Ile narodów, tyle wojen
Druga wojna światowa nadal trwa. 60 lat po jej zakończeniu niemal każde obchody rocznicowe wywołują spory i emocje: D-Day, Powstanie Warszawskie, wyzwolenie Oświęcimia, bombardowanie Drezna, Jałta, zdobycie Berlina, Poczdam. O tej wojnie nie może być jednej opowieści. Gdy 9 maja, w czasie moskiewskich uroczystości, szefowie państw i rządów staną obok siebie, każdy z nich będzie wspominał coś innego.
Ta wojna zniszczyła nie tylko kraje, ale i cały gmach tradycyjnych mitów, na których przed wojną opierała się tożsamość narodów Europy. Zaś stworzenie nowych potykało się o porażającą rzeczywistość: miliony zabitych i pomordowanych, ogrom zniszczeń materialnych, degradacja polityczna i moralna Europy. W 1945 r. jedynie ZSRR i USA mogły tryumfować bez zahamowań. Pozostałe narody i społeczeństwa – i to nie tylko bezpośredni uczestnicy wojny – były głęboko rozdarte. Ludzi dzieliły różne opcje polityczne i wybory moralne – z jednej strony ruch oporu prowokujący represje ze strony okupanta, z drugiej – wspierający go kolaboranci. Z trzeciej wreszcie – bierna większość starająca się przetrwać. Rzesza była wprawdzie zdruzgotana, ale dla wielu krajów zajętych przez Armię Czerwoną zakończenie wojny nie oznaczało pokoju, lecz narzucenie radzieckiej hegemonii, wojnę domową i rządy oparte na radzieckich czołgach.

Na dobrą sprawę było tyle drugich wojen światowych, ile narodów. Tylko dla Polaków i Niemców zaczęła się 1 września 1939 r. Nie, również – tak jest! – dla Szwajcarów, dumnych z tego, że już tego samego dnia ogłosili mobilizację, by bronić swej alpejskiej reduty. Dla Brytyjczyków i Francuzów wojna zaczęła się – formalnie – dwa dni później, a faktycznie – dopiero 8 kwietnia 1940 r., w tym samym dniu co dla Duńczyków i Norwegów. Dla Rosjan – 21 czerwca 1941 r. (radziecka agresja na Polskę 17 września, wojna zimowa z Finlandią zostały wyrzucone poza nawias wielkiej wojny ojczyźnianej). Dla Amerykanów – 7 grudnia 1941 r., a dla Bułgarów – dopiero w 1944 r., gdy zrywali bierny sojusz, a zaczynali bułgarsko-radzieckie braterstwo broni.

Poza tym z naprawdę zwycięskich mocarstw II wojny światowej jedynie Wielka Brytania i USA nie zmieniły w czasie wojny frontu, co nie znaczy, że nie zmieniły postawy wobec Polski. Zresztą z wyjątkiem Polski większość krajów zamieszanych w wojnę faktycznie zmieniło strony. Przede wszystkim Francja, która pod rządami Vichy wycofała się z wojny, wydatnie wzmacniając niemiecki potencjał zbrojeniowy. Również ZSRR do 1941 r. był faktycznym sojusznikiem III Rzeszy. Do czasu były nimi także Włochy, Węgry, Bułgaria, Słowacja, Rumunia, Finlandia.

Są dziś w Europie państwa, które zawdzięczały Hitlerowi swe powstanie – Słowacja, Chorwacja, i takie, które w wyniku paktu Ribbentrop-Mołotow na długo straciły niezależność – Litwa, Łotwa, Estonia. I wreszcie były kraje neutralne – Szwecja, Szwajcaria, Hiszpania – w różny sposób kolaborujące i z Rzeszą, i z aliantami, dumne ze swego oporu, a zarazem wstydliwie lub z irytacją reagujące na zarzuty paserstwa czy wydawania uciekinierów.

Już z tego przekładańca widać, że wspólna europejska opowieść o drugiej wojnie światowej nie bardzo jest możliwa. Każdy naród przeżył coś innego, każdy pielęgnował i demaskował własne wojenne mity utrwalone na fotografiach, pomnikach, w powieściach czy filmach, zmieniające się z upływem czasu i często wewnętrznie sprzeczne. Najpierw dominowały opowieści dwóch głównych zwycięzców. To oni narzucali spojrzenie na wojnę. Mocarstwa nie tylko zwyciężyły i dyktowały warunki pokoju, ale też miały środki masowego przekazu do rozkolportowania swego tryumfu.

Dopiero na tym tle w poszczególnych krajach europejskich mogły powstawać własne mity – narodu zjednoczonego w oporze przeciwko hitlerowskiemu najeźdźcy, nawet jeśli ten najeźdźca – jak w Finlandii, na Słowacji czy w Bułgarii – był przez jakiś czas sojusznikiem, protektorem czy przyjaznym hegemonem.

Te mity suwerennego udziału w zwycięstwie ilustrowano ikonami. Zdjęcie generała de Gaulle'a przechodzącego na czele rozradowanego tłumu pod Łukiem Tryumfalnym miało zatrzeć zdjęcie Wehrmachtu paradującego w tym samym miejscu cztery lata wcześniej. Nawet jeśli udział Résistance i Wolnych Francuzów w ostatecznym zwycięstwie aliantów był symboliczny, bo Francuzi nawet w 1945 r. nie byli jeszcze w stanie samodzielnie odebrać Strasburga – to jednak zdjęcia miały przywrócić dumę narodową. Fotografia polskiej flagi zatkniętej na kilka godzin na berlińskiej Kolumnie Zwycięstwa miała dokumentować udział Polaków w pokonaniu Niemiec i przesłonić zależność rządu lubelskiego od ZSRR. Zdjęcia oddziałów partyzanckich Tity miały dokumentować samowyzwolenie Jugosławii. Zdjęcie powieszonego za nogi Mussoliniego – samowyzwolenie Włochów.

Tylko upiorną defiladę kościuszkowców w zniszczonej i wyludnionej Warszawie trudno było traktować jako samowyzwolenie. Również wkraczających do Sofii partyzantów bułgarskich trudno było potraktować jako suwerennych zwycięzców, toteż szybko ich zdjęcie zastąpiła ikona Grigorija Dimitrowa, który w 1933 r. na procesie podpalaczy Reichstagu stawił czoła Göringowi, a w 1945 r. wracał do Bułgarii z Moskwy jako działacz Kominternu i propagandowy dowód, że Bułgaria od początku była po właściwej stronie...

Tam gdzie mit samowyzwolenia był szczególnie mało wiarygodny, jak choćby na Węgrzech, zastępowany był mitem uradowanych tłumów witających żołnierzy radzieckich jako wyzwolicieli. Klasycznym przykładem jest tu obraz olejny Sandora Eka z 1952 r., na pierwszym planie czołg z czerwonym sztandarem, w tle ruiny Budapesztu, a z boku wiwatujący Węgrzy – bez własnych znaków państwowych. Ta inscenizacja wdzięczności narodów wyzwolonych była powielana na wszystkich terenach zajętych przez Armię Czerwoną, a czołg T34 umieszczony na cokołach stał się pomnikiem wyzwolenia – i obecności militarnej ZSRR.

Nie tylko czołg, również sakralne wręcz pomniki żołnierzy radzieckich jako wyzwolicieli i opiekunów, połączenie świętego Jerzego, pogromcy smoka, i świętego Krzysztofa, który przenosi bezbronne dziecko na drugą stronę rzeki. Klasycznym wzorcem jest zaprojektowany już w 1948 r. przez Jewgienija Wuczeticza pomnik Wyzwoliciela w berlińskim parku Treptow. Żołnierz radziecki trzyma na lewej ręce dziecko, a w prawej miecz, którym rozbił swastykę walającą się u jego stóp. Ta metafora wyzwolenia ulokowana w Berlinie pozwalała również posłusznym wobec zwycięzcy Niemcom przytulić się – niczym dziewczynka pozbawiona rodziców – do opiekuna i ogrzać jego aureolą.

Dwa pomniki ilustrowały w NRD mit założycielski „pierwszego państwa robotników i chłopów na ziemi niemieckiej”: pomnik w Treptow i pomnik-mauzoleum w Buchenwaldzie. Widnieje on na plakacie z 1960 r. z godłem NRD – cyrklem i młotem w tle. Wymowę plakatu komentował napis: „NRD jest w rzeczywistości tym, o co walczyli antyfaszyści”. Ten mit wyzwolenia i samowyzwolenia dokumentowały pomniki, powieści i filmy, wśród których czołową rolę odgrywali „Nadzy wśród wilków” Brunona Apitza, historia uratowania dziecka w Buchenwaldzie przez ruch oporu i samowyzwolenia obozu przed nadejściem oddziałów amerykańskich. Przesłanie było wyraźne. Ale nieprawdziwe. Po przebadaniu akt po zjednoczeniu Niemiec okazało się, że ruch oporu w Buchenwaldzie istotnie uratował dziecko, ale tylko dlatego, że w zamian posłano do gazu inne. A więc opór stykał się też z kolaboracją...

Wygodne – choć inne – mity pozwalały też Niemcom zachodnim przeskoczyć w okres powojenny. Alianci skazali zbrodniarzy, zdenazyfikowali niewinnych, można więc było zabrać się do odbudowy i poużalać się nad sobą. To tylko banda nazistowska pociągnęła w przepaść w istocie tak poczciwy naród niemiecki, który cierpiał w czasie wojny, a po wojnie przeszedł gehennę wypędzeń ze wschodu i zemstę zwycięzców. Na szczęście Anglosasi dostrzegli znaczenie Niemiec jako zapory przeciwko komunizmowi i pozwolili w Republice Federalnej zbudować demokrację. Przeszłość minęła, niech żyje przyszłość.

Wojna pozostała też rodzinnym mitem pedagogicznym. Dzieci, wnuki i prawnuki pokolenia wojennego kształtowała pamięć o wielkiej wojnie. W PRL po 1956 r. chłopcy wycinali kartonowe modele niszczycieli „Burza” i „Błyskawica”, czytali „Kamienie na szaniec”, „Dywizjon 303” i bawili się na podwórku w „Klossa” czy „Czterech pancernych”. W Anglii naśladowali wizg silników Spitfire. W USA w grach planszowych szturmowali wyspy na Pacyfiku. W ZSRR zaczytywali się opowieścią o prawdziwym człowieku-myśliwcu, który utraciwszy w czasie walki powietrznej nogi, dzięki sile woli wrócił do latania.

Przez sześć dekad w Europie, USA i Izraelu budowano pomniki i mauzolea, kręcono filmy, drukowano plakaty i znaczki pocztowe. Pisano heroiczne opowieści o wojennych bohaterach, którzy „się kulom nie kłaniali”, a równocześnie bardzo wcześnie zaczęto demaskować legendy. Wychwalane wczoraj książki jutro wyrzucano na śmietnik. Obalano ustawione wcześniej pomniki. I szydzono z bohaterów, rehabilitowano natomiast tych, których wczoraj uważano za zdrajców.

W Polsce spór z heroicznymi mitami zaczął się chyba najwcześniej. Z jednej strony wymuszała go straszliwa cena Powstania Warszawskiego. Z drugiej natomiast chłodne spojrzenie na zgrozę wojny. Demaskatorskie w cynicznym realizmie opowiadania oświęcimskie Tadeusza Borowskiego z lat czterdziestych, pokazujące morderczy wyścig więźniów o przetrwanie, nie miały sobie równych w całej europejskiej literaturze obozowej. I dlatego też wywołały tak gwałtowny sprzeciw tych, którzy budowali mit niezłomnego moralnego oporu antyfaszystów.

Mity narodów zjednoczonych w oporze wobec hitlerowskiego najeźdźcy zaczęły się w Europie kruszyć dopiero dziesięć lat później. Najpierw na Wschodzie, po śmierci Stalina (1953 r.), a na Zachodzie po procesie Eichmanna (1961 r.).

W Polsce demistyfikacja zarówno przemilczeń i zakłamań stalinowskiej propagandy jak i pielęgnowanego prywatnie mitu heroicznego wybuchła najwcześniej. Z jednej strony szyderczą falą polskiej szkoły w kinie, z drugiej – literatury groteski i absurdu. „Zezowate szczęście” Andrzeja Munka jest w jakiś sposób pierwowzorem niemal pół wieku później nakręconej groteski „Życie jest piękne” Benigniego. A „Popiół i diament” oraz „Kanał” Andrzeja Wajdy były z jednej strony przywróceniem przemilczanego mitu akowskiego, a z drugiej – polemiką z nim, podobnie zresztą jak i „Pamiętnik z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego. Równocześnie stopniowo zaczęto przywracać do publicznej pamięci nie tylko AK czy udział polskich sił zbrojnych na Zachodzie, ale i – w powieściach Jerzego Krzysztonia – losy deportowanych po 1939 r. do Kazachstanu i na Syberię.

Pod koniec lat siedemdziesiątych, wraz z okrzepnięciem opozycji demokratycznej, słynnym esejem Jana Józefa Lipskiego rozpoczęła się rewizja nie tylko oficjalnej gierkowskiej tezy o jedności moralno-politycznej narodu, ale i odsłanianie białych plam, i to zarówno zbrodni popełnionych na Polakach przez Stalina jak i polskiego antysemityzmu, wypędzenia Niemców czy paternalistycznego stosunku do Ukraińców, Białorusinów, Litwinów. Ta rewizja nasiliła się po 1989 r., gdy mówiono wręcz o końcu romantycznego kodu, a swój moment szczytowy osiągnęła w 2001 r. w czasie debaty o Jedwabnem. Następnie – jak gdyby pod wpływem szoku utraty niewinności – nastąpiła powrotna fala ponownej heroizacji i w sporze wokół berlińskiego Centrum przeciwko Wypędzeniom, powrót do konfrontacyjnego, a nie kooperacyjnego wobec sąsiadów stosunku do przeszłości wojennej.

W ZSRR odwilż podważyła stalinowskie mity, ale ich nie obaliła. Tyle że po 1956 r. nie Stalin, lecz wybitni dowódcy – jak Żukow czy Koniew – znaleźli się w centrum uwagi. I prości żołnierze, których bohaterstwo było (na przykład w „Lecą żurawie”) opłacone okaleczeniem psychicznym. W czasach Breżniewa, gdy figura Stalina mimo ostrożnej restalinizacji wciąż jeszcze była nie do przyjęcia jako symbol zwycięstwa, do gigantycznych rozmiarów rozrastała się postać Matuszki Rossiji jako Nike zwycięstwa z podniesionym mieczem – na Kurhanie Mamaja w przemianowanym na Wołgograd Stalingradzie czy jako replika znanego każdemu mieszkańcowi ZSRR plakatu z 1941 r., na którym zażywna kobieta w czerwonej koszuli i z surowym wyrazem twarzy posyłała mężczyzn na front: „Matka-ojczyzna wzywa”, dociskał napis. Ten plakat w różnych wersjach pojawiał się na okładkach książek i stanowił motyw kolejnych pomników.

ZSRR w ogromnej mierze rozpadł się przez historię. Gdy w latach 80. głasnost i pierestrojka uchyliły radziecką przykrywkę, kocioł wielkiej wojny ojczyźnianej pękł. Nie tylko w krajach bałtyckich, które zaczęły dokumentować swą własną historię narodową w czasie wojny: od radzieckiej okupacji 1940 r., poprzez niemieckie – co: wyzwolenie? nową okupację? – aż po kolejne wcielenie do ZSRR z represjami i wysiedleniami.

Na wolnej Łotwie z pieniędzy państwowych uporządkowano cmentarze łotewskich żołnierzy SS i stworzono muzea okupacji 1940–1990. Zarazem zaczęto pielęgnować pamięć 70 tys. Żydów wymordowanych na Łotwie – również z udziałem łotewskich kolaborantów. Podobnie na Ukrainie: na zachodzie honoruje się dywizję SS Galizien, podczas gdy na wschodzie nadal nienaruszony jest mit wojny ojczyźnianej. Po zwycięstwie pomarańczowej rewolucji ten fundamentalny konflikt ukraińskiej pamięci ujawnia się z całą mocą. Z kolei w samej Rosji powstał dylemat, na ile tryumf w II wojnie światowej był tryumfem radzieckim, a na ile rosyjskim. A jeśli rosyjskim, to na ile zbrodnie stalinowskie są również dla Rosji spadkiem wiążącym, a także – na marginesie – co zrobić z rosyjskimi kolaborantami Hitlera, choćby własowcami? Władimir Putin, jak wynika choćby z planowanego scenariusza moskiewskich obchodów 9 maja, stara się odrestaurować mity radzieckie i połączyć je z imperialnym mitem rosyjskim, nie akceptując zarazem żadnej odpowiedzialności za zbrodnie.

W Europie Zachodniej obrona i rewizja mitów przebiegały innymi torami. Po 1968 r. zaczął pękać mit narodu zjednoczonego w oporze przeciwko hitlerowskiemu okupantowi. W centrum uwagi zaczęły pojawiać się pytania o kolaborację, najpierw we Francji, potem w pozostałych krajach okupowanych – w Belgii, Holandii, Norwegii, Danii i wreszcie w krajach neutralnych. A od lat 70., pod wpływem amerykańskiego serialu „Holocaust”, osią publicznej pamięci o wojnie zaczęło być przemysłowe ludobójstwo zaplanowane przez władców III Rzeszy i w dużej mierze doprowadzone do końca przez nich i ich kolaborantów.

W ciągu następnych kilkunastu lat Holocaust zrelatywizował narodowe opowieści wojenne, stał się – jak sądzą niektórzy – uniwersalnym mitem założycielskim jednoczącej się Europy, główną przestrogą na XXI w.

Taka też była wymowa wystawy „Mity narodów – arena pamięci”, którą od października do końca lutego można było oglądać w Niemieckim Muzeum Historycznym w Berlinie. Na tysiącu metrów kwadratowych zgromadzono 400 eksponatów: heroicznych obrazów i fotografii, plakatów, serii znaczków pocztowych, kultowych powieści i reportaży, a także fragmenty 50 filmów fabularnych i seriali telewizyjnych kształtujących popularny obraz wojny. Organizatorzy znakomicie pokazali plątaninę narodowych mitów państw Europy oraz USA i Izraela. Mitów zawartych w liturgii uroczystości państwowych, w symbolice miejsc pamięci, filmach, literaturze.

Wystawę otwierało słynne zdjęcie Wielkiej Trójki – Roosevelt, Churchill, Stalin. Następnie radzieckie i amerykańskie zdjęcia-ikony zwycięstwa, jak choćby słynne zdjęcie krasnoarmiejca zatykającego na dachu Reichstagu sztandar radziecki czy – analogicznie – amerykańskich GI zatykających sztandar na Iwo Imie. Ale fotografie nie mówią prawdy. Dziś wiadomo, że fotograf Jewgenij Chaldej musiał wyretuszować z przedramienia żołnierza trofiejne zegarki.

W cieniu wielkich również pomniejsi stylizowali się na jednoznacznych zwycięzców. Ta zrytualizowana forma pamięci szybko zaczęła się zużywać. Była zresztą mało wiarygodna w porównaniu z konkretnymi przeżyciami i wspomnieniami zwykłych ludzi. Ta „druga pamięć” – jak mówi Pierre Norra – to bardziej emocjonalny, wrażliwy i bolesny stosunek do przeszłości. Nie zatrzymywała się przy bohaterskich czynach, lecz przy traumatycznych wspomnieniach. Sakralizowała ofiary i diabolizowała sprawców, hitlerowskich przywódców, ich gorliwych pomagierów, także niemiecką ludność cywilną. Proces norymberski był dowodem sprawiedliwości prawnej, utrata zaś przez Niemcy terenów wschodnich i wysiedlenie Niemców na Zachód – były przejawem sprawiedliwości dziejowej. Ale godni potępienia i pogardy byli także sojusznicy Hitlera i kolaboranci w krajach okupowanych. Teza była prosta: tylko niewielka mniejszość sprzedawczyków stanęła przeciwko własnemu narodowi. Po wojnie zostali ukarani i teraz naród, zjednoczony w odbudowie i pamięci swej heroicznej walki, może spojrzeć w przyszłość.

Oficjalna pamięć wojny miała znaczenie stabilizujące dla narodów Europy, ta opowieść została zakorzeniona nawet w tych krajach, które bardzo późno odpadły od Niemiec, albo – jak Austria – były wręcz częścią Rzeszy. W Austrii na przykład po 1945 r. pielęgnowano mit pierwszej ofiary agresji hitlerowskiej, jak gdyby Hitler nie był Austriakiem i w 1938 r. nie były wpatrzone w niego tłumy Austriaków. Również NRD uważała się za nowe lepsze Niemcy, wyzwolone przez Armię Czerwoną i rządzone przez antyfaszystów, którzy III Rzeszę przetrwali w obozach koncentracyjnych lub na emigracji. W ten sposób hitleryzm był tylko błędnym epizodem niemieckiej historii. Niemcy byli w swej masie nie tylko niewinni, ale uwiedzeni przez nazistowską klikę.

Inaczej kraje neutralne: tu obowiązywał mit zbrojnej neutralności z jednej strony, a humanitarnej pomocy – z drugiej. Symbolem miał być Czerwony Krzyż czy działalność szwedzkiego dyplomaty Raoula Wallenberga, który rozdawał węgierskim Żydom szwedzkie paszporty, po czym zmarł w Gułagu.

Wojenne mity zwycięzców były ważne, ale nie starczyły na długo. Z berlińskiej wystawy wynika, że właściwie wszystkie narody, łącznie z Niemcami, pielęgnowały mit własnej ofiary i oporu, niekiedy zresztą zamieniając po pewnym czasie rolę sprawców i ofiar. Armia partyzancka Tity, słowackie powstanie, bułgarska partyzantka, a w Polsce AL, KRN i oczywiście I Dywizja im. T. Kościuszki miały legitymizować władzę komunistyczną. Powojenna Austria prezentowała się jako pierwsza ofiara agresji hitlerowskiej, uważając katolickich i socjaldemokratycznych więźniów hitlerowskich kacetów za swych ojców założycieli. Demaskacja tej drugiej – hitlerowskiej strony austriackiej przeszłości zaczęła się dopiero w latach 70., by wybuchnąć aferą Waldheima – prezydentowi Austrii i byłemu sekretarzowi generalnemu ONZ przypomniano jego przeszłość oficera Wehrmachtu.

Również w zachodnich krajach okupowanych przez III Rzeszę mit niewzruszonego oporu, propagowany zaraz po wojnie, szybko zaczął się kruszyć, tym bardziej że oceny granic oporu i kolaboracji wcale nie były takie jasne. Czy król belgijski, który w 1940 r. pozostał w okupowanym kraju, by go chronić, był kolaborantem? Tak przedstawiały go ulotki lewicy: jako zdrajcę rozmawiającego z Hitlerem, grającego w golfa, podczas gdy belgijscy jeńcy siedzieli w obozach. A jednak w 1952 r. Belgowie w referendum wypowiedzieli się za zachowaniem monarchii. Dziś podobny spór toczy się w Bułgarii, Rumunii, na Węgrzech czy na Słowacji. Czy car Borys III był kolaborantem Hitlera, czy bohaterem? Jak oceniać politykę ks. Hlinki na Słowacji, jak rumuńskiego króla Karola czy węgierskiego admirała Horthyego, jak mówić o pogromach węgierskich Żydów dokonanych przez węgierskich strzałokrzyżowców czy o pogromach zorganizowanych przez rumuńską Żelazną Gwardię?

Historia wdziera się na nowo, niszcząc powojenne mity. Nie wydaje się jednak – jak twierdzą nie tylko organizatorzy berlińskiej wystawy – by w XXI w. Holocaust ostał się w pamięci narodów jako jedyny mit jednoczący wszystkie strony, potomków sprawców jak i ofiar. Pamięć II wojny długo jeszcze będzie podzielona na narodowe segmenty, a i te – na przeciwstawne opcje, które nie zawsze da się moralnie jednoznacznie posegregować. Jak na przykład ocenić postawę rządu fińskiego? Sięgnięcie po pomoc militarną III Rzeszy, by odzyskać tereny utracone w 1940 r. na rzecz ZSRR, wydanie gestapo kilku żydowskich emigrantów w tym samym czasie, gdy fińscy Żydzi walczyli na froncie razem z Wehrmachtem. Następnie wypowiedzenie sojuszu z Niemcami i podjęcie rozmów ze Stalinem.

Jedyny niewzruszony mit II wojny światowej może się utrzymywać w USA. To była – jak głosi tytuł jednego z amerykańskich bestsellerów „A Good War” – dobra wojna. A przykuty do wózka Franklin D. Roosevelt jest – obok Winstona Churchilla – symbolem niezłomnej woli i potęgi Ameryki. II wojna jest od ponad pół wieku wciąż żywym hollywoodzkim mitem („Szeregowiec Ryan”, „Pearl Harbor”, „Windtalkers”) o tym, jak GI uratowali Europę przed brunatnym imperium zła, a strefę Pacyfiku przed japońskimi ambicjami kolonialnymi. Tamta wojna to zarazem mit założycielski amerykańskiej potęgi globalnej i misji moralnej, wypełnianej na plażach Normandii w 1944 r., ale i na sali trybunału w Norymberdze, a potem w czasie zimnej wojny.

Równocześnie, jeśli gdzieś Holocaust stał się metaforą II wojny światowej, to – po wojnie sześciodniowej w 1967 r. – w Izraelu, a krótko potem właśnie w USA. Zorganizowane ludobójstwo na europejskich Żydach jest dziś w USA symbolem zła absolutnego, które też uprawnia mocarstwo absolutne do absolutnego działania, do prewencyjnej akcji w dowolnym miejscu na świecie.

II wojna światowa gruntownie zmieniła Europę, ale po dziś dzień nie ma o niej jednej europejskiej opowieści. Zbyt odmienne i wewnętrznie sprzeczne są wojenne doświadczenia poszczególnych narodów. Na pierwszy rzut oka wojna 1939–45 stała się jednym z mitów założycielskich Unii Europejskiej czy raczej Wspólnoty Węgla i Stali, a potem EWG. Zjednoczenie zachodniej Europy miało być najlepszą nauką wyciągniętą z wojennej katastrofy. Jego rdzeniem było pojednanie i współpraca dwóch głównych przegranych tamtej wojny – Niemiec (zachodnich) i Francji, która tylko symbolicznie – i z łaski Anglosasów – awansowała do rangi mocarstwa okupacyjnego. W istocie jednak to nie tyle II wojna była mitem założycielskim EWG, co zimna wojna, świadomość, że Europa Zachodnia, która w latach 1933–1940 poniosła klęskę w konfrontacji z III Rzeszą, nie może powtórzyć tych samych błędów w konfrontacji ze stalinizmem.

Z kolei na wschodzie Europy II wojna światowa była przez propagandę prezentowana jako mit założycielski obozu krajów demokracji ludowej, wyzwolonych od niemieckiego faszyzmu przez Armię Czerwoną i zagrożonych przez amerykański imperializm i niemiecki rewizjonizm. W istocie jednak ten propagandowy mit był jedynie przykrywką imperialnych aspiracji ZSRR. Jego obalanie było istotną częścią emancypacji Europy Środkowo-Wschodniej spod radzieckiej hegemonii.

Dzisiejszą UE dzieli nie tylko różne doświadczenie II wojny światowej i zimnej wojny, ale i aksamitnej rewolucji w 1989 r. Nie stała się ona mitem założycielskim nowej rozszerzonej UE, choć obalenie komunizmu było warunkiem wejścia byłych demokracji ludowych do UE i NATO. Rok 1989 wciąż jeszcze nie wrył się w świadomość społeczeństw Europy Zachodniej. Nie został przyjęty za nieodłączną część ogólnoeuropejskiego dziedzictwa, tak jak nadal nie zostało przyjęte do europejskiej świadomości historycznej wojenne doświadczenie Polski, krajów bałtyckich, nie mówiąc już o Ukrainie. A gdy jest artykułowane – jak ostatnio przez prezydentów Litwy i Estonii, którzy odmówili udziału w moskiewskich obchodach 60 rocznicy zakończenia II wojny, czy polski sprzeciw wobec powrotu oficjalnej Rosji Putina do stalinowskiej interpretacji paktu Ribbentrop-Mołotow, Powstania Warszawskiego czy Jałty – spotyka się na Zachodzie z małym zrozumieniem.

Europejczycy jeszcze długo będą żyć z konkurencyjnymi pamięciami i z konkurencyjnymi mitami. Nowe jest to, że te konkurencyjne mity nie są już pielęgnowane w zamknięciu, lecz w ciągłym dialogu z sąsiadami, poza tym w każdym kraju ich pielęgnacji towarzyszy ich demistyfikacja. Przyszłość pokaże, czy z tego zderzenia narodowych mitów z czasem powstanie wspólne europejskie spojrzenie na II wojnę światową, niegubiące narodowych doświadczeń. Już powoli w wielu krajach Europejczycy przestają być autystami, zapatrzonymi wyłącznie w odrębne obrazy przeszłości.

Adam Krzemiński

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj