Historia miłości w 10 etapach (cz.II)
Przedstawiamy fragment książki reporterki POLITYKI Ewy Winnickiej „Londyńczycy”, niezwykłej opowieści o polskich emigrantach w Wielkiej Brytanii po II Wojnie Światowej, rozbitkach z otoczenia Władysława Andersa.
Uczymy się żyć na Wyspach. Chcemy mieć polskie żony, chociaż i w tym wypadku zdania mamy podzielone. Krzysztof Muszkowski uważa, że z Angielkami żenimy się wyłącznie dla pieniędzy.
Jan Markiewicz/Wydawnictwo Czarne/materiały prasowe

Uczymy się żyć na Wyspach. Chcemy mieć polskie żony, chociaż i w tym wypadku zdania mamy podzielone. Krzysztof Muszkowski uważa, że z Angielkami żenimy się wyłącznie dla pieniędzy.

Urodzone w Anglii córki Jana Markiewicza, Aleksandra i Teresa.
Jan Markiewicz/Wydawnictwo Czarne/materiały prasowe

Urodzone w Anglii córki Jana Markiewicza, Aleksandra i Teresa.

Pożółkłe fotografie autorstwa Jana Markiewicza znalazł w dwóch skrzynkach na warzywa Jean-Marc, kurier rowerowy i artysta w jednym.
Jan Markiewicz/Wydawnictwo Czarne/materiały prasowe

Pożółkłe fotografie autorstwa Jana Markiewicza znalazł w dwóch skrzynkach na warzywa Jean-Marc, kurier rowerowy i artysta w jednym.

Ewa Winnicka, „Londyńczycy', Wydawnictwo Czarne.
Wydawnictwo Czarne/materiały prasowe

Ewa Winnicka, „Londyńczycy", Wydawnictwo Czarne.

Etap 6. Rozwód
Od końca 1944 roku przestajemy się więc dla nich liczyć i nie zmienia tego nawet krwawa bitwa o Monte Cassino, w której ginie niemal tysiąc żołnierzy Andersa (350 zaginionych i 2,5 tysiąca rannych). Wpływ naszego rządu emigracyjnego na sytuację polityczną Polski maleje dramatycznie, by zniknąć ostatecznie w roku 1945. W lutym na konferencji w Jałcie oni wierzą Rosjanom, którzy obiecują, że w Polsce będą wybory i wolność. My mamy wciąż nadzieję, że Brytania się opamięta, ale Stalin jest dla niej bardziej atrakcyjny.

Nasz rząd postanawia nie wracać do komunistycznej Polski i prowadzić państwo na uchodźstwie. Prawie 200 tysięcy żołnierzy i cywilów też nie wraca z Wysp Brytyjskich. Anglicy nie mogą zrozumieć, że nie chcemy mieszkać nad Wisłą. W lipcu 1945 roku zrywają oficjalne stosunki z rządem emigracyjnym, wolą proradziecki warszawski. Ich nowy premier Clement Atlee już nie protestuje, gdy nazywa się nas w prasie faszystami i antysemitami. W 1946 roku nie zaprasza nas nawet na londyńską Paradę Zwycięzców (idą jedynie lotnicy, bo RAF grozi, że bez nich wcale nie pójdzie). Cat pisze rozżalony: „Znajomi angielscy, którzy od lat utrzymywali stosunki z bogatymi rodzinami polskimi (nawet do tych rodzin do Polski przyjeżdżali), przestali u nich bywać i zapraszać. Z eleganckiego Klubu Świętego Jakuba, który tradycyjnie był otwarty dla dyplomatów, wyrzucono Polaków z wyjątkiem kilku osób”. Ponad połowa Brytyjczyków chce, żebyśmy się wynieśli w ogóle.

Prawda jest jednak taka, że nie tak łatwo się rozstać. Niezależnie od statusu klasowego wciąż potrafimy robić wrażenie, jeśli tylko ruszymy się z własnego getta. Krzysztof Muszkowski wspomina pana Władka z Podlasia, który w 1946 roku żyje w obozie PKPR (Polski Korpus Przysposobienia i Rozmieszczenia) w Szkocji i robi wrażenie na arystokratce. Zgłasza się na kurs rolniczy, a potem czyta ogłoszenie, że potrzebny jest człowiek do koni w zamku West Lohian. Tak poznaje strzelistą lady Joan, która kocha konie, a jej mąż rozmowy o polityce i whisky Single Malt. Lady zachwyca się Władkiem, który pięknie po polsku rozmawia z końmi, a one go słuchają. Zwłaszcza Kasia, ukochana klacz Joan. Następne lata lady spędza raczej w stajni niż we własnym salonie. „Byliśmy tacy szczęśliwi” – opowiada po latach. Aż nadchodzi list z Czerwonego Krzyża z informacją, że stara matka Władka we wsi na Podlasiu chce przed śmiercią zobaczyć syna. Kochankowie płaczą, Władek wsiada na statek w porcie Dundee. Po sześciu miesiącach do zamku przychodzi kartka pocztowa napisana z błędami przez wiejską nauczycielkę. Władek pyta, czy Kasia zdrowa. Pisze, że bieda. Lady Joan nie waha się ani chwili. Nie upływa miesiąc od nadejścia kartki, kiedy klacz Kasia płynie z Dundee na Podlasie. Pomoże Władkowi w wiosennej orce.

Wojna rozdziela rodziny. Szeregowy J. K. pisze do „Dziennika Polskiego” w 1950 roku: „Opuściłem Polskę w 1939 roku. Żona z dwunastoletnim synem została w Warszawie. Rozwiodła mnie i wyszła za innego”.

Inne żony wciąż tęsknią. Do 1947 roku można je jeszcze przemycić na Wyspy. Albo fortelem wywieźć w przebraniu. Nowe władze w Polsce chętnie wypuszczają osoby pochodzenia żydowskiego. Bliscy generała Nikodema Sulika podają się za rodzinę żydowską, żeby połączyć się z mężem i ojcem. Za wywózkę trzeba jednak słono płacić, więc większość żon i dzieci zostaje jednak w kraju. Powtórna szansa na wyjazd pojawi się dopiero po śmierci Stalina. Nie wszystkie związki to wytrzymują.

Etap 7. Obojętność
Oni przestają nas namawiać na wyjazd mniej więcej w 1946 roku. Organizują Polski Korpus Przysposobienia i Rozmieszczenia. To jest organizacja paramilitarna, w której 120 tysięcy naszych żołnierzy powinno nauczyć się języka i potrzebnego na Wyspach zawodu. Pracujemy w rolnictwie i górnictwie. Nie możemy być urzędnikami, nawet listonoszami. Dopiero w latach pięćdziesiątych zaczynamy zakładać własne firmy. W Ministerstwie Edukacji działa polski departament, który zdolnym rozdziela stypendia na uniwersytety.

Uczymy się żyć na Wyspach. Chcemy mieć polskie żony, chociaż i w tym wypadku zdania mamy podzielone. Krzysztof Muszkowski uważa, że z Angielkami żenimy się wyłącznie dla pieniędzy. Na związek romantyczny nie mielibyśmy szans. Z kolei pan M., syn kresowych ziemian żeni się z Angielką, bo panie z polskiego getta wydają mu się nudne.

– Odczekałem do czterdziestego czwartego roku życia. Miałem pieniądze i pozycję. Wybrałem pannę z arystokratycznej rodziny. Jest uległa i ma związki z Windsorami. Przeszła na katolicyzm, jest łagodna i nie wnika w moje przelotne przyjaźnie. Czy Polka by na nie pozwoliła?

Polek jest jak na lekarstwo, wybierają oficerów z wyższym żołdem. Nieoficerowie są więc skazani na Brytyjki. Czy Brytyjki w ogóle nadają się na polskie żony? Tym martwi się polski Kościół katolicki. Pan Misiakowski, członek Katolickiej Rady Polskiego Dobrobytu, podnosi tę sprawę na spotkaniu 14 lutego 1947 roku (walentynki!). Niepokoi go powojenne życie randkowe. Ponieważ żołnierze tkwią na samym dole drabiny społecznej w obcym kraju (bez znajomości języka, bez zawodu), za żony biorą dziewczyny z jeszcze niższym statusem. Czasem trafiają się takie, które w ogóle nie powinny być żonami. Tak więc Misiakowski jest zdania, że należy w parafiach organizować potańcówki z tanimi wejściówkami, aby polski żołnierz mógł znaleźć sobie wierzącą, niebojącą się kościoła żonę.

Odnotowuje się także przypadki bigamii. Wynikają czasem ze złej woli, a czasem z niewiedzy. Często dochodzi do nich z powodu polityki. W 1941 roku, po umowie Sikorski–Majski, kiedy wywiezieni Polacy mogli opuszczać Rosję, obowiązywała tajna instrukcja wojskowa, by żołnierze żenili się z samotnymi kobietami, by mogły one wyjechać z Rosji jako rodziny żołnierzy. Teraz katoliccy księża boją się udzielać ślubów, więc w wielu parafiach dochodzi do buntów.

Mimo że wielu mężczyzn czekało na odwilż, żeby poślubić dziewczynę z Polski, w 1947 roku zawarliśmy już pięć tysięcy małżeństw mieszanych. W parafii św. Ethelberta w Slough w 1947 roku dwie Brytyjki poślubiły polskich żołnierzy. Do 1952 roku udzielono w tej parafii jeszcze dziewiętnastu ślubów. W 1947 roku socjolog Tadeusz Sulimirski przebadał aż osiemset małżeństw mieszanych. Zapytał o datę ślubu, a następnie urodzin pierwszego dziecka. W końcu wyliczył, że trzydzieści procent dzieci urodziło się za wcześnie.

Etap 8. Wściekłość
Wciąż nie możemy zapomnieć, że oni nas zdradzili. Dlatego teraz mówimy głośno, co myśleliśmy już dawno. W cytowanej już książce Cat-Mackiewicz pisze więc otwarcie, że cechą narodową Anglika jest po prostu sadyzm (strona 33), że wskaźnik morderstw dzieci jest najwyższy w Europie (strona 36), koleje w Anglii są najgorsze na świecie, Angielki to najbrzydziej ubrane kobiety, a Londyn to szczyt ohydy (strona 46).

I jeszcze podsumowuje z pogardą: „Pojęcie honoru dla Anglika nie istnieje, a wojna jest takim samym interesem jak każdy inny, rozpoczyna ją tylko wtedy, kiedy ma szansę ją wygrać, kiedy przyniesie realne korzyści. […] Nasze ulubione hasła w rodzaju: »Poszli nasi w bój bez broni« – byłyby w Anglii uważane nie tylko za dowód choroby umysłowej, ale także za zbrodnię”.

Etap 9. Trwanie
Kiedy miłość polityczna zmienia się w niechęć, „Dziennik Polski” zaczyna się przyglądać życiu byłego żołnierza i ogłasza ankietę dla polsko-brytyjskich małżeństw. O swoim życiu opowiadają polscy emigranci i ich niepolskie żony. Badanie nie jest całkowicie reprezentatywne, ponieważ biorą w nim udział tylko czytelnicy polskiej prasy. Ale odpowiada prawie 530 par. Komentując otrzymane listy, „Dziennik” zauważa, że niektóre (około 20) świadczą o poważnej różnicy poziomu intelektualnego między małżonkami. Na korzyść żon. Być może, zastanawia się „Dziennik”, angielskie żony nie zdają sobie jeszcze z tego sprawy. Jak długo to potrwa? Jedna z pań, ucząc się systematycznie polskiego z książek i radia, doszła do wniosku, że znacznie lepiej rozumie polskie audycje niż swego męża: „On musi chyba mówić gwarą? Ale jaką?”. Wyniki zaskakująco dobrze świadczą o pożyciu.

Pan P. J. z Bicester: „Przedtem dużo piłem i hulałem. Dziś to się skończyło. Prowadzę się porządnie, nie napiera na mnie policja. Doprawdy, dziwię się, że tak mnie umiała zmienić siedemnastoletnia dziewczyna. Wielu twierdzi, że Angielka tylko zdolna do szminkowania i palenia papierosów. Jednak to nie jest prawda. Ja jestem stale oprany, wycerowany… Wszystko potrafi zrobić jak przeciętna dziewczyna w Polsce”.

Spośród stu osiemdziesięciu ankiet wypełnionych przez kobiety, szesnaście uznaje swoich mężów za zupełnie wyjątkowych (quite exceptional). Pozostałe podkreślają, że mężowie spędzają mniej czasu w pubie niż angielscy mężczyźni, pamiętają o nowych sukniach, pomagają w kuchni. Są dobrzy zwłaszcza w kwestii pożycia fizycznego, którą na przykład mąż pani M. Z. z Wiltshire „traktuje w sposób naturalny i zdrowy, a do której przeciętny Anglik ustosunkowuje się wstydliwie”.

„Dziennik Polski” pyta niespokojnie, czy Polakom pożenionym z Angielkami grozi wynarodowienie. I od razu odpowiada: trudno powiedzieć, co by to miało znaczyć.
Pan K. L. z Glasgow. „Syna (4 latka) nie uczymy polskiego, bo jeszcze za młody. […] Przez pięć lat biedowaliśmy z żoną, nie mieliśmy mieszkania, tylko włóczyliśmy się jak Cygany. Aż wpadłem po rozum do głowy i zmieniłem nazwisko na szkockie. Mieszkanie dostałem i dziś żyję jak gentleman w Szkocji. Nie staram się o naturalizację, bo się nie wstydzę swojej narodowości”.

Pan O. K. z Londynu: „Opowiadam żonie o historii, o pogodzie, o ukształtowaniu kraju, o polach, że nie ma zagród kamiennych, jaka była swoboda i wolność każdego obywatela. O lasach, zwierzętach i dużych naszych borach, lecz trudno mi jeszcze idzie, bo dobrze nie opanowałem angielskiego”.

Ankieta drukowana co wtorek przez siedem tygodni kończy się ogólnymi uwagami małżonków na temat swoich połówek.

Pani P. K. z Essex: „Mój mąż robotnik i jego koledzy potrafią wstrzymać się od palenia i picia, byle mieć tylko na porządne ubranie. Mąż wygląda elegancko nawet w roboczym ubraniu. Nie mogę się jednak pogodzić ze zwyczajem wkładania siatki na noc i robienia sobie loków po umyciu głowy”.

Brenda Z. z Devon: „Ach, dlaczegóż niektórzy Polacy nie zdają sobie sprawy, ile szkody wyrządzają swojej (narodowej) sprawie, wdając się w długie dyskusje polityczne, pełne skarg osobistych z każdym przygodnie poznanym znajomym”.

 

Etap 10. Uwrażliwienie
W latach osiemdziesiątych Lech Wałęsa zwraca ideologiczną uwagę na starszą od siebie (rocznik 1925) Margaret Thatcher. Widać, że iskrzy. Jej rząd lojalnie ogłasza sankcje dla PRL u po wprowadzeniu stanu wojennego. Do Hyde Parku na demonstrację przeciwko stanowi wojennemu przychodzi 21 grudnia (zimno, szwankuje komunikacja miejska) 20 tysięcy ludzi. Coś niesamowitego.

Wielu Polaków, ofiary reżimu i emigranci, dostaje na Wyspach schronienie i szansę na nowy start.

Królowa Matka mówi na prywatce urodzinowej, którą urządza w sierpniu w swoim szkockim zamku Mey: – Modlę się do Boga o Polskę.
Jesteśmy wdzięczni, ale wciąż wrażliwi. Mamy powody, żeby nadal domagać się przeprosin. Poniżej lista ważniejszych powodów.

W 1985 roku telewizja BBC emituje francuski film Shoah, w którym nadmienia się, że w czasie wojny i zaraz po niej miały w Polsce miejsce wystąpienia antysemickie.
W 1987 roku można w tejże BBC oglądać serial telewizyjny Struggles for Poland, w którym też wzmiankuje się podobne incydenty (reżyserem trzech z sześciu odcinków jest Bolesław Sulik, syn generała Nikodema Sulika). Po tych wydarzeniach londyńska emigracja powołuje do życia Komitet Obrony Imienia Polskiego (przekształcony później w Komitet Obrony Spraw Polskich), który wzywa do protestów przeciwko tendencyjnemu przedstawianiu spraw narodowych.

W 2008 roku po drobiazgowym zapoznaniu się z niemal 300 tytułami prasowymi, portalami internetowymi oraz audycjami telewizyjnymi Zjednoczenie Polskie w Wielkiej Brytanii (zrzeszające organizacje polskie) przedstawia Komisji do Spraw Równości i Praw Człowieka raport dowodzący, że Polacy w Wielkiej Brytanii są rasowo dyskryminowani. W 2008 roku odnotowuje się sześćdziesiąt incydentów anty-polskich. W Blackpool kobieta zatrudniona w pubie została nazwana „polską krową” i poradzono jej, by się wynosiła do swojego kraju („Lancashire Evening Post”). W Mansfield pijany człowiek uderzał śmietnikiem na kółkach w drzwi mieszkania wynajmowanego przez Polaka, robiąc przy tym rasistowskie uwagi (chad.co.uk). W Glasgow dziewiętnastolatek mordował węgierskiego kierowcę, krzycząc: „Właśnie zabijam Polaka!” („Scotsman”).

Zjednoczenie Polskie wzywa rząd Jej Królewskiej Mości do natychmiastowej reakcji na te akty nienawiści.

W październiku 2009 roku Stephen Fry, komik i aktor, w rozmowie telewizyjnej wyraża zaniepokojenie wyborem prawicowego polityka Michała Kamińskiego na szefa europejskiej frakcji konserwatywnej, do której należy też Wielka Brytania. Kiedyś Kamiński o gejach mówił „pedały”, uczestniczył też w dziękczynnej wycieczce do Augusto Pinocheta, co zbulwersowało Fry’a. Komentując ten wybór, Fry dodaje, że znający historię wiedzą, jak destrukcyjny może być polski katolicyzm: „Wiadomo, gdzie zbudowano Auschwitz”. Polska ambasada wzywa komika do przeprosin za szkalowanie Polski. Stephen Fry przeprasza oficjalnie i przepełniony poczuciem winy występuje nieodpłatnie jako lektor w nagraniu audiobooka z wierszami Czesława Miłosza oraz książki First to Fight o wysiłku bojowym Polaków. (Książkę napisał Marek Stella-Sawicki, działacz znany z budowy pomników Fryderyka Chopina w Wielkiej Brytanii. Postawił ich już pięć, ostatni w Manchesterze).

W lecie 2009 roku w programie Top Gear dziennikarz Jeremy Clarkson zażartował, że nowy VW Scirocco, mógłby przejechać z Berlina do Warszawy na jednym baku. Ambasada wysłała notę protestacyjną do BBC i podkreśliła, że żarty z hitlerowskiego najazdu na Polskę w kontekście śmierci 6 milionów obywateli polskich są niewłaściwe.

Matthew Day, dziennikarz, który relacjonuje dla „Daily Telegraph” powyższe incydenty, sądzi, że nawet jeśli Clarkson przeprosi, to nie będzie wiedział za co.
– U nas historia w ogóle nie budzi emocji.

W tym czasie socjolog Michał Garapich z uniwersytetu w Roehampton badający zachowania emigrantów w Zjednoczonym Królestwie, zauważa Polki, które wychodzą za mąż raczej za muzułmanów. To jest obecnie jeden z częstszych powodów konwersji na islam w tym kraju. W relacjach między Polkami a Brytyjczykami, mówi, odnotowuje się nieinteresujący zastój.

Adam Komarnicki, do niedawna prawnik Pricewaterhouse-Coopers w Londynie, tłumaczy: – Angielki są po prostu dla nas mało atrakcyjne: dość płaska fizjonomia, brak przywiązania do rodziny, powierzchowne relacje. Za to polscy mężczyźni są nieatrakcyjni już dla każdej nacji, nie tylko dla Angielek. Ani z nas skandynawscy bogowie, ani latino kochankowie. Nie ubieramy się dobrze, nie pachniemy i nie mówimy po angielsku. Nie wyobrażam sobie, żeby koleżanki spotykającej się z Polakiem dziewczyny powiedziały: „Wow, złapałaś Polaka”.

Garapich uważa, że Polacy zbliżą się do Brytyjczyków dopiero wtedy, kiedy się zgodzą na żarty i złośliwości pod własnym adresem. To może być trudne. Caitlin Moran, dziennikarka „The Times” uważa bowiem, że z Polaków trudno w ogóle zacząć porządnie żartować, bo wiedza o nas jest bardzo znikoma. Moran wymienia, co o nas wiedzą: Polska bardzo słabo broniła się na początku II wojny światowej, Polacy są pracowici i lubią kiszonkę.

Komik Arthur Smith: – Gdyby tak znaleźć polskiego komika, który zechciałby opowiedzieć o sobie w żartobliwy sposób… Na londyńskiej scenie komediowej występują już Niemcy, Holendrzy, Australijczycy, Kanadyjczycy, nie ma ani Polaków, ani Czechów, ani Litwinów.

I jeszcze radzi: – Najlepszą reakcją na żarty o Polakach będą dowcipy o Anglikach. Odgryzajcie się, walczcie, obśmiewajcie. Pokochamy was.


Ewa Winnicka

Reportaż pochodzi z książki Ewy Winnickiej „Londyńczycy”, Wydawnictwo Czarne 2011.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj