Z czego się śmiali przedwojenni satyrycy
Śmieszna zmiana
W różnych czasach śmiano się z różnych rzeczy. Najśmieszniej było wtedy, kiedy to władza chciała decydować, z czego się śmiać.
Ilustracja z pisma satyrycznego „Mucha”
Piotr Mecik/Forum

Ilustracja z pisma satyrycznego „Mucha”

Zawód satyryk? – Same zawody – powiadał monologista w czasach II Rzeczpospolitej. Jak to zwykle u kabareciarzy bywa, przesadził: satyra w tamtych latach stała się ważnym elementem życia politycznego i obyczajowości. Decydowały o tym talenty autorskie i aktorskie, docenienie rozrywkowej na pozór twórczości nawet przez sfery rządzące. Zapraszanie na szopki do Belwederu przez Marszałka, miejsce Wieniawy przy stoliku skamandrytów w Ziemiańskiej, obecność na premierach w teatrzykach i kabaretach to była norma. Prawda, nieraz interweniowała cenzura, konfiskując teksty i rysunki w „Cyruliku Warszawskim” czy „Szpilkach”, lecz nie wpływało to na obraz całości.

Czołowi satyrycy II RP zwalczali endecję i faszyzujących narodowców. Ośmieszali i wykpiwali ich mocarstwowe ciągoty skuteczniej niż przynudzający publicyści i niestroniący od patosu politycy. Nic więc dziwnego, że o roli dowcipu jako narzędzia propagandy nie zapomnieli ci, co w Lublinie zakładali podwaliny pod Ludową.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj