W II RP też była „dobra zmiana” – czystki w urzędach, stołki dla swoich
Rewolucja moralna ma to do siebie, że zaczyna się od wzniosłych idei, a kończy na synekurach. Tak jest teraz, tak było też przed wojną.
Józef Piłsudski
Biblioteka Narodowa w Warszawie

Józef Piłsudski

„Krzyczeli, żeśmy stumanieni, / Nie wierząc nam, że chcieć – to móc. / Leliśmy krew osamotnieni, / A z nami był nasz drogi wódz!” – zapisał tuż po odzyskaniu niepodległości oficer legionów Tadeusz Biernacki. O ile jego pierwsza zwrotka stanowiła rozliczenie z przeszłością i społeczeństwem, które tak rozczarowało autora, to następna zabrzmiała groźnie: „Inaczej się dziś zapatrują / I trafić chcą do naszych dusz, / I mówią, że nas już szanują, / Lecz właśnie czas odwetu już!”. Biernacki świetnie uchwycił nastroje niezbyt przeciw licznej grupy, mającej pewność, że minione boje oraz poświęcenie predestynują ją do rządzenia krajem. Zaś wiara we własny patriotyzm czyni lepszymi od całej reszty Polaków. Tymczasem kolejne lata niosły im nowe rozczarowania. Po wygranej wojnie z bolszewicką Rosją, podczas której legioniści znów dali liczne dowody bohaterstwa, nadeszły wyjątkowo smutne czasy. Drugą Rzeczpospolitą rządzili nie oni, lecz partie ścierające się w parlamencie. Co gorsza, gdy najwięcej władzy skupiali w swym ręku endecy lub Władysław Sikorski. Dawnych podwładnych Piłsudskiego, natychmiast odsuwano na boczny tor, zarówno w armii, jak i administracji. Legionowa przeszłość stawała się nie atutem, tylko ciążącym stygmatem. Co jedynie pogłębiało wcześniejszą frustrację.

Tam złodzieje, tu ideowcy

A dotyczyła ona grupy ludzi w większości mających około 40 lat z wielki ambicjami i zablokowaną drogą awansu. Nic dziwnego, że z taką nadzieją spoglądali na Sulejówek. Regularnie odwiedzając Piłsudskiego, by przekonywać go, by zechciał wrócić do czynnej polityki. Szczęściem dla nich, na wielkie trudności ekonomiczne Polski, nałożyła się kompromitacja parlamentaryzmu. W połowie lat 20. doszło do tego coraz więcej afer, w które uwikłali się politycy. Zamach stanu, jaki Piłsudski zafundował krajowi poparła ogromna część społeczeństwa, rozczarowana rządzącą elitą. Zwłaszcza, że Marszałek już wcześniej obiecał, iż pójdzie po władzę, żeby „bić kurwy i złodziei”. Tydzień po przewrocie 26 maja 1926 r. „Nowy Dziennik” donosił czytelnikom: „W Warszawie rozpoczęło wychodzić pod redakcją p. Adama Skwarczyńskiego nowe pismo p.t. „Nakaz Chwili”, poświęcone – jak w nagłówku czytamy – rewolucji moralnej w Polsce”.

Pismo redagowane przez byłego dowódcę służby wywiadowczej I Brygady Legionów, który stał się czołowym ideologiem swego obozu politycznego, opublikowało listę znanych postaci, podejrzanych „o nadużycia i złodziejstwa”. Na samym szczycie figurowali przywódcy obozu ludowo–narodowego Wincenty Witos oraz Wojciech Korfanty. Do niej dorzucono drugą listę – urzędników, zdaniem autora, nienadających się do piastowania państwowych funkcji. Znaleźli się na niej m.in. prezes NIK Jan Żarnowski, prezes Banku Polskiego Zygmunt Karpiński i prezes Banku Gospodarstwa Krajowego Jan Kanty Steczkowski. Każdy z nich był świetnym fachowcem ale z zupełnie nieheroiczną przeszłością. Steczkowski zbił majątek na galicyjskiej nafcie oraz jako wiceprezes lwowskiej Giełdy Zbożowej i Towarowej, będąc lojalnym poddanym cesarza Franciszka Józefa. Karpiński wybił się, jako pracownik jednego z największych niemieckich banków Disconto–Gesellschaft. Zaś Żarnowski, wieloletni członek rosyjskiej Rady Kontroli Państwowej został wyznaczony przez premiera Kiereńskiego do Komisji Likwidacyjnej dla Spraw Królestwa Polskiego przy Rządzie Tymczasowym.

Dla Skwarczyńskiego tacy ludzie nie mieli prawa decydować o przyszłości kraju. Co więcej z powodu takich jak oni: „rewolucji moralnej naród, opętany biernością, nie podjął”. Pomysłom propagowanym przez najaktywniejszego wówczas ideologa sanacji (od łac. sanatio, czyli uzdrowienia) bardzo sprzyjał czas i nastroje. „Połóżmy karty na stół. Po jednej stronie korupcja, brak charakteru i szkodliwe niedbalstwo, po drugiej stronie zasługa, okupiona krwią, zdrowiem i ranami. Tam złodzieje, tu ideowcy” – ogłaszał 26 maja 1926 r. na łamach pepeesowskiego „Robotnika” inny legionista Jędrzej Moraczewski. Kogo wybrać – wydawało się sprawą nadzwyczaj prostą.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj