Krzyż na stos
Wiele tajemnic otacza średniowiecznych Ubogich Rycerzy Świątyni, ale może najbardziej frapuje zagadka ich popularności siedemset lat po rozbiciu zakonu przez króla Francji Filipa Pięknego i papieża Klemensa V.
Templariusze na stosie
Wikipedia

Templariusze na stosie

Pobożnego uczestnika wypraw krzyżowych Hugona de Payens ogarnęłaby święta zgroza, gdyby mógł zobaczyć, co zdarzyło się 18 marca 1314 r. On, rycerz francuski, założyciel i pierwszy mistrz zakonu templariuszy, ujrzałby bowiem, jak na straszną śmierć na stosie prowadzą Jakuba de Molay, ostatniego wielkiego mistrzaz akonu. Dramat rozegrał się w Paryżu, na małej wyspie na Sekwanie, prawie dwieście lat po powstaniu templariuszy.

Wcześniej Jakubowi de Molay i drugiemu zakonnemu dostojnikowi odczytano wyrok wydany przez papieża Klemensa V: dożywotnie więzienie. Nagle obaj wykrzyknęli, że zakon jest święty, a do win przyznali się ze strachu przed torturami. Rzecz niesłychana! Upierając się, że są niewinni, templariusze wybierali śmierć, bo tak karano wyparcie się wcześniejszych zeznań przed trybunałami Kościoła. Jeszcze tego samego dnia władza świecka kościelną karę zmieniła z dożywocia na stos. Prócz de Molaya miało na nim spłonąć ponad trzydziestu innych templariuszy.

Według podań, mistrz Jakub oczekiwał na śmierć w płomieniach „ze złożonymi rękami, spojrzeniem skierowanym ku Najświętszej Panience, a ogień znosił z takim spokojem, że wprawiał wszystkich w najgłębszy podziw”. Ale na stosie wielkim głosem zdążył wezwać na sąd Boży tych, którzy go na nań posłali – króla Filipa i papieża Klemensa. Niech będą przeklęci, tylko Bóg będzie sprawiedliwym sędzią w sprawie między królem, papieżem i mistrzem templariuszy – tak osłupiały lud paryski odebrał ostatnie słowa umierającego rycerza. A kiedy stos zgasł, ludzie zebrali prochy i wrzucili je do Sekwany.

A Bóg jak gdyby usłuchał wołania ze stosu. Ledwo miesiąc po śmierci Jakuba de Molay umiera papież Klemens V. Pod koniec tegoż 1314 r. król Filip Piękny nie przeżywa upadku z konia. Jak Bóg rozsądził sprawę między wielką trójką, którą tak szybko miał już u siebie, wie tylko On. Po ziemskiej stronie sprawa templariuszy podzieliła opinię publiczną nadwa obozy, które do dziś kruszą kopie o to, czym był zakon i czy zasłużył na los, jaki go spotkał.

Chrześcijański dżihad

Dla jednych templariusze są symbolem buty, żądzy władzy i bogactwa oraz obłudy i szalonych ambicji, by być – to już współczesne sformułowania –jakimś światowym rządem, centrum finansów i dyplomacji, a może nawet jedynym prawdziwym Kościołem. Echo tych uprzedzeń słychać na przykładu szkockiego pisarza Waltera Scotta, bożyszcza europejskiego romantyzmu. W powieści „Ivanhoe” tak pisał: „Przepisy reguły zakonu, tak surowo przestrzegane w pierwszym okresie jego istnienia, były corazczęściej lekceważone. Templariusze nie cieszyli się w owych czasach dobrą sławą. Byli dzielnymi wojownikami, ale ogólne rozluźnie nieobyczajów sprawiło, że wielu z nich można było wytknąć najgorsze wady. Byli skąpi, chciwi i zawsze żądni zemsty. Znajdowali rozrywkę w grabieżach, obżarstwie i pijatykach”.

Czy może być cięższe oskarżenie pod adresem ludzi, którzy na białych płaszczach nosili czerwony znak krzyża, ślubowali ubóstwo, czystość, absolutne posłuszeństwo i gotowość do oddania życia za chrześcijaństwo? Dla rycerzy, którzy przysięgali: „Nie nam, Panie, nie nam chwała, leczTobie”?

Kto uważa, że templariuszom wyrządzono krzywdę, przechodzi do drugiego obozu. I rzeczywiście – wiele przemawia za tym, że Rycerze Świątyni padli w jakimś stopniu ofiarą tego, co dziś nazywają czarnym piarem, czyli szeptanej lub fabrykowanej na zamówienie propagandy. W miarę, jak rosła ich potęga, wrogowie, rywale i konkurenci przyprawiali zakonowi coraz bardziej plugawą gębę. Nieraz całkiem dosłownie – gębę jakiegoś wstrętnego diabelskiego kozła, przed którym templariusze mieli bić pokłony.

Tymczasem Hugon de Payens, założyciel zakonu, nie był żadnym satanistą, lecz jednym z wielu rycerzy, którzy ulegli mistyce wypraw krzyżowych. Do Ziemi Świętej wybierało się morzem lub lądem tysiące mieszkańców ówczesnej Europy chrześcijańskiej, biednych i bogatych. Ruszali w te najeżone niebezpieczeństwami wyprawy mniej z ciekawości lub chęci łatwego wzbogacenia się, lecz przede wszystkim z nakazu wiary. Współczesny historyk może widzieć w uczestnikach wypraw krzyżowych kolonizatorów Palestyny i Syrii – pierwszą jaskółkę europejskiego imperializmu. Ale oni sami powiedzieliby, że ruszają na pielgrzymkę do Grobu Chrystusa w duchu ofiary, oczyszczenia i nadziei, iż być może przyspieszą w ten sposób obiecany powrót Pana do Jerozolimy.

Hugon należał do tych, którzy po odbyciu pielgrzymki nie chcieli jak najprędzej wracać do domu. Nie szukał też w łacińskim Królestwie Jerozolimy, utworzonym po zdobyciu przez krzyżowców (1099 r.) tego świętego miasta żydów, chrześcijan i muzułmanów, okazji do zdobycia majątku i władzy. Chciał zostać w Ziemi Świętej i służyć ideałom chrześcijanina i rycerza – tak jak je mu wpojono w rodzinnej Szampanii.

Celem krucjat było – co tu kryć – odbicie z rąk innowierców ziem, gdzie narodziło się chrześcijaństwo. Ruch krucjatowy można by nazwać chrześcijańskim dżihadem – świętą wojną w obronie miejsc drogich wyznawcom Chrystusa. Ale krucjaty były też – przynajmniej na początku – odruchem solidarności chrześcijańskiego Zachodu z chrześcijańskim Wschodem, czyli Bizancjum, któremu zagrażały lotne konne armie Turków seldżuckich.

Te same muzułmańskie wojska zdobyły w 1075 r. Jerozolimę, burząc chrześcijańskie kościoły i wyrzynając chrześcijańskich pielgrzymów. Okrutne ataki Saracenów – jak wtedy nazywano w Europie wyznawców islamu – powtarzały się. Sytuacja robiła się śmiertelnie groźna: żywioł saraceński napierał od Wschodu i trwał na Półwyspie Iberyjskim. Wokół chrześcijańskiej Europy zaciskały się kleszcze.

Na dodatek chrześcijański Zachód rozdzierał spór o to, kto jest jego przywódcą: papieże czy królowie? Jednocześnie Europa od Włoch przez Francję i Niemcy po Anglię i kraje północne oraz Czechy, Polskę i Węgry wchodziła w okres rozkwitu cywilizacyjno-gospodarczego. Między wiekami XI a XIII prymitywne rolnictwo ustępuje miejsca nowym, dużo bardziej wydajnym metodom uprawy ziemi, dzięki czemu plony są obfitszei bardziej urozmaicone, a ludzie znacznie lepiej się odżywiają. Już nie tylko samą ciężką pracą fizyczną bogacą się narody. Gęstość zaludnienia sięga 30–40 osób na kilometr kwadratowy. Sprzyja to rozwojowi miast i rzemiosła, ale powoduje też kurczenie się przestrzeni życiowej. Kombinacja: poczucie zagrożenia, przypływ nowych sił i rosnąca ciasnota to był podatny grunt dla wezwania do wyprawy krzyżowej rzuconego w 1095 r. przez papieża Urbana II na prośbę cesarza bizantyjskiego. Weźcie krzyż – wołał papież – i brońcie Ziemi Świętej.

W rok później rusza pierwsza krucjata. Zachodnie rycerstwo gromadzi się w Konstantynopolu i dociera od północy do Palestyny. Ze zdobytej Jerozolimy krzyżowcy wypędzają Żydów i Saracenów. Zdobywają wybrzeże, a więc i porty, do których teraz mogą bezpiecznie zawijać okręty z pielgrzymami. Nie muszą już oni wędrować przez góry i pustkowia,w skwarze i pyle lub w słocie i ziąbie, narażeni na napady dzikich zwierząt lub band rabusiów. Ponoć właśnie napad rozbójników na chrześcijańskich pątników idących z Jerozolimy nad rzekę Jordan, domiejsca chrztu Chrystusa, natchnął pobożnego rycerza Hugona myślą o założeniu zakonu rycerzy mnichów, którzy chroniliby pielgrzymów przed tymi nieszczęściami.

Żołnierze Chrystusa

Krzyżowcy zakładają królestwo, ale jego władcą nie został papież, lecz frankoński rycerz Gotfryd de Bouillon. Odmówił przyjęcia korony, zadowolił się tytułem obrońcy Grobu Pańskiego. Ustanowiona zostaje także administracja kościelna – łaciński patriarchat Jerozolimy. Wzgórze świątynne w Jerozolimie zajmują chrześcijanie, stojące tam meczety zostają zamienione na kościoły. Jeden z nich, Al-Aksa, przejmują templariusze. Król Jerozolimy Baldwin II oddaje im do użytku wzniesiony na wzgórzu obok meczetu pałac (sam przenosi się do nowej siedziby w pobliżu wieży biblijnego króla Dawida).

Kiedyś na terenie wzgórza stała Świątynia Salomona – centrum żydowskiego życia religijnego. Tysiąc lat przed nadejściem krzyżowców spalili ją Rzymianie. Właśnie od tej słynnej Świątyni – po łacinie templum– zakon wziął swą potoczną nazwę. Bardziej oficjalnie zwał się Zakonem Ubogich Rycerzy Chrystusa – Strażnikami Świątyni. Wieki później, kiedy po chrześcijańskim panowaniu nad Jerozolimą i wzgórzem świątynnym nie zostanie śladu, pobyt templariuszy w tym miejscu obrośnie niesamowitymi spekulacjami. Czemu sam król ustąpił im swój pałac? Może ochrona pątników była zasłoną dymną dla jakiejś całkiem innej misji?

Ale w pierwszych dekadach XII w. nie tym zaprzątano sobie głowy. Trzeba było rekrutować rycerzy i zdobywać fundusze. Templariusze powstaliw 1118 r., regułę – czyli zasady działania i organizacji – otrzymali od Kościoła w 1128 r., a swe znaki – czerwony krzyż – symbol męczeństwa, naszywany na habicie białego koloru symbolizującego czystość – zaczęli powszechnie nosić za czasów papieża Eugeniusza III (1145–1153).

Odróżniały one templariuszy od znaków dwóch innych najsławniejszych zakonów rycerskich – joannitów i krzyżaków. Ci pierwsi, czyli Zakon Braci Szpitalnych św. Jana Jerozolimskiego (Jan to po łacinie Ioannis), mieli białe krzyże na czerwonych płaszczach. Opiekowali się chorymii w razie potrzeby bronili mieczem swego ogromnego szpitalaw Jerozolimie. Budowali też, jak inne zakony, warownie i współtworzyli zbrojną podporę Królestwa Jerozolimskiego. To joannici przejmą ostatecznie sporą część majątku templariuszy po ich kasacie. Z kolei godłem rycerzy teutońskich – Zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, znanych w Polsce pod nazwą Krzyżaków – byłczarny krzyż na białym tle. Zatwierdził ich jako zakon szpitalny papież Innocenty III w 1199 r., a więc później niż joannitów i templariuszy.

Zakony rycerskie miały służyć Kościołowi i państwu na wojnie i podczas pokoju, który przez 200 lat historii Królestwa Jerozolimskiego (1099–1291) zdarzał się rzadko. Templariusze to właśnie czynili – choć jak oka w głowie strzegli swej niezależności od dostojników Kościołaz wyjątkiem papieża – i nie kryła się pod tym żadna sekretna działalność. W końcu ojcem duchowym był im św. Bernard z Clairvaux (1090–1153), przyjaciel Hugona de Payens, największy autorytet tamtych czasów.

Mistyk i erudyta Bernard pomógł rozwiązać trudny dylemat moralny: jak pogodzić mnisie śluby z rzemiosłem wojennym? Wymyślił mianowicie nowe rycerstwo, które dzięki swym cnotom odróżni się od starego –szukającego sławy, zbytku i światowych rozkoszy, a dzięki etosowi służby chrystusowej zyska prawa, jakich normalnie chrześcijaństwo zakonnikom odmawia. Prawa te wynikają z tego, że dotyczą udziałuw wojnie świętej – o krainę Jezusa Chrystusa. W takiej wojnie zabijanie, zwłaszcza niewiernych, nie jest grzechem. Wojownicy świętej wojny nie zabijają tak naprawdę ludzi, tylko zło, którego wrogowie sąwcieleniem. A czy można potępić unicestwianie zła?

Ta niesłychana wolta może dziś budzić mieszane uczucia, ale wtedy okazała się ideowym kołem ratunkowym. Trzeba było więc zdyskredytować troszkę rycerstwo świeckie, by na jego tle pełniejszym blaskiem mogli zabłysnąć templariusze. Nie było to aż takie trudne: wbrew pozorom rycerze tamtych czasów nie cieszyli się powszechną miłością, podziwem i szacunkiem, zwłaszcza u ludu, mieszczan, Żydów i duchowieństwa.Większość rycerzy to byli niepiśmienni nieokrzesańcy, stwarzający często poważne zagrożenie dla systemu społecznego.

Toteż czytamy w „Pochwale nowego rycerstwa” (z lat 30. XII w.) Bernarda: „Trzy są rzeczy zasadnicze i niezbędne w bitwie: aby rycerz był czujny w obronie, szybki w siodle, chyży w ataku. Lecz wy (too starym rycerstwie – przyp. AS) przeciwnie, treficie się jak niewiasty, owijacie stopy w szerokie i długie koszule, a delikatnei wrażliwe dłonie kryjecie w obszernych i powiewnych rękawach. I takosobliwie przystrojeni walczycie o rzeczy najbardziej czcze, jak bezrozumny gniew, żądzę sławy, pożądanie dóbr doczesnych”.

Nowi rycerze – żołnierze Chrystusa – chronią zbroją nie ciało, lecz duszę, nie boją się umrzeć nie dla sławy lub damy serca, lecz dla Chrystusa. Są zdyscyplinowani, umiarkowani w jedzeniu, piciu i stroju, żyją we wspólnocie, bez niewiast i dzieci, bez żadnej własnej rzeczy, zjednoczeni regułą w bojaźni Boga – szanują najlepszego, a nie najszlachetniej urodzonego, oddają sobie nawzajem przysługi i wierni prawu Chrystusowemu wzajem się wspomagają. Nie cierpią szachów i kości, polowanie budzi w nich odrazę, brzydzą się i unikają „mimów, magikówi żonglerów, płochych piosenek i skoków”, a nawet – tu Bernarda chyba poniosła religijna egzaltacja – „włosy strzygą krótko, myją się rzadko, brody noszą skudłaczone, cuchną kurzem, spływają potem od kolczugi i skwaru”.

Intryga Nogareta

W praktyce do tego ideału było daleko. Templariusze modlili się często i przystępowali do sakramentów, ale abnegatami i ascetami nie byli. Wręcz przeciwnie: dryl wojskowo-zakonny starali się łączyć z uprzejmością manier i stylem światowców. Zresztą, jakże mogliby nieprzestrzegać elementarnych zasad higieny w klimacie Palestyny? Ważniejsze wydaje się to, że surowy program Bernarda czynił z templariuszy rodzaj elity i nagradzał ją w ten sposób moralnie zawszelkie wyrzeczenia. Wkrótce na zakon spadł deszcz darowizn, a szeroko zakrojona akcja promocyjna w Europie obrodziła rekrutami, nierzadko z wysokich i możnych rodów. Kropkę nad i postawił papież Innocenty II (protegowany św. Bernarda): bullą nadał templariuszom wielkie przywileje; odtąd zakon szybko rośnie w potęgę i wpływy w Europiei Ziemi Świętej. Staje się w istocie państwem w państwie – posiadaczem wielkich majątków i zamków, flot handlowych i wojennych, bankierem i powiernikiem ogromnych funduszy.

Ale zarazem z tych samych powodów rośnie niechęć, zawiść, a nawet nienawiść do zakonu. Na dodatek ilekroć między templariuszami a władzą kościelną dochodziło na tym tle do waśni, papieże zwykle brali stronę rycerzy. Zwalniali ich od płacenia podatków należnych biskupom, wyjmowali spod kościelno-prawnej jurysdykcji. Ale była czerwona linia, której templariusze nie powinni byli przekraczać: kogo Kościół obłożył klątwą – od tego zakonowi wara. Zdarzało się jednak, że i tu rycerze robili po swojemu. Pochowali na przykład na swoim cmentarzu – to też jeden z przywilejów zakonu! – ekskomunikowanego wielmożę angielskiego, którego na łożu śmierci przykryli zakonnym płaszczem.

Tak powstawało wrażenie, że zakon jest faworytem papiestwa, któremu odpłaca się nie wiadomo w jaki sposób – może tym, że jest średniowiecznym odpowiednikiem służb specjalnych na usługach Rzymu? Prawda jest o wiele mniej sensacyjna. W rzeczywistości za uderzeniem w zakon i jego kasatą krył się mechanizm dobrze znany w każdej epoce historii. Chodziło o rywalizację polityczną, pieniądze i ludzkie ambicje.

Templariusze przez dwa wieki prowadzili coraz bardziej elastyczną politykę, unikając zderzenia z radykałami i fanatykami w Europie i na  Bliskim Wschodzie. Wchodzili nawet w czasowe sojusze z władcami muzułmańskimi, aby tylko ochronić zakon i państwo łacińskie. Nie ustrzegli się jednak ataku ze strony szarych eminencji na dworze francuskim za panowania króla Filipa IV Pięknego. Jego wpływowym doradcą był Wilhelm de Nogaret. Templariusze zarządzali wtedy skarbem królestwa, ale król mógł go w każdej chwili odebrać zakonowi.

To zachęciło Nogareta do uknucia intrygi przeciwko zakonowii kojarzonemu z nim papiestwu. Mówiąc inaczej, sprawa templariuszy wpisuje się nie w jakąś tajemną historię, lecz raczej w dzieje europejskiej walki z wszechpotęgą Kościoła. Nogaret zaaranżował wcześniej podobne procesy polityczne – między innymi przeciwko papieżowi Bonifacemu VIII – których ofiarami byli zawsze ludzie Kościoła. Za każdym też razem scenariusz oskarżeń zawierał podobne elementy: zarzuty o herezję i demoralizację.

Nogaretowi nie udało się jednak osądzić Bonifacego; nad nim samym zawisła groźba klątwy i procesu przed trybunałem inkwizycji. Bez przychylności króla Filipa jego los wydawał się przesądzony. Filipowi zaś zajrzał w oczy kryzys finansów państwowych. Tu tkwiła szansa Nogareta, który w dodatku zyskał poparcie pewnego wpływowego dominikanina Wilhelma z Paryża, któremu z kolei bardzo nie podobały się liczne przywileje templariuszy.

Nogaret najpierw doradził królowi konfiskatę majątku Żydów langwedockich. To jednak jeszcze go nie ratowało – król mógł być wdzięczny, ale papież Klemens V nadal nosił się z zamiarem potępienia Nogareta za obrazoburcze zarzuty pod adresem Bonifacego. Odmówił przyjęcia Nogareta na audiencji. Wtedy Wilhelm wpada na pomysł zamachu na templariuszy. Konfiskata dóbr zakonu byłaby wsparciem króla, a kolejny kryzys w stosunkach państwa z Kościołem na tle zakonu dałby Nogaretowi tak potrzebny mu czas do gry na zwłokę.

Nogaret sfabrykował niesłychane oskarżenie: templariusze są w istocie heretykami, podczas ceremonii przyjęcia nowych rycerzy każą im deptać krucyfiks i pluć na niego, oddają bałwochwalczą cześć jakiemuś Bafometowi, a na domiar złego oddają się rozpuście – rycerzy zmusza się do praktyk homoseksualnych. Nogaret przygotował w imieniu króla tajną instrukcję dla urzędników państwa nakazującą określonego dnia aresztować wszystkich francuskich templariuszy. Tak została przygotowana operacja, jakiej nie powstydziłby się współczesny dyktator, który za jednym zamachem chce wprowadzić stan wojenny i rozbić obóz swych domniemanych czy rzeczywistych przeciwników, obarczając ich potem winami za niepowodzenia swoich rządów.

Proces i legenda

Nic dziwnego, że atak na templariuszy, ich procesy i zagłada rozpalają do dziś wyobraźnię. Kiedy wyrwie się ich sprawę z kontekstu historycznego, można w niej ujrzeć zapowiedź metod totalitarnych, tej plagi nowszej historii Europy i świata. A kiedy pominie się niektóre historyczne dokumenty i świadectwa albo zinterpretuje się je pod z góry przyjętą tezę, templariusze awansują do wyjątkowej roli dziedziców tajemnic niewygodnych dla Kościoła i dlatego skazanych na eksterminację.

We wrześniu 1307 r. Nogaret został kanclerzem królestwa. 13 października wydał rozkaz uderzenia w zakon. Po zerwaniu pieczęci z instrukcji urzędnicy rozpoczęli obławę: aresztowano ok. 3 tys.rycerzy, oskarżonych zostało około tysiąca, 68 umarło na stosie, ilu zmarło w więzieniu, nie wiadomo – i zarekwirowano ich dobra (część skarbu zakonu udało się wywieźć w dotąd nieznanym kierunku). Inkwizytor Wilhelm z Paryża przystąpił do przesłuchań w paryskiej siedzibie templariuszy.

Większość rycerzy i dostojników zakonu – włącznie z mistrzem Jakubem deMolayem – przyznała się do winy; byli jednak i tacy, którzy od początkudo końca tego nie uczynili, a niektórzy odwołali wcześniejsze zeznania. Zaskoczenie, absurdalność zarzutów, groźba tortur i śmierci zrobiły jednak swoje. Wtrąceni do lochów templariusze, poddani psychologicznej obróbce, byli po prostu bezradni – wielu z nich nie miało żadnej solidnej wiedzy o tym, co robi zakonna elita, wielu też było dziećmi swej epoki, w której fantastyczne opowieści i legendy mieszały się w ludzkich głowach ze znaną im rzeczywistością. Bafomet? Badacze epoki wiedzą, że to zniekształcone imię proroka Mahometa – postaci dobrze znanej templariuszom w Ziemi Świętej; ale od znajomości do kultu droga daleka. Gdyby zakon chciał, mógł przecież przejść na islam i opływaćw bajkowe bogactwa Wschodu. Templariusze mogli czcić całun turyński –domniemany wizerunek oblicza Chrystusa – ale przypisywanie im bicia pokłonów przed jakąś głową kozła, kota, maciory czy wręcz diabła –owego Bafometa – to najpewniej wymysł szeptanej propagandy. To samo dotyczy innych oskarżeń. Ale w procesach politycznych nie chodzi przecież o fakty, lecz dyskredytację oskarżonych.

Papież Klemens ociągał się z zajęciem stanowiska. Nie podobała mu się metoda, nie przekonywały zarzuty, rozkazał wszcząć kościelne dochodzenie, ale okazał się ostatecznie bezwolnym narzędziem w ręku króla Francji. W Kościele trwała wtedy ostra walka o władzę, Klemens bał się o życie i na siedzibę zamiast Rzymu wybrał Awinion, co dało początek tzw. 70-letniej awiniońskiej niewoli papieży. Mimo sprzeciwu części dostojników Kościoła, ostatecznie uległ presji Filipai w 1312 r. rozwiązał zakon templariuszy.

Nie z tych jednak powodów legendą templariuszy żywi się kultura masowa. Fakty interesują ją mniej niż legendy i spekulacje. Szczególnie te o wymowie antykościelnej. Ten nurt obsadza templariuszy w roli sensacyjnej, czasem fascynującej, ale pasującej najczęściej do schematów spiskowych teorii historii.

Tak więc – wywodzą miłośnicy sensacji – zakon istnieje do dziś, tylko głęboko ukryty, wywodzą się z niego masoni i inne wpływowe tajne stowarzyszenia; templariusze wymyślili i zbudowali gotyk, ukryli swój skarb gdzieś w Langwedocji, byli prawdziwymi odkrywcami Ameryki, mieli kolonie w Meksyku, skąd wozili do Europy srebro, znali tajemnice magii i alchemii. Ale przede wszystkim znali (i znają) ukrytą przez Kościół tajemnicę związku Jezusa z Marią Magdaleną i ich pobytu na południu Francji – Jezus nie umarł na krzyżu, nie zmartwychwstał, miał z Magdaleną dziecko, które dało początek dynastii francuskich królów. Napisali księgę proroctw Nostradama, wyznawali w istocie pradawny kult Bogini Matki, a nie Matki Bożej, no i byli raczej strażnikami św.Graala niż Świątyni. Sporo, jak na niecałe dwieście lat historii zakonu zakończonej klęską.

Wybitny znawca tematu brytyjski historyk Steven Runciman w swej monumentalnej historii wypraw krzyżowych wystawia tej epoce dziejów, w której mieli swój udział templariusze, dość gorzkie świadectwo. Jego zdaniem, życia intelektualnego Europy państwa krucjatowe nie wzbogaciły prawie zupełnie, utrwaliły za to podział świata chrześcijańskiego, prowadziły do upadku Bizancjum, pomogły zniszczyć tolerancyjny wariant islamu.

„Zwycięstwa każdej krucjaty – ciągnie Runciman – były zwycięstwami wiary. Jednak wiara, której nie wspiera mądrość, jest rzeczą niebezpieczną. W długim procesie wzajemnych oddziaływań i integracji Wschodu z Zachodem, z którego narodziła się nasza cywilizacja, krucjaty stanowiły epizod tragiczny i destrukcyjny. Historyk, który z perspektywy stuleci spogląda na ich rycerskie dzieje, odczuwa podziw przyćmiony smutkiem, że tak niezbicie dowodzą one ograniczeń ludzkiej natury. Znajdujemy w nich bowiem jednocześnie tak dużo męstwa i tak mało honoru, tak dużo poświęcenia i tak mało rozumu. Najwyższe ideały zostały skalane okrucieństwem i chciwością, a energia i wytrwałość zniweczone ślepą, ciasną obłudą. Święta wojna była długim pasmem nietolerancji w imię Boga, co jest grzechem przeciwko Duchowi Świętemu”.

 

Korzystałem m.in. z książek: Martin Bauer, „Templariusze. Mityi rzeczywistość”, Wydawnictwo Dolnośląskie; Georges Bordonove, „Życiecodzienne zakonu templariuszy”, Wydawnictwo Moderski i S-ka; MarionMelville, „Dzieje templariuszy”, IW Pax; Steven Runciman, „Dziejewypraw krzyżowych”, PIW.

 


Strażnicy Świątyni


Zakon rycerski templariuszy powstał w 1118 r. dla ochrony pątników pielgrzymujących do Ziemi Świętej. Miał strukturę zakonno-wojskową. Działał przez prawie 200 lat pod kierownictwem ponad 20 wielkich mistrzów z różnych krajów chrześcijańskiej Europy. Komturie templariuszy istniały także na terenach dzisiejszej Polski. Polacy nie mieli jednak znaczącego udziału w krucjatach. Zakon wyrósł na potęgę militarną i finansową, choć poniósł niejedną sromotną klęskę w wojnach z muzułmanami. Szacuje się, że u szczytu wpływów liczba templariuszy sięgała 20 tys. Upadek Akry (1291 r.), ostatniego bastionu chrześcijańskiego na Bliskim Wschodzie, pozbawił zakony rycerskie typu templariuszy pierwotnej racji bytu. Przenieśli bazę na Cypr, skąd wielki mistrz de Molay – wezwany przez papieża – wyruszył w 1306 r. do Paryża. Powstały plany połączenia templariuszy z joannitami. Doczekały się realizacji dopiero po rozbiciu zakonu Strażników Świątyni. Pod pretekstem fałszywych oskarżeń o herezję, na rozkaz króla Francji Filipa Pięknego, powolny mu rodak papież Klemens V (1305–1314) zatwierdził kasatę zakonu w 1312 r. Mniej tragiczny los niż templariuszy francuskich, w których wymierzony był główny atak – spotkał zakon na Półwyspie Iberyjskim. W Portugalii zostali oni oczyszczeni z wszelkich zarzutów i zasilili nowo utworzony Zakon Rycerzy Chrystusa. Większość ocalałych templariuszy europejskich przeszła do joannitów, których współczesną kontynuacją jest Zakon Kawalerów Maltańskich – potężna charytatywna organizacja pozarządowa.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj