Kopalnia „Wujek” 35 lat po tragedii: pytania, legendy i spekulacje
Tylko śmierć jest bezsporna
Dlaczego to właśnie na Śląsku doszło do największego buntu przeciwko stanowi wojennemu, dlaczego to właśnie górnicy z „Wujka” zapłacili najwyższą w kraju cenę?
Dawid Chalimoniuk/Agencja Gazeta

Ahorcado/Wikipedia

Po 35 latach od krwawych wydarzeń w „Wujku” tylko jedna kwestia wydaje się niepodważalna: zginęło 9 górników, a kilkudziesięciu odniosło rany. Cała reszta – z prawomocnym majowym wyrokiem sprzed ośmiu lat, skazującym funkcjonariuszy plutonu specjalnego ZOMO włącznie – nadal rodzi znaki zapytania.

„Wujek” do strajku przystąpił 14 dnia pamiętnego grudnia, na pierwszej rannej zmianie. Z jednym tylko postulatem: uwolnić Jana Ludwiczaka! Bowiem przewodniczący kopalnianej Solidarności został dzień wcześniej – 13 grudnia, około pierwszej w nocy – niezwykle brutalnie aresztowany, wleczony po schodach na oczach sąsiadów i zakrwawiony, wrzucony do milicyjnego wozu.

Atak na kopalnię „Wujek”

Decyzja o odblokowaniu strajkujących kopalń zapadła rankiem 15 grudnia. Część sił milicyjnych i wojskowych pojechała do Jastrzębia-Zdroju, gdzie tego dnia w „Manifeście Lipcowym” padły pierwsze strzały stanu wojennego. Pozostałe oddziały ruszyły na kopalnie katowickie, które już strajkowały albo przygotowywały się do protestu.

Rozkaz o odblokowaniu kopalń w pierwszej kolejności przyszedł z góry, przekazany przez gen. Czesława Piotrowskiego, ministra górnictwa i energetyki, członka WRON. – Motywował to ostrą zimą i deficytem węgla – wspominał gen. Jan Łazarczyk, szef Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego. Z kolei gen. Jerzy Gruba, komendant KW MO – wówczas jeszcze pułkownik – tak mówił o pierwszoplanowej roli Piotrowskiego w województwie katowickim i rozkazach dotyczących węgla: – Tu rządziło wojsko, a nie milicja! Zima ostra, a węglowe składy po jesiennych strajkach puste. – Jeżeli ludzie nie będą mieli ciepła i prądu – przekonywał Piotrowski – to ten misternie przygotowany stan wojenny w ciągu paru dni szlag trafi! – i ja to rozumiałem.

Wyznaczona na godziny popołudniowe akcja na „Wujku” została przełożona na następny dzień, ponieważ w kopalni trwała msza polowa.

16 grudnia ok. godz. 10 kopalnia została otoczona. Strajkujący wpuścili mediatorów, z płk. Piotrem Gębką, którego ojciec po powrocie z Belgii pracował w „Wujku” od 1947 r. – i wysłuchali racji o stanie wojennym. Spłynęły po nich jak woda. Atmosfera była wyraźnie konfrontacyjna. Górnicy ze swojej strony przedstawili postulaty, w których, oprócz uwolnienia Ludwiczaka, dopisano: znieść stan wojenny i wypuścić internowanych. A więc żądania wówczas nie do spełnienia. Górnicy zaczęli przygotowywać się do obrony kopalni, milicja i wojsko – do siłowego odblokowania.

Płk Gębka przekazał przełożonym, że sytuacja jest napięta, a interwencja grozi rozlewem krwi. Mówił o determinacji górników i o ich „uzbrojeniu”, szczególnie groźnym przy walkach wręcz: dzidy, piki, kilofy, łańcuchy, styliska…

Atak na kopalnię – starą i ciasno zabudowaną – zaczął się o godz. 11. Fachowcy potem ocenili, że miał charakter walk w mieście i taką zresztą taktykę próbowano stosować. Ale bliżej prawdy jest w moim przekonaniu spojrzenie na ten dramat jak na bój średniowieczny. Starcie ostre, nawet krwawe – ale trup nie słał się gęsto. Póki co.

Aż nadeszła 12:31 – ppłk Kazimierz Wilczyński, dowódca sił ZOMO, które wdarły się do kopalni, słał przełożonym dramatyczne relacje: – Ostra walka, atakują czym mogą, wielu rannych... Czy mogę użyć broni?!  Do tego pytania, brzemiennego w skutki, wracano potem wiele razy.

Chwilę później w tajnych dziennikach sztabowych odnotowano z radiowego nasłuchu odpowiedź płk. Jerzego Gruby, komendanta milicji w Katowicach: – Broni nie używaj, poczekaj na rozkaz.

W dzienniku, równolegle prowadzonym przez SB, skrócony zapis wyglądał tak: – Nie, czekaj na rozkaz.

Ten przecinek, wielokrotnie długopisami i ołówkami pogrubiany, stał się po latach przedmiotem prokuratorskiego śledztwa i sądowych dociekań: był w istocie czy dopisano go później?

– Zadzwoniłem do gen. Czesława Ciastonia, wiceministra MSW, który odpowiadał za sytuację na Śląsku, a on do Czesława Kiszczaka – mówił gen. Gruba w rozmowie z POLITYKĄ w 1991 r. – Był zakaz użycia broni.

Ale strzały padły jeszcze przed pytaniem o broń.

– Dzisiaj wiem, że szło tylko o legalizację pewnego stanu rzeczy – mówił Wilczyński. – Użycia broni żądali ode mnie podwładni, ci z pierwszej linii. Albo broń, albo… wycofają  się.

O 13.02 Wilczyński rozkazał: – Przerwać ogień! Po kilku minutach powtórzył: – Pododdziały nie strzelać!

To był czwarty dzień stanu wojennego. W jego trwaniu nie miała się przelać ani jedna kropla polskiej krwi – o co apelował, i w co może nawet naiwnie wierzył, gen. Wojciech Jaruzelski.

W „Wujku” zginęło na miejscu 6 górników, 3 zmarło w szpitalu, a 21 zostało postrzelonych.

Strajk w „Wujku” brutalnie rozgromiono

Ta krwawa historia wywarła na dalszy bieg polskich wydarzeń szczególne piętno. Zaczęła się 13 grudnia, około pierwszej w nocy, w mieszkaniu Jana Ludwiczaka, przewodniczącego Solidarności. Temu prologowi warto przyjrzeć się bliżej.

Ostrze siekiery przebiło na wylot jego drzwi, a następne uderzenia wyrwały je z framugi: – Matko Boska, pozabijają nas, tato! – histerycznie krzyczała Ania, córka Ludwiczaka. Ten krzyk i hałas rozwalanych drzwi obudził cały blok i sąsiadujące z kopalnią osiedle.

Do małego mieszkanka wpadło kilkunastu silnych jak dęby chłopów. Wykręcili Ludwiczakowi ręce do tyłu i skuli kajdankami. Po schodach wlekli jak zaszczute zwierzę – piętro po piętrze, na oczach sąsiadów.

Telefony nie działały, ale nie wyłączono wewnętrznej linii węglowej. Wieść o tym, co się dzieje u kamrata, wnet dobiegła do kilkuset górników z nocnej zmiany. Aresztowano Ludwiczaka! – docierało do każdego zakątka „Wujka”. O internowaniu nikt jeszcze nie słyszał.

Na „nyskę” poleciały donice z kwiatami. Z obudzonych okien i balkonów sąsiednich budynków skandowano: Ge-sta-po!, Ban-dy-ci! Wcześniej na klatce schodowej zmasakrowano dwóch górników, którzy przybiegli na pomoc. Kolejni widzieli już krew na ścianach i schodach. Tej nocy przez mieszkanie Ludwiczaków przeszły setki ludzi – pierwszych świadków krwawego prologu stanu wojennego.

Kopalnia i osiedle kipiały z wściekłości, choć nikt nie znał przyczyn dramatycznych wydarzeń i nawet ich nie dociekał. Mordują kamrata! Dopiero ranne przemówienie Jaruzelskiego uzmysłowiło sytuację.

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj