Maszynka do mięsa
W Verdun, cichym, bezbarwnym miasteczku – niczym w jakimś upiornym Disneylandzie – drogowskazy: na cmentarz, do kostnicy, do Fortu Chwały, do wioski Fleury, do okopu bagnetów (legenda głosi, że żołnierze, którym nie pozwolono się cofnąć, zostali żywcem zasypani w czasie ostrzału). 90 lat temu przez blisko rok rozgrywała się tu jedna z najkrwawszych bitew w I wojnie światowej.

Długie szeregi żołnierskich grobów są niczym dekoracja do szekspirowskiej tragedii przed początkiem sezonu. Trzeba pojechać kilka kilometrów do Fortu Douaumont, by zrozumieć, że to nie teatr. Tam w kostnicy widać stosy starannie posortowanych żeber, piszczeli i czaszek. Niektóre są pogruchotane. Ale wszystkie mają zdrowe zęby. To resztki 130 tys. młodych mężczyzn, którzy w 1916 r. przeszli w Verdun przez maszynkę do mielenia mięsa. To tylko niewielka część ofiar tej bitwy. Trwała dziesięć miesięcy i pochłonęła niemal 700 tys. zabitych.

Verdun to miejsce traumatyczne. Dla Francuzów – symbol heroicznej i zwycięskiej obrony. Dla Niemców – symbol szaleństwa tej „nawałnicy żelaza” (Ernst Jünger), która miała im zapewnić władzę nad światem, a ściągnęła jedynie klęskę. Dla Europy – symbol „wielkiej wojny białychl udzi” (Arnold Zweig), która raz na zawsze odebrała Europie polityczny i moralny prymat w świecie. Ale dla UE – symbol francusko-niemieckiego pojednania. Zadbali o to Helmut Kohl i François Mitterrand w 1986 r. Ich zdjęcie trzymających się za ręce na cmentarzu w Verdun jest – obok fotografii Willy’ego Brandta klęczącego w Warszawie i Helmuta Kohlao bejmującego Tadeusza Mazowieckiego w Krzyżowej – ikoną ducha tej Europy, która przezwyciężyła stygmaty dziedzicznych wrogości i traumatycznych urazów trzydziestoletniej wojny domowej lat 1914–1945.

Na przełomie wieków polityka ryzyka stała się dla mocarstw europejskich dyplomatycznym sportem, w którym wojskowi zaczęli się stawać głównymi rozgrywającymi. W czerwcu 1914 r. austriackie manewry wojskowe w Bośni, na które jechał austriacki następca tronu, miały być tylko demonstracją siły wobec serbskich nacjonalistów. Gdy jednak arcyksiążę został w Sarajewie zamordowany przez serbskich spiskowców, to partia wojny w Wiedniu zwietrzyła szansę, by poprzez krótką akcję karną przeciwko Serbii dodać animuszu sklerotycznej monarchii, której symbolem był zgorzkniały i zgrzybiały Franciszek Józef. Mając poparcie Berlina jastrzębie były pewne swego. Wojna będzie krótka i zwycięska.

Tak samo myślano w innych stolicach. W Petersburgu liczono na to, że wsparcie Serbii przeciwko Austrii pozwoli Rosji dotrzeć do Konstantynopola. W Berlinie – na rozerwanie koalicji francusko-rosyjskiej i sięgnięcie po hegemonię w Europie. Z kolei Paryż chciał odzyskać utracone w 1871 r. prowincje – Alzację i Lotaryngię. I wreszcie Londyn – przez chwilę zwlekał – ale w końcu stanął po stronie Francji i Rosji, by utrzymać swe imperium, któremu Niemcy, budując nowoczesną flotę wojenną, rzuciły wyzwanie.

We wszystkich stolicach sztaby generalne miały w szufladach błyskotliwe plany wojenne. Armia austriacka miała spacerkiem wkroczyć do Belgradu. Francuska – migiem dotrzeć do Renu. Rosyjska – zająć Prusy Wschodnie. Ale to Niemcy przygotowali plan najbardziej inteligentny: zamierzali Francuzów przytrzasnąć drzwiami obrotowymi. Południowe skrzydło niemieckiego frontu miało w Alzacji i Lotaryngii pozorować atak ściągając na siebie główne siły francuskie (które z natury rzeczy i taktam właśnie powinny chcieć przejść do ofensywy), podczas gdy północne miało przejść przez neutralną Belgię, obejść Paryż od północy i spaść od zachodu na tyły armii francuskich. Zawiasem tych drzwi miała być twierdza Verdun...

Ale już w pierwszych tygodniach wojny wszystkie te plany zawiodły. Zamiast małej wojny z Serbią, Austriacy mieli na karku wielką wojnę europejską, w której spadli do roli giermków Niemiec. Francuzi utknęli na przedpolach Alzacji i Lotaryngii. A Niemcy wprawdzie przeszli przez Belgię, ale skrócili manewr okrążający i zostali zatrzymani nad Marną. Z kolei Rosjanie zostali rozgromieni w Prusach Wschodnich.

Zamiast na Boże Narodzenie wrócić do domu, miliony żołnierzy spędziło Wigilię 1914 r. w okopach. Niektórzy próbowali się bratać z wrogiem, wspólnie śpiewać kolędy. Ale wojna już stężała na dobre. Od listopada1914 r. do marca 1914 r. na froncie zachodnim na pozór nic się niedziało, jeśli nie liczyć morderczych ataków i kontrataków akurat w tych miejscach, w których przeciwnik był najsilniejszy. Pochłaniały one w krótkim czasie dziesiątki tysięcy zabitych, ale nie przełamywałyf rontu. W tej wojnie obrona była skuteczniejsza niż atak.

Toteż w grudniu 1915 r. nowy szef niemieckiego sztabu generalnego generał Erich von Falkenhayn przedstawił cesarzowi Wilhelmowi II plan wykrwawienia – jak powiedział: do białego – armii francuskiej. Atak powinien nastąpić w miejscu dla Francuzów tak ważnym, by ci chcieli gobronić do upadłego. Przy czym celem nie powinno być zdobycie jakiegoś konkretnego punktu, lecz zabijanie żołnierzy wroga, falowe nasilanie ataków, by armia francuska musiała rzucać do walki wciąż nowe jednostki. To taśmowe zabijanie nosiło kryptonim Sąd (Gericht), a na miejsce wyroku wybrano Verdun, legendarną twierdzę uchodzącą za bramę do Francji. Mimo że częściowo rozbrojona, twierdza ta była wciąż groźna: otoczona czterdziestoma umocnieniami, w tym szesnastoma fortami pełnymi gniazd karabinów maszynowych, opancerzonych działobitni i podziemnych kazamat. Verdun miało być pułapką dla armii francuskiej, a sława tej twierdzy – przynętą, która miała wystawić armię francuską na rzeź. Atakiem miał dowodzić następca tronu Wilhelm Pruski, by w przyszłości to jego imię łączono z tryumfem niemieckiego oręża.

W styczniu 1916 r. ściągnięto pod Verdun 1200 dział. 21 lutego o godz. 8.12 wystrzelono na ewakuowane z ludności cywilnej miasto pierwszy 38-centymetrowy pocisk artyleryjski. Po czym przez osiem godzin trwała kanonada, która wielokrotnie przeorała przedpole twierdzy. Niemniej wielu żołnierzy francuskich pozostało na pozycjach.O 17.00 ruszyła niemiecka piechota. Ale została zatrzymana, a w niektórych miejscach nawet odrzucona. 25 lutego Niemcy dotarli do Fortu Douaumont, najsilniejszego na wschód od twierdzy, i – wbrew rozkazowi – zajęli go. Następnego dnia obronę Verdun objął generał Philippe Pétain, zaczynając bohaterską stronę swej legendy. Tę mroczną– klęski i kolaboracji – zaczął w 1940 r. układając się z Hitlerem.

Plan Falkenhayna zaczął się sprawdzać. Francuscy generałowie, nielicząc się ze stratami, zaczęli rzucać rezerwy. Porażkę pod Douaumont zatarli brawurową obroną Fortu Vaux, przed którym Niemcy – tym razem zgodnie z rozkazem – potężnie się okopali. Aby upust francuskiej krwi przebiegał płynnie, pozostawili aortę francuskiej linii dojazdowej we względnym spokoju. Tą świętą drogą – voie sacrée– rzucano na front wciąż nowe jednostki i wycofywano resztki wykrwawionych oddziałów. Jeden z francuskich żołnierzy Louis Barthas zapisał w swym dzienniku, że idąc świętą drogą z daleka widział śmierdzącą paszczę wojny; pełne ognia i grzmotów rozdziawione wrota piekieł. W wyniku ciągłej rotacji tą drogą przeszło większość francuskich żołnierzy biorących udział w I wojnie.

Jednak niemiecka strategia szybko okazała się złowroga dla samych Niemców, którzy ponosili straty równie wysokie jak Francuzi. W marcu główny ciężar walk przerzucili na północny zachód od Verdun, atakując wzgórza, zza których francuska artyleria ostrzeliwała pole bitwy na wschodnim brzegu Mozeli. Przy ogromnych stratach własnych zajęli zarówno legendarne Wzgórze 304, jak i Martwego Mężczyznę (Le Mort Homme).

Okolica Verdun przypominała krajobraz księżycowy. Gdy padały deszcze, cały teren zmieniał się w grzęzawisko, a wypełnione wodą głębokie leje stawały się śmiertelną pułapką dla obciążonych sprzętem żołnierzy. Tonęli w nich niczym w przerębli. Zabitych nie grzebano przez wiele miesięcy.

Kompania Louisa Barthasa dotarła do Verdun 12 maja. Miała zluzować kompanię 125 pułku piechoty. Gdy żołnierze dotarli do okopów, zobaczyli „wielką górę poszarpanych ludzkich ciał”. Poprzedniego dnia był atak moździerzy. „Wszędzie walały się jakieś kawałki, porozbijane karabiny, poszarpane tornistry, z których wiatr powyrzucał czułe listy i lękliwie przechowywane pamiątki. Leżały też pogniecione manierki, poszarpane torby, na wszystkim widniał numer 125 pułku”. Następnego dnia Barthaszostał przerzucony na inną pozycję. W nocy żołnierze błądzili po polu bitwy, idąc „poprzez zasieki, drewniane pale, porozrywane worki z piaskiem, po trupach i przez gruz... Po każdym błysku granatów wydawało się, że ciemności są jeszcze większe”.

Rankiem 2 czerwca niemieckie oddziały szturmowe wdarły się do Fortu Vaux, po czym w podziemnych kazamatach wybuchła zażarta walka na granaty i miotacze płomieni. Francuzi – odcięci od wody – zaciekle bronili się przez pięć dni. Wreszcie 7 czerwca ich dowódca major Raynal, niemal odchodzący od zmysłów z pragnienia, poddał fort. W dowód uznania męstwa jego i jego żołnierzy niemiecki następca tronu przyjął go w swej kwaterze. Tymczasem Francuzi starali się odbić fort, ale ich ataki załamywały się na niemieckiej obronie.

23 czerwca po ostrzale granatami z fosgenem Niemcy poszli do przodu, ale byli zbyt wyczerpani, by utrzymać zdobyty teren i cofnęli się do wioski Fleury, która następnie cztery razy przechodziła z rąk do rąki - dziś nie istnieją nawet jej fundamenty. W lipcu i sierpniu Niemcy ponownie starali się zdobyć pozycje francuskie, ale znów zostali odparci. Po obu stronach w jałowych atakach i kontratakach ginęły całe pułki. Gdy wyczerpani Niemcy sami zaczęli przechodzić do defensywy, do ataku ruszali Francuzi i teraz oni byli odpierani z ogromnymi stratami.

W czerwcu Wilhelm Pruski sugerował przerwanie bezsensownych ataków, ale von Falkenhayn twierdził, że zwycięstwo jest na wyciągnięcie ręki i dopiero 29 sierpnia ustąpił ze stanowiska. Jego następca feldmarszałek Paul von Hindenburg natychmiast zatrzymał ofensywę pod Verdun, próbując zarazem utrzymać zdobyte pozycje. Nie na długo. Teraz Francuzi przejęli inicjatywę. 24 października po gwałtownym ostrzale artyleryjskim odbili zarówno wioskę Fleury, jak i Fort Douaumont. Młynek do mielenia kości, co prawda na wolniejszych obrotach, działał nadal. Latem 1917 r. Niemcy opuścili Wzgórze 304 i Martwego Mężczyznę. Ale spokój pod Verdun nastał dopiero latem 1918 r., gdy główny ciężar walk na zachodnim froncie wrócił nad Sommę i do Flandrii.

Bilans tej jednej z najkrwawszych bitew w dziejach ludzkości był horrendalny: Francuzi stracili 360 tys. żołnierzy, Niemcy – 330 tys.

Ale Verdun nie było w 1916 r. jedynym tego rodzaju szaleństwem. Aby odciążyć twierdzę, alianci podjęli rękawicę i latem nad Sommą ze swej strony narzucili Niemcom taką samą bitwę na wykrwawienie (jednocześnie bito się z nimi nad Piawą we Włoszech i na Wołyniu na froncie wschodnim). Od lipca do listopada w beznadziejnych atakach i kontratakach zginęło tam 1,6 mln żołnierzy obu stron. A w 1917 r. maszynkę do mięsa powtórzono we Flandrii i nad rzeką Aisne – bezr ezultatu. Bitwy na wykrwawienie przeciwnika nie przyniosły rozstrzygnięcia, natomiast zaczęły rozsadzać dyscyplinę. Barthas opisuje, jak w maju 1916 r. żołnierze sklęli jakiegoś majora rzucając mu w twarz, że ponieważ nie było go na Wzgórzu 304, więc mu nie będą salutować. Gdy przywożono odznaczenia „z uściskami od generała”, żołnierze wybuchali śmiechem.

W 1917 r. rewolucja lutowa w Rosji odbiła się również rewoltą na froncie zachodnim. Przeniesiony nad Sommę Barthas był świadkiem, jak wiosną żołnierze francuscy wołali „pokój albo rewolucja”, zaczęli wywieszać czerwone sztandary, wybierać sobie dowódców i tworzyć rady żołnierskie na wzór rosyjskich Sowietów. Do jednej sam został wybrany. Reakcja była szybka. 350 buntowników zesłano na Diabelską Wyspę, 550 skazano na śmierć, 49 na rozkaz Pétaina rzeczywiście rozstrzelano. Ale jeden z plutonów egzekucyjnych strzelał ponad głowami skazanych, tak że nieszczęśników w końcu musiał zastrzelić oficer dowodzący egzekucją.

W 1917 r. było widoczne, że na froncie zachodnim, mimo hekatomby ofiar, nie podobna uzyskać rozstrzygnięcia. Niemcy byli w lepszej sytuacji. Stali na terenie wroga i mogli się bronić. Francuzi musieli przełamać front, by wyprzeć Niemców. I dlatego okopy aliantów wyraźnie różnią się od niemieckich. Niemieckie są solidne, głębokie, niekiedy wzmocnione betonowym oszalowaniem, natomiast angielskie i francuskie – płytkie, prowizoryczne, jak gdyby już następny atak miał przesunąć linę frontu. Barthas pisał, że na froncie sypiał, gdzie popadło, pod wozem,w chlewie, w kościele, na drodze, w okopie pod gołym niebem. Brytyjczycy wspominają, że zmorą były dla nich trench feet,okopowe stopy, opuchnięte, sine, z czasem obumarłe wymagały amputacji – taki był skutek wielotygodniowego chodzenia w przemoczonych butach.

Ciągły stres pod wpływem ostrzału artyleryjskiego i strat powodował załamania nerwowe. Ernst Jünger wspinał, jak rozpłakał się, gdy jeden pocisk zabił połowę jego kompanii – sześćdziesięciu ludzi. W każdej armii frontowy szok psychiczny nazywano inaczej: Kriegsneurose u Niemców, shell shock u Brytyjczyków, a choque traumatique u Francuzów. Ale objawy zawsze były te same: wybuchy płaczu, ospałość i ataki paniki. Leczono je elektrowstrząsami, które powodowały, że chorzy woleli wracać na front, niż nadal być poddawani torturom. Francuzi rozstrzelali 1700 „symulantów”, Brytyjczycy 300, Niemcy 50.

W 1914 r. żołnierze jeszcze szli na kolorową wojnę. Niemcy w pikielhaubach, Francuzi w czerwonych kepi i czerwonych spodniach. Brytyjczycy – w wysokich czakach. Nikt nie myślał o maskowaniu się, gdy szedł do ataku śpiewający patriotyczne pieśni. Duch był stary, ale technika nowa: karabiny maszynowe, działa obrotowe, okręty podwodne, samoloty, a zaraz potem gaz i wreszcie czołgi. Niemieccy maturzyści-ochotnicy zostali wystrzelani pod Langemarck z karabinów maszynowych, zostawiając po sobie legendę rzezi niewiniątek. Jedenz żołnierzy bawarskiego pułku piechoty Adolf Hitler wspominał potem, jak kompanie ginąc podchwytywały w uniesieniu: „Niemcy, Niemcy ponad wszystko”. „Po czterech dniach wracaliśmy. Nawet krok był teraz inny.Teraz siedemnastoletni chłopcy przypominali mężczyzn”. Z kolei angielski oficer William Pressey opisuje, jak pod Amiens na jego odcinku pojawiło się dwustu francuskich kawalerzystów. Mieli atakować przez wzgórze, wyglądali wspaniale ze swymi pióropuszami i lancami, dziarsko wołali „Le boche fini”. Ruszyli. Po czym odezwał się suchy grzechot karabinów maszynowych i po chwili wróciło jedynie kilka koni bez jeźdźców.

Pod Verdun była już inna wojna. Francuzi już na wiosnę 1915 r. zdarli z siebie zdradzieckie czerwone portki, a Niemcy najpierw przykryli pokrowcem połyskliwą pikielhaubę, a potem zastąpili ją garnkiem nowe gohełmu. Na propagandowych plakatach wywieszanych w kraju uduchowionego patriotycznym patosem młokosa zastąpił inny typ żołnierza: zacięta twarz, mocna szczęka, stalowy hełm z kołnierzem i odwietrznikami sygnalizującymi germańskie rogi. W publicznym wizerunku żołnierz miał odzyskać twarz indywidualnego wojownika walczącego na odległość rzutu granatem i strzału między oczy. Taką symbolikę przemysłowej rzezi podawał Ernst Jünger, dowódca oddziału szturmowego i wybitny pisarz. W 1986 r. będzie zaproszony do Verdun, by patronować pojednaniu niemiecko-francuskiemu. W latach dwudziestych ten drobnomieszczanin nobilitujący sam siebie na księcia piechoty był piewcą „wojny jako wewnętrznego przeżycia”. W „Nawałnicy żelaza” stylizuje maszynową wojnęw okopach na homeryckie starcie herosów. „Często słychać błędną opinię, że walka piechoty zdegenerowała się do nieciekawej masowej rzezi. Wręcz przeciwnie, dziś bardziej niż kiedykolwiek decyduje jednostka. Wie to każdy, kto choć raz na ich włościach widział książąt okopów, z ich twardymi, zdecydowanymi twarzami, jak odważnie, napięci jak struna, elastyczni jak sprężyna, skaczą raz do przodu, raz do tyłu, z czujnym głodnym krwi wzrokiem, bohaterowie, których nie wymienia żaden raport...”.

Żołnierze rzeczywiście szybko się orientowali, że idą na front nie tyle po to, by walczyć o ojczyznę, lecz by zabijać. Barthas pisał, że nie może już słuchać gadaniny o miłości ojczyzny. „Straciliśmy poczuci egodności i człowieczeństwa”. Zabijano bez skrupułów, także poddających się nieprzyjaciół. Jeńcy to tylko kłopot. Więc wkładano im do kieszeni odbezpieczone granaty lub zabijano pałkami obciążonymi ołowiem. Ale mimo całej zawziętości zdarzały się momenty zbratania, które oburzały kaprala Hitlera. Bywało, że obie strony dochowywały niepisanej umowy: my nie ostrzeliwujemy waszych kuchni polowych, wy nie ostrzeliwujcie naszych, bo ani wy, ani my nie będziemy mieli co jeść. Pod Ypern Szkoci i Sasi dogadali się, że będą strzelać panu Bogu w okno. Bywało też, że żołnierze informowali drugą stronę, ile pocisków artyleryjskich zostanie wystrzelonych. Barthas wspomniał, że niemiecki karabin maszynowy ostrzeliwał mostek na przyfrontowej rzeczce tylko wtedy, gdy przebiegał tamtędy ktoś z lornetką i laseczką – oficer.

W końcu I wojna światowa rzeczywiście została rozstrzygnięta na zachodzie, ale nie dzięki odwadze żołnierzy, lecz dzięki przewadze technicznej aliantów i wejściu Amerykanów do wojny. Wylądowali oni we Francjiw maju 1917 r., w tym samym czasie, gdy Barthas o mało nie został przewodniczącym rady żołnierskiej.

1916 r. – rok Verdun i bitwy morskiej pod Skagerrakiem – Niemcy „krwawozmarnowali”, sarkał Hindenburg. Teraz strategicznym mózgiem wojny stał się generał Erich Ludendorff. Arogancki, zaślepiony, z głową pełną liczb i nazwisk znał jedynie logikę wojny totalnej i totalnego zwycięstwa. Każdy kompromis był dla niego przegraną, każda przegrana - klęską, każda klęska – ostateczną katastrofą, charakteryzuje Ludendorffa Golo Mann.

Zimą 1916 r. Ludendorff bez trudu pokrzyżował niepewną próbę przerwania wojny podjętą przez Wilhelma II. Nie było to trudne, ponieważ cesarznie oferował żadnych niemieckich ustępstw. Zamiast wstydliwego pokoju Ludendorff spróbował wygrać wojnę na wschodzie. Utworzyć między Rosją a Niemcami pas zależnych od Niemiec państw, a potem rozsadzić wyczerpaną walkami w lecie 1916 r. Rosję od środka. Jego tajną bronią był Lenin, w marcu 1917 r., po obaleniu caratu w Rosji, przerzucony z neutralnej Szwajcarii do Szwecji w zaplombowanym wagonie. Czas naglił. Rosja musiałaby wycofać się z wojny, zanim Amerykanie zdążyliby wylądować w Europie.

Na początku 1918 r. Ludendorff był u celu. Lenin postąpił, jak oczekiwano. Bolszewicka Rosja podpisała w Brześciu Litewskim pokój z Niemcami, które uzyskały kontrolę nad Europą Środkowo-Wschodnią aż po Ukrainę i Białoruś. Teraz trzeba było tylko przerzucić dywizje ze wschodu na zachód i pokazać jedną zwycięską ofensywą we Francji, kto jest górą. W kwietniu wejdziemy do Paryża, zapowiedział Ludendorff cesarzowi. I postawił wszystko na jedną kartę. Na odcinku 60 km Niemcy zgromadzili sześć tysięcy dział i niemal milion żołnierzy. 28 marca zaczęła się niemiecka ofensywa, która nareszcie przerwała front. „Mamy władzę nad światem...” – wołał jeden z oficerów łącznikowych. Hindenburg otrzymał Krzyż Żelazny z promieniami ze złota. Równocześnie jednak jeden z przenikliwych obserwatorów książę Ruprecht Bawarski zapisał: „A więc przegraliśmy wojnę...”. Ofensywa nie osiągnęła żadnego z wytyczonych celów. Ludendorff nie docenił wypoczętych żołnierzy amerykańskich, których – mimo U-Bootów, niemieckich okrętów podwodnych – co miesiąc lądowało we Francji ćwierć miliona.

Wreszcie 14 września Ludendorff zameldował cesarzowi, że „wojskowymi środkami nie da się złamać woli walki naszych wrogów”. Potrzebne są „inne metody”. To znaczy: niech polityka ratuje to, co przegrała armia. Chytra pułapka: to politycy mieli powiadomić o przegranej naród, który od czterech lat karmiono wizją rychłego triumfu. Legenda ciosu w plecy zadanego dzielnym żołnierzom armii przez tchórzy i zdrajców czekała już tylko na swych piewców, a ci – jak pewien kapral z bawarskiego pułku piechoty – napływali z frontu do pokonanego kraju...

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj