szukaj
Jak motoryzował się PRL
Wielki sen o Mikrusie
Zachodnioniemiecki dziennikarz pisał o Warszawie 1957 r.: „Tu się spełnią marzenia zachodniego kierowcy. Milionowe miasto bez problemów z parkowaniem, bez gąszczu znaków, bez dżungli jednokierunkowych ulic”. Pozbawieni samochodów Polacy widzieli to inaczej.
Ślubna fotografia przy Warszawie M-20, czyli sowieckiej Pabiedzie, 1953 r.
Repr. FoKa/Forum

Ślubna fotografia przy Warszawie M-20, czyli sowieckiej Pabiedzie, 1953 r.

Przedstawiamy kolejny z artykułów przybliżających klimat 1957 r. – czasu, gdy na rynku pojawiła się POLITYKA.

***

O ile na początku XXI w. pojęcie „Europa dwóch prędkości” miało (i ma) znaczenie raczej metaforyczne i symboliczne, o tyle jeszcze długo po drugiej wojnie światowej można je było rozumieć absolutnie dosłownie; żelazna kurtyna dzieliła kontynent również pod względem motoryzacyjnym. Na Zachodzie samochód był już przed wojną dobrem stosunkowo powszechnym, a wkrótce po jej zakończeniu produkcję aut dla przeciętnego odbiorcy traktowano jako istotny czynnik rozwoju gospodarczego. Decydująca była zwłaszcza dekada 1949–59, kiedy liczba pojazdów wzrosła na zachodzie Europy średnio trzyipółkrotnie, a w RFN wręcz dziesięciokrotnie, z 7 do 69 na tysiąc mieszkańców. Wprowadzenie popularnych i niedrogich modeli, jak garbus Volkswagena (milionowy pojazd zjechał z taśm w 1955 r.), Renault 4CV, Citroën 2CV czy Fiat 500, zwiększyło dostępność samochodu dla niższych warstw, skutecznie zmieniając nawyki społeczne. Nic dziwnego, że Erich Kästner zauważył w 1956 r., że „żyjemy w zmotoryzowanym biedermeierze”.

Tymczasem po drugiej stronie żelaznej kurtyny samochód był dobrem rzadkim, przywilejem władzy i jej ulubieńców, reszta społeczeństwa zaś – jeżeli chciała lub musiała się przemieszczać – była skazana na komunikację zbiorową.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj