Drugi obieg w PRL: w podziemiu, ale bez cenzury
Siła wolnego słowa
Wraz z powstaniem przed 40 laty Komitetu Obrony Robotników ukazały się pierwsze niezależne czasopisma. To był początek działalności największego podziemnego ruchu wydawniczego.
W pismach podziemnych nie było miejsca na kwiecistość języka, subtelne metafory czy celne porównania.
Ośrodek Karta/Forum

W pismach podziemnych nie było miejsca na kwiecistość języka, subtelne metafory czy celne porównania.

Jednym z założeń funkcjonowania KOR była jawność działania (patrz POLITYKA 39). W tej sytuacji konieczne było znalezienie formuły komunikowania się ze społeczeństwem. Pomysł rozpowszechniania tekstów poza cenzurą nie był nowy; inspirację mogły stanowić polskie tradycje wydawania prasy konspiracyjnej, ale nie tylko. Kiedy rodził się polski drugi obieg wydawniczy, w ZSRR już od prawie 20 lat funkcjonował samizdat. Teksty poza systemem cenzury rozpowszechniano tam po prostu poprzez przepisywanie ich w kilku egzemplarzach przez każdego z czytelników, który następnie przekazywał je dalej. Przed 1976 r. polscy opozycjoniści nie podejmowali na większą skalę takich prób. Współpracownik KOR Ludwik Dorn wspominał, że mieli nawet z tego powodu pewien kompleks wobec rosyjskich dysydentów.

Gdy wraz z powstaniem KOR w Polsce zaczęły ukazywać się opozycyjne pisma, początkowo były rozpowszechniane właśnie na wzór samizdatu. Obok zwiększania potencjalnego nakładu pisma miało to również istotne znaczenie organizacyjne. W ten sposób szybko rozszerzała się sieć współpracowników ruchu opozycyjnego. W swoich wspomnieniach barwnie i z charakterystyczną dla siebie przesadą opisywał to Jacek Kuroń: „Jedna osoba przepisywała przez kalkę sześć egzemplarzy komunikatu, jeden nam zwracała, a pięć rozprowadzała wśród ludzi.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj