Dzienniki niezgody
W którym momencie prywatny pamiętnik staje się dobrem narodowym? W Polsce i w Izraelu wrze wokół dwóch wojennych dzienników. Cudem ocalony pamiętnik nastoletniej Żydówki Rutki Laskier został wywieziony z Polski, być może nielegalnie. O zwrot dziennika Barucha Milcha walczy mieszkająca w Izraelu rodzina.
Paszport Barucha Milcha, 1934.
Ośrodek Karta w Warszawie

Paszport Barucha Milcha, 1934.

Ella Milch-Sheriff dwukrotnie dotykała 61 zeszytów, 1613 stron zapisanych przez ojca w czasie wojny. O odzyskanie ich walczy od prawie dwudziestu lat.
Tadeusz Późniak/Polityka

Ella Milch-Sheriff dwukrotnie dotykała 61 zeszytów, 1613 stron zapisanych przez ojca w czasie wojny. O odzyskanie ich walczy od prawie dwudziestu lat.

Tłuste, 1942. Baruch Milch z żoną Pepą i ich syn Lunek (Eliasz).
Ośrodek Karta w Warszawie

Tłuste, 1942. Baruch Milch z żoną Pepą i ich syn Lunek (Eliasz).

14-letnią Rutkę Laskier porównuje się do Anny Frank. W sierpniu 1943 r. ukryła w Będzinie swój 60-kartkowy zeszyt z zapiskami. Opublikowany w 2006 r. stał się sensacją.
Pamiętnik Rutki Laskier/Wydawnictwo „Dziennik Zachodni”

14-letnią Rutkę Laskier porównuje się do Anny Frank. W sierpniu 1943 r. ukryła w Będzinie swój 60-kartkowy zeszyt z zapiskami. Opublikowany w 2006 r. stał się sensacją.

Kiedy kompozytorka Ella Milch-Sheriff mówi o dzienniku nieżyjącego ojca, ma w oczach łzy: – Chcę go odzyskać dla siebie, swoich dzieci, wnuków. To najważniejsza rzecz, którą mój ojciec zostawił mnie i mojej siostrze – opowiada. W sprawie dziennika znajdującego się w archiwach Żydowskiego Instytutu Historycznego przyjechała do Polski już po raz trzeci, o odzyskanie go walczy od prawie dwudziestu lat. Dwukrotnie widziała i dotykała 61 zeszytów, 1613 stron zapisanych przez ojca w czasie wojny. Kopie dziennika jej nie wystarczają. Ale manuskrypt uznawany jest za część narodowego zasobu archiwalnego, a ten podlega ochronie: nie wolno go nikomu przekazywać (chyba że określonemu w ustawie innemu krajowemu archiwum) ani wywozić za granicę (jedynie czasowo, za zgodą Naczelnej Dyrekcji Archiwów Państwowych).

Baruch Milch, polski lekarz żydowskiego pochodzenia z Podhajców (dzisiejsza Ukraina), ukrywany przez Polaków w okolicach Tłustego, pisał swój dziennik przez dziewięć miesięcy, od lipca 1943 r. do marca 1944 r. Opisywał czasy przedwojenne, rodzinę, studia w Czechach, historyczny kontekst i przede wszystkim najtrudniejsze wojenne przeżycia i kolejne śmierci: własnego trzyletniego syna, rozstrzelanego przez Niemców wraz z babką i ciotką, a także późniejszą śmierć trzyletniego siostrzeńca żony, uduszonego przez własnego ojca, w obawie przed wydaniem całej ukrywającej się rodziny nazistom.

Milch przeżył wojnę; w 1946 r. przed wyjazdem z Polski przekazał manuskrypt Centralnej Żydowskiej Komisji Historycznej. Jak pisze polski wydawca książki „swego manuskryptu szukał potem przez dziesiątki lat – bez powodzenia”. Rękopis w archiwach ŻIH przeleżał ponad 40 lat, a odkrył go historyk z Uniwersytetu Warszawskiego.

Baruch Milch zmarł w 1989 r., ale przed śmiercią zdążył z pamięci odtworzyć swój dziennik, tym razem po hebrajsku. Dziesięć lat później w Izraelu nieżyjąca już córka Barucha Milcha Shosh Avigal wydała po hebrajsku książkę będącą kompilacją obu tekstów. W Polsce w 2001 r. Ośrodek Karta wydał skróconą wersję przechowywanego w ŻIH dziennika. Copyright do tej publikacji miały wówczas żona Barucha Milcha Lusia, Karta oraz ŻIH. Ella Sheriff uważa, że ojciec wydał swój rękopis ŻIH jedynie w depozyt, by nie przepadł w drodze do Izraela. Dla „kustoszy pamięci” ów „depozyt” jest przede wszystkim częścią żydowskiego dziedzictwa, dowodem historycznym, a w dobie negacji Holocaustu wyzbywanie się podobnych świadectw uderza w wiarygodność depozytową archiwów. – Stosunki polsko-izraelskie nigdy nie były tak dobre jak teraz, więc mam nadzieję, że polskie władze pomyślą o odpowiednim sposobie rozwiązania tej sytuacji. Byłby to wspaniały gest w 60 rocznicę Państwa Izrael – uważa Dawid Peleg, ambasador Izraela w Polsce. Ella Sheriff nie zamierza poddać się w walce o pamiętnik. Przy następnej wizycie chce spotkać się z ministrem kultury.

Czyja walizka?

Problem pamiątek po Holocauście i kwestia, na ile są własnością prywatną, a na ile publiczną, nie jest nowy. Dwie najgłośniejsze sprawy ostatnich lat to próby odzyskania z Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau przez byłą więźniarkę obozu Dinę Gottliebową-Babbit namalowanych przez siebie na rozkaz doktora Józefa Mengele akwarel przedstawiających współwięźniów; oraz Michela Leleu starającego się o zwrot walizki swojego ojca Pierre’a Leviego, którą rozpoznał wśród eksponatów wypożyczonych do paryskiego Muzeum Zagłady.

Muzeum w Oświęcimiu jako „strażnik pamięci” w takich przypadkach nie zamierza dopuścić do zubożenia swoich zbiorów, które dzięki swej obszerności dobitniej pokazują, jak wyglądała nazistowska fabryka śmierci. Stosy okularów, włosów, szczoteczek do zębów, protez krzyczą głośniej niż pojedyncze eksponaty. Archiwiści i muzealnicy myślą podobnie. – Polska poniosła ogromne straty w archiwach, więc nie powinno dziwić, że chcemy jak najwięcej zachować u siebie – mówi dyrektor Sławomir Radoń. – Zarówno Rutka Laskier, jak i Baruch Milch byli obywatelami polskimi, ich wspomnienia dotyczą naszej przeszłości.

Sheriff: – Ojciec pisał po polsku, ale jako polski obywatel nie był tu bezpieczny i musiał uciekać. Podobnie uważa ambasador Peleg: – Pan Milch i jego rodzina byli ofiarami nazistów nie dlatego, że byli Polakami, lecz dlatego, że byli Żydami. Jeszcze ostrzej sprawę stawia historyk, redaktor naczelny „Słowa Żydowskiego” Michał Sobelman: – To nie jest polskie dobro kultury, lecz pamiątka rodzinna. Nawet w 1968 r. celnicy przepuszczali dokumenty i prywatne listy wyjeżdżających z Polski Żydów.

Tak w pewnym stopniu jest do dziś. W zeszłym roku Stanisława Sapińska bez przeszkód wywiozła pamiętnik Rutki Laskier i przekazała go Instytutowi Yad Vashem. Kłopoty ma dopiero teraz, kiedy sprawą zajęła się prokuratura. Losy samego dziennika Rutki, podobnie jak Barucha Milcha, mogą być podstawą filmowego scenariusza. Tuż przed wywiezieniem, najprawdopodobniej do Auschwitz, w sierpniu 1943 r. 14-letnia Rutka ukryła swój zielony 60-kartkowy zeszyt z zapiskami w schowku pod schodami, w domu przy Kasenerstrasse 13 (dziś 1 Maja) na terenie będzińskiego getta. Skrytkę podpowiedziała jej o siedem lat wówczas starsza Sapińska, która znała wszystkie zakamarki swojego domu i doglądając go zaprzyjaźniła się z Rutką: – Po likwidacji getta, kiedy tam wróciliśmy, znalazłam pamiętnik – wspomina dziś ponad 80-letnia pani Stanisława. W Auschwitz nie ma śladu po Rutce. Mogła zginąć w komorze gazowej albo, według jedynej niepotwierdzonej relacji, podczas epidemii cholery. Sapińska przechowywała przez ponad 60 lat dziennik Rutki jak relikwię.

Dopiero w 2005 r. opowiedziała o pamiętniku swojemu bratankowi, który pomógł jej dotrzeć do Adama Szydłowskiego, poszukiwacza śladów po będzińskich Żydach i szefa tutejszego USC. Nakładem „Dziennika Zachodniego” ukazał się drukiem w 2006 r. Jest dziś dostępny po hebrajsku, angielsku, hiszpańsku, portugalsku, włosku i francusku. Publikacja stała się sensacją, a Rutkę porównywano do Anny Frank. Okazało się także, że w Izraelu żyje przyrodnia siostra Rutki Zahava Scherz, która rozpoczęła zabiegi o pozyskanie dziennika. Pani Stanisława, choć na początku chciała oddać dziennik miejskiemu muzeum, uznała, że będzie lepiej wyeksponowany w izraelskim muzeum: – Przede wszystkim nie chciałam, aby ktokolwiek zrobił na nim interes – mówi.

Już historia?

Po powrocie relację z jej pobytu w Izraelu przedstawił „Dziennik Zachodni”. Ta sama gazeta zwróciła wkrótce uwagę, że rękopis został wywieziony z naruszeniem polskiego prawa przez dwóch urzędników samorządowych, Szydłowskiego i prezydenta miasta Radosława Barana. – Prezydent nie brał udziału w tej wyprawie, a pamiętnik przekazała sama pani Stanisława – precyzuje Adam Szydłowski. – Mieliśmy opinię radców, z której wynikało, że wywóz nie będzie złamaniem ustawy o ochronie zabytków. Dziennik nie ma istotnego znaczenia historycznego, bo opisuje osobiste wrażenia i niczego nowego o historii się z niego nie dowiadujemy.

Ale sprawa nie jest oczywista ani dla prokuratury, ani dla archiwistów. Będzińska prokuratura rejonowa, do której wpłynął anonim w sprawie wywozu rękopisu, prowadzi postępowanie wyjaśniające, czy została złamana ustawa o ochronie zabytków. Prokuratura czeka na wyjaśnienia Biblioteki Narodowej, czy dziennik był zabytkowym materiałem bibliotecznym. – To nie do biblioteki powinna się zwracać, lecz do nas, gdyż dziennik nie był drukiem, lecz rękopisem – wyjaśnia Sławomir Radoń, naczelny dyrektor Archiwów Państwowych. Według dyrektora dziennik jest częścią narodowego zasobu archiwalnego znajdującego się pod ochroną.

Problem w tym, że definicja materiału archiwalnego jest bardzo szeroka, mówi ona o wszelkich powstających w przeszłości i współcześnie aktach i dokumentach, a także o korespondencji, mapach, filmach, nagraniach mających znaczenie „jako źródło informacji o wartości historycznej”. – Wartości historycznej w tym znaczeniu, że ilustruje przeszłość – zaznacza Zbigniew Pustuła, autor książek o archiwach, były prezes Stowarzyszenia Archiwistów Polskich. Co może także oznaczać, że jeśli dziś któryś ze współpracowników premiera czy prezydenta pisze prywatny dziennik o kulisach urzędu, nie może wywieźć go bez pozwolenia za granicę.

Sapińska mogła przechowywać dziennik, jak długo chciała, mogła nawet go sprzedać w Polsce, ale nie miała go prawa wywieźć za granicę. Za taki czyn grozi kara nawet do trzech lat więzienia. Archiwiści nie mają wątpliwości, że gdyby w ich ręce dostał się dziennik Rutki, zostałby zaklasyfikowany jako materiał archiwalny, a taki, bez względu na własność, nie może być wywożony za granicę. – Z pewnością wyłowilibyśmy z rynku tak cenny eksponat, gdybyśmy wiedzieli o jego istnieniu – rozkłada ręce Zygmunt Partyka, były dyrektor Naczelnego Archiwum w Katowicach. Z punktu widzenia interesu społecznego miejsce takich dzienników jest w muzeach i archiwach. Tyle że nietrudno zrozumieć tych, dla których to bardziej pamiątka osobista niż dobro zbiorowe.

Dziennikiem w mrowisko

W tle sporu o zapiski Rutki są polityczne i osobiste animozje na lokalnym szczeblu i oskarżenia o antysemityzm. Mówi się o sporze ambicjonalnym między kustoszem Muzeum Zagłębia w Będzinie Jarosławem Krajniewskim a Adamem Szydłowskim. – Chodzi o to, że właśnie ja wystąpiłem w BBC, która w Będzinie kręciła film o dzienniku Rutki – uważa Szydłowski i wskazuje, że to Krajniewski mógł być autorem anonimu. Krajniewski zaprzecza. Sławomir Brodziński z klubu Lewicy zwrócił się do prezydenta miasta z interpelacją, w której prosi o informację, kto wydał pozwolenie na wywóz dziennika oraz zestawienie wyjazdów służbowych do Izraela pracowników urzędu wraz z kosztami i celem podróży. Prezydent Radosław Baran nie żałuje, że pamiętnika nie ma już w Będzinie: – W Yad Vashem taka pamiątka będzie lepiej wyeksponowana.

Szydłowski: – Ludzie w Będzinie boją się, że dawni żydowscy właściciele zechcą odebrać im domy. Rozdmuchiwanie tej sprawy to jak grzebanie kijem w mrowisku – uważa. To najsmutniejszy wymiar tego sporu.

 

Ilustracje zaczerpnięto z „Pamiętnika Rutki Laskier”, wydawnictwo „Dziennik Zachodni” oraz „Testamentu” Barucha Milcha, Ośrodek Karta w Warszawie.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj