młodzi Krzyżanowscy i trzy młode Krużanki: Jadwiga, Stanisława i Emilia, zwana Lusią, się stołowali.

Romantycznie rozpoczęta znajomość Jadzi z Jurkiem przerodziła się w uczucie; doszło do przyjętych przez Jadzię i zaakceptowanych przez obie rodziny, Krugów i Krzyżanowskich, oświadczyn. Z okresu narzeczeńskiego zachował się jedyny list Jerzego do Jadzi, napisany w specyficznym, niespotykanym zapewne dzisiaj stylu:

Lwów, 2 września 1925 roku
Najukochańsza i Najdroższa Moja Jadzieńko!
Myśląc ustawicznie o Twoich lazurowoniebieskich oczach, pracuję już dwa całe dni na klinice, a marząc o zapachu polnych maków, piszę w moim cichym, surowym klinicznym pokoju, aby zdać Ci raport z tego, co się przez te dwa długie dni stało.

A więc zajechaliśmy do Lwowa szczęśliwie i cało, bez wypadków i bez zgubienia żadnego z licznych pakunków. Na dworcu oczekiwali nas Lunek i Pan Dyrektor. Z dyrektorem wycałowałem się siarczyście i przyjąłem gratulacje z tej przyczyny, że mam tę miłą przyjemność (zaszczyt) kochania się z Jego córką. Po tej pierwszej szalenie dla mnie miłej i zachwycającej gratulacji przyjmuję ciągle ze wszystkich stron, tam i z powrotem, od najrozmaitszych ludzi życzenia „narzeczeńskie”, bo trzeba Ci wiedzieć, kochana Jadzieńko, że stugębna fama miała już dość czasu, aby roznieść po całym Lwowie wieść, że Jurek zaręczył się z Jadzią. Ja z tego powodu noszę się dumnie i strasznie jestem zadowolony, a prostaczków, którzy nie zdołali zaobserwować tego historycznego zdarzenia, skwapliwie o jego dokonaniu pouczam.

W domu moim wszystko nadzwyczajnie. Wszyscy – nie wyłączając naszej kochanej Sioneczki, o której słyszałaś takie głupie plotki – oczekują z niecierpliwością tej chwili, w której Jadzieńka, złotowłosa ślicznotka, wsparta na moim ramieniu wkroczy w progi domu, dając się poznać w swej krasie i okazałości. Stary Luneczek cieszy się na to specyalnie.

Tymczasem moja różanousta nimfa siedzi z dala ode mnie i pozwala mi tęsknić. A może się rozmyśliła przez ten czas? Uważam to za rzecz wykluczoną, zwłaszcza że dziś patentowany pasjans wyszedł gładko, że nimfa mnie kocha i tęskni szalenie. Wyraz „szalenie” wyłaził z każdej karty.

Tak mniej więcej wygląda pierwszy list narzeczonego do narzeczonej. Wydaje mi się trochę bladym, aby go więc zabarwić, zaróżowić, ba, zakrwawić płomieniem, Jadzieńko, usta Twe cudne całuję i spijam z nich nektar boski… a tuląc do siebie, kocham Cię, Jadziuś moja!
Twój Jurek

Wspomniany w liście „pan dyrektor” to ojciec Jadzi, Emil Krug, wicedyrektor lwowskiego oddziału BGK, z którym wkrótce połączyła młodego narzeczonego serdeczna przyjaźń. Sioneczka, o której, jak widać, młode pokolenie Krzyżanowskich złośliwie plotkowało w Jaremczu, to Janina Krzyżanowska, matka narzeczonego. O przyczynach tych nieżyczliwych plotek będzie jeszcze okazja wspomnieć.

[…]
Tak więc latem 1925 roku Jadzia zaręczyła się z Jurkiem. Obie rodziny uważały, że zaręczyny młodych „były prawdziwą sensacją towarzyską Lwowa”. Jadzia okazała się pierwszą panną ze swojej klasy maturalnej (1924), która sposobiła się do mariażu.

Oboje stanowili ładną i dobraną parę.

Jak wspominałem, Jerzy był już wówczas, od 1 stycznia 1925 roku, starszym asystentem w Klinice Położniczej i Chorób Kobiecych Szpitala Klinicznego Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Prowadził w katedrach Wydziału Lekarskiego zajęcia jako demonstrator. Był członkiem zarządu i skarbnikiem Towarzystwa „Wzajemna Pomoc Medyków”, piastował też stanowisko sekretarza Towarzystwa Ginekologicznego we Lwowie. Mimo bardzo dobrej pozycji finansowej rodziny pracował na uczelni od początku swej kariery studenckiej. Mieszkał wprawdzie ciągle jeszcze w pokoju asystentów na terenie Kliniki, ale w znacznej mierze był już dojrzałym, samodzielnym i ustabilizowanym młodym człowiekiem.

W lecie 1925 roku, kiedy poznali się w Jaremczu, Jadzia była studentką po pierwszych trzech trymestrach studiów na Wydziale Filozofii UJK. Potwierdził to dziekan wydziału w Książeczce Legitymacyjnej nr 7654 w dniu 28 sierpnia 1925. Na pierwszym roku słuchała wykładów profesora Tołłoczki z chemii ogólnej, wykładów z fizyki eksperymentalnej u Negrusza, matematyki dla przyrodników i filozofów u profesora Stożka, krystalografii… Czemu Jadzia zdecydowała się na takie studia? Nigdy jej o to nie pytałem. Może uzasadniał to stopień „bardzo dobry” z fizyki na świadectwie maturalnym? A może chciała pójść w ślady starszej siostry Stasi, która właśnie robiła dyplom na Wydziale Architektury Politechniki Lwowskiej? Z dalszej opowieści wyniknie, dlaczego od jesieni 1925 na te studia nie wróciła; z tego powodu w moich gimnazjalnych latach domowym autorytetem naukowym w matematyce, fizyce i łacinie był dla mnie raczej ojciec niż mama.

Nastąpiły rodzinne formalności narzeczeńskie, wzajemne wizyty rodziców, którzy przypadli sobie do gustu i odwiedzali się, już za mojej pamięci, do późnej starości, jeszcze w pierwszych latach drugiej wojny światowej.

Zanim doszło do ślubu w kościele Świętego Antoniego, Jerzy słał kwiaty do domu Jadzi. Zmienił też marszrutę z kliniki do swego pokoju na terenie szpitala klinicznego. Tereny szpitala przy Piekarskiej opuszczał przez północną bramę, szedł ulicą Hausnera do rogu Łyczakowskiej, skręcał w nią na lewo ku centrum, tuż naprzeciwko domu Krugów i przez Głowińskiego wracał na teren szpitala. Kto choć trochę zna topografię tej części Lwowa, wie, że była to droga nadzwyczaj okrężna. Musiał wiedzieć, że Jadzia stoi za firanką w salonie na pierwszym piętrze posesji Krugów przy Łyczakowskiej 83 i śledzi jego kroki. Na pewno mu to prędzej czy później powiedziała, bo sama wspominała mi o tym z sentymentem, gdy byłem dorosłym chłopcem i rozumiałem się już na zawiłościach damsko-męskich.

[z części Magdy Krzyżanowskiej-Mierzewskiej Kobiety naszego rodu:]

To zdjęcie trzech sióstr na ganku zawsze stało u każdej z nich: w willi na Fahrenheita u Jasi, w warszawskim mieszkaniu Magdy i Staszka, we wrzeszczańskim mieszkaniu Hali przy niedalekiej Jaśkowej Dolinie, zwanej w rodzinie Jaśkówką, wśród fotografii dzieci, mężów, matki. Była często mowa o tym, że należałoby właściwie napisać książkę o Kobietach Naszego Rodu, a każde z tych słów bez wątpienia zaczynało się z dużej litery. I że powinna ją była napisać Magda, bo pisać umiała, ale zanim ją napisała, zaczęła chorować i nic z tego nie wyszło. Babcia Jasia mówiła także, patrząc na mnie poważnie ponad ramkami okularów, a między czarnymi brwiami robiła jej się zmarszczka:

– Kobiety naszego rodu są dzielne, nie płaszczą się przed nikim, nie zabiegają o byle co i nie poniżają się dla własnej korzyści.

Tego, kto to był konkretnie ten Nasz Ród, nie precyzowano. I nie miał to chyba być ród w sensie paranteli: o Łopińskich, rodzinie sióstr ze strony ich pogodnego, prawie zapomnianego ojca nigdy się nie wspominało. No chyba że o tym, jak Jasia przestała odzywać się do swojego kuzyna ze strony tegoż ojca, Zbigniewa Łopińskiego, po tym, jak w latach pięćdziesiątych zapisał się do partii, a nawet – podobno – został w niej instruktorem od marksistowsko-leninowskiej kabały. Łopiński mieszkał niedaleko, we Wrzeszczu, tuż koło Jaśkówki, ale między kuzynostwem panował lodowy chłód.

O rodzinie Wesołowskich, z której pochodziła matka trzech sióstr, babcia Stefania, też nie wspominało się często. Kobietami naszego rodu musiały więc być babcia Stefania i jej córki, namiętnie ze sobą związane: pomagały sobie nawzajem, pożyczały sobie pieniądze i podrzucały dzieci, i wciąż toczyły ze sobą nieustanną rozmowę, dumne ze swojej życiowej dzielności. To babcia Stefania mówiła o nich wiele lat temu: my, Kobiety Naszego Rodu – i tak już zostało. Tych Kobiet Naszego Rodu nie było zresztą wiele: sama babcia Stefania i jej córki oraz córka Jasi Olga.
No, a potem jeszcze i ja.

 

Zapraszamy do Sklepu Polityki do sekcji nagrodzonych książek historycznych

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj