Gwałt i ratunek
80 lat temu w imię sanacji państwa marszałek Józef Piłsudski przeprowadził zamach stanu nazwany potem przewrotem majowym. Wielekroć opisywany i analizowany, czyn ten wciąż rodzi pytania w nowych kontekstach politycznych.


 

 
Wraz z najnowszą ”Polityką” ukazała się druga edycja ”Pomocnika historycznego”. W numerze jest m.in. o czerwcu 1976 r. i narodzinach skutecznej opozycji, morderstwach politycznych w PRL, potędze i zagładzie Templariuszy oraz historii piłki nożnej.

Przeczytaj fragmenty artykułów!

 
Ponoć w tych gorących dniach to pozornie drobny epizod najsilniej wstrząsnął zaprawionym przecież w trudnych sytuacjach Józefem Piłsudskim. Oto 12 maja ok. godz. 17, kiedy stojące po stronie Marszałka oddziały bez walki opanowały warszawską Pragę, pojechał na most Poniatowskiego, by spotkać się z prezydentem Stanisławem Wojciechowskim. Żądał jednego: dymisji gabinetu premiera Wincentego Witosa. Prezydent odpowiedział, że byłoby to sprzeczne z prawem, i zasugerował, by Marszałek podporządkował się legalnemu rządowi. Negocjacje były więc krótkie. Ale to nie zdecydowane stanowisko prezydenta uderzyło Piłsudskiego, lecz podobnie krótka wymiana zdań z młodziutkim porucznikiem Henrykiem Piątkowskim, który dowodził stojącym przy moście plutonem szkoły podchorążych rezerwy. Na wpół żartobliwe pytanie sędziwego Marszałka: „Do mnie, dziecko, będziesz strzelał?”, blady z przejęcia oficer miał odpowiedzieć: „Tak, bo taki mam rozkaz”.

Zamach wcale nie był zaskoczeniem. gdy w maju 1923 r. Józef Piłsudski zrzekał się urzędów państwowych, mało kto sądził, że rzeczywiście wycofuje się z polityki. Sam zresztą pożegnalne przemówienie do swoich współpracowników ze Sztabu Generalnego zakończył znamiennymi słowami: „Do widzenia, panowie”. Już parę tygodni później jego zwolennicy zaczęli porównywać wyjazd Marszałka do podwarszawskiej posiadłości w Sulejówku z zesłaniem Napoleona na Elbę. Sugerowali, że tak jak cesarz Francuzów musi wrócić on do władzy. Równocześnie było jasne, że nie może to nastąpić drogą parlamentarną. Piłsudski nie miał zorganizowanego zaplecza politycznego, a w alianse z żadną partią wchodzić nie chciał, bo zawsze ma to jakąś cenę, a on nie zamierzał uzależniać się nawet od potencjalnych sojuszników.

Już w październiku 1923 r. wyznawcy Marszałka zaczęli sondować, czy nie zdecydowałby się on stanąć na czele zamachu stanu. Jeden z nich, Władysław Baranowski, wspominał, że goszcząc w Sulejówku napomknął gospodarzowi o planie stworzenia tajnej organizacji antyrządowej z udziałem wojskowych. Komendant miał się oburzyć: „Tego absolutnie nie pochwalam, nie aprobuję i nawet na to nie pozwalam – jeśli zapytujecie o moje zdanie i z nim się liczycie. Jako politycy, jako zwykli obywatele robić możecie tak, jak wam nakazuje przekonanie, to sprawa waszego sumienia. Do wojska jednak z tego rodzaju propozycjami zwracać się nie wolno”. Przekonywał, że skoro „sytuacja ciężka i atmosfera nie do zniesienia”, rząd sam się rychło skompromituje. Najskuteczniej można z nim zresztą walczyć zjednując sobie opinię publiczną.

Z zamachem stanu już wtedy liczył się też rząd. Nie bez powodu agenci policji nieustannie obserwowali dworek Piłsudskiego.

Sam Piłsudski zaczął myśleć o sięgnięciu po radykalne środki dopiero wiele miesięcy później – w okolicach lata 1925 r. Kazimierz Bartel, którego po zamachu majowym Marszałek wysunął na stanowisko premiera, zdradził potem, że obietnicę taką dostał w Sulejówku już w połowie września 1925 r. Lecz nawet kiedy 15 listopada – „w pierwszą niedzielę po siódmej rocznicy powrotu Marszałka z twierdzy magdeburskiej i wypędzeniu okupantów” – do Sulejówka manifestacyjnie zjechało specjalnym pociągiem kilkuset oficerów i 12 generałów służby czynnej, zdecydowanych na udział w buncie i bez większych ogródek wzywających Piłsudskiego do wzięcia przy ich pomocy władzy dyktatorskiej, Komendant oczekiwanego rozkazu nie wydał. Niedoszli zamachowcy nie kryjąc rozczarowania odjechali do jednostek. Na dodatek dowództwo ukarało niektórych zesłaniem do odległych garnizonów – bo władze nie mogły już udawać, że nie doszło do rażącej niesubordynacji. Nie pomogło: gen. Edmund Kessler alarmował władze, że oddziały wierne Piłsudskiemu nadal przygotowują się do zamachu stanu.

Ale sam Marszałek zdecydował się na dobre dopiero na początku maja 1926 r. Najpierw siłą swych wpływów spowodował, że 8 maja minister spraw wojskowych gen. Lucjan Żeligowski mianował go zwierzchnikiem manewrów kilku pułków garnizonu stołecznego na poligonie w Rembertowie. Choć 10 maja nowy minister obrony odwołał ćwiczenia, następnego dnia wieczorem Piłsudski w swoim dworku konferował z dowódcami wciąż zgrupowanych pod Warszawą oddziałów i innymi swoimi zwolennikami w wojsku. A w środę 12 maja o godz. 7 wyjechał z Sulejówka. Żonie powiedział podobno, że wróci na obiad jak zwykle na pół do trzeciej. Chciał spotkać się z prezydentem, ale ten wyjechał do Spały. Ma to być dowód, że Piłsudski wcale nie chciał przeprowadzać puczu, bo sądził, iż jego autorytet połączony z zademonstrowaniem poparcia ze strony wojska wystarczy, by wymusić pożądane zmiany w państwie.

Jeszcze wczesnym przedpołudniem na ulicach stolicy rozległy się charakterystyczne nawoływania gazeciarzy reklamujących ukazujący się rano „Przegląd wieczorny”: „Zamach na marszałka Piłsudskiego!”. Wedle pisma, w nocy willa Marszałka została zaatakowana przez „grupy jakichś podejrzanych indywiduów”. Bandy te miały ostrzelać zabudowania „ogniem, zdaje się, karabinowym i rewolwerowym”. Choć niektóre inne tytuły zdementowały te sensacje (a sprawy i potem nie wyjaśniono), wieść o zamachu na Komendanta poszła w lud.

Więcej: polityczny sztab Piłsudskiego sugerował, że nocne wydarzenia stały się powodem, dla którego wojsko zdecydowało się stanąć po stronie atakowanego. W komunikacie stwierdzono: „Marszałek Piłsudski wczesnym rankiem wyjechał autem do Warszawy, by władzom państwowym przedstawić niesłychany napad na swój dom. W drodze jednak oddziały wojskowe w Rembertowie zatrzymały pośród siebie p. Marszałka, obawiając się o całość jego osoby i zwróciły się przez swych dowódców do dowódcy Centrum Wyszkolenia gen. Pricha o wydanie zarządzeń dla ochrony bezpieczeństwa Jego osoby oraz rodziny i domu. Gen. Prich odpowiedział, że znajduje się w bardzo trudnem położeniu, gdyż rozkazy, jakie otrzymał, polecają mu skierować pogotowie właśnie przeciw Sulejówkowi, w tym też kierunku są nastawione działa, nabite ostremi nabojami. Stan ten spowodował niesłychane wzburzenie wśród oddziałów wojskowych i spowodował samorzutne pogotowie w całym garnizonie warszawskim i okolicznych”.

Tak czy tak, w stronę stolicy wyruszyły oddziały z Rembertowa oraz z pobliskich garnizonów w Siedlcach i Mińsku Mazowieckim. Około godz. 16 Piłsudski dotarł na Pragę i nakazał powstrzymanie marszu. Był zapewne przekonany, że wszystko rozstrzygnie się szybko, bezkrwawo i po jego myśli – czyli dymisją rządu i powołaniem w porozumieniu z prezydentem nowego gabinetu. Nie bez powodu właśnie 12 maja zapewniał dziennikarzy: „Decyzję wystąpienia powziąłem z postanowieniem obalenia rządu, nie występując przeciw osobie prezydenta Wojciechowskiego”, i podkreślał, że nie ma mowy o zamachu stanu, lecz tylko o zbrojnej demonstracji przeciwko rządowi.

Tymczasem obradujący przez cały dzień rząd nie zgodził się ze swoim premierem, który zaproponował ustąpienie. W oporze wspierali go skądinąd niektórzy generałowie, sugerujący, że bez trudu opanują bunt przy pomocy wiernych sobie oddziałów. Twarde stanowisko miał przedstawić Piłsudskiemu sam prezydent podczas spotkania na moście Poniatowskiego. Nie bez powodu Wojciechowski powitał tam Marszałka – z którym znali się przecież od prawie 30 lat z czasów pepeesowskiej konspiracji – tyleż oficjalnie, co jednoznacznie: „Stoję na straży honoru Wojska Polskiego, reprezentuję tutaj Polskę”.

Takie stanowisko oznaczało, jak błędne były rachuby Piłsudskiego. Gdy doszła jeszcze rozmowa z młodym porucznikiem, Marszałek praktycznie załamał się: miast dowodzić swoimi żołnierzami, cały wieczór spędził na kozetce w koszarach 36 pułku piechoty na Pradze. Nie reagował na prośby oficerów o dalsze rozkazy, a tylko wspominał stare czasy I wojny światowej. Dowództwo nad zbuntowanymi oddziałami samorzutnie przejął gen. Gustaw Orlicz-Dreszer, a pomagał mu szef sztabu buntowników ppłk Józef Beck. To oni doprowadzili operację do końca.

W końcu ok. godz. 19 padły pierwsze strzały. oddziały z Pragi przeszły przez most Kierbedzia i dotarły do placu Zamkowego. Rząd ogłosił stan wojenny. Lecz następnego dnia na rozkaz Marszałka natarcie wstrzymano, bo rozpoczęły się próby mediacji z udziałem marszałka sejmu Macieja Rataja i arcybiskupa warszawskiego kard. Aleksandra Kakowskiego. Premier Witos ponowił gotowość ustąpienia, ale znowu nie zgodziło się na to jego otoczenie. Więcej, po południu wojska rządowe przeszły do kontrataku. Natarcie było zdecydowane, ale się załamało. Nastąpiła kolejna runda mediacji – znowu bez efektu.


14 maja na stronę Piłsudskiego przeszły kolejne oddziały garnizonu warszawskiego. Po południu jego zwolennicy dotarli pod Belweder, w którym przebywał prezydent i rząd. Głowa państwa i członkowie gabinetu pieszo przedostali się do Wilanowa. Choć wojskowi chcieli walczyć dalej, licząc na wsparcie garnizonów z głębi kraju, prezydent i ministrowie tym razem zgodzili się z Witosem, by w imię uchronienia państwa przed wojną domową ogłosić kapitulację. Wiedzieli, że dwaj sąsiedzi mogliby to wykorzystać, zagrażając nawet istnieniu Rzeczpospolitej. Znamienne, że – jak się zdaje – brał to pod uwagę także Piłsudski, bo w przygotowaniach do swej operacji zakazał wciągania do niej dywizji tak z sowieckiego, jak niemieckiego pogranicza. Prezydent miał powiedzieć wtedy: „Wolę, by Piłsudski objął władzę choćby i na dziesięć lat, niż żeby na sto lat Polskę zagarnęły Sowiety”. Obowiązki głowy państwa przejął marszałek sejmu Maciej Rataj.

Łącznie podczas przewrotu majowego w Warszawie walczyło ok. 18 tys. żołnierzy – z czego 6 tys. po stronie rządu. Zginęło 379 osób – w tym 164 cywilów, było 920 rannych. Ale to nie wynik walki zbrojnej okazał się decydujący. Sprawę przesądziły decyzje polityczne partii lewicowych oraz związków zawodowych: strajk powszechny ogłoszony przez Polską Partię Socjalistyczną oraz zablokowanie przez kolejarzy węzła w Kutnie, co wstrzymało jadące na odsiecz rządowi pułki z Wielkopolski i Pomorza.

Najważniejszym z motywów piłsudskiego był stan państwa: przekonanie, że zbyt dużo jest w kraju nieprawości. Nie bez powodu jedno z kluczowych haseł puczystów brzmiało: „Nie damy rozkradać Polski”, a zasadniczą ideą nowej ekipy była „sanacja moralna kraju”. Swoje argumenty Marszałek precyzyjnie, choć w ostrych słowach, wyłuszczył w serii wywiadów dla bliskiego mu „Kuriera Porannego”. Krytykował w nich – tak jak czynił to wielokrotnie przed zamachem – postępowanie stronnictw politycznych, ich niezaradność, prywatę posłów, korupcję. Wspominał o hańbie, jaką było zabójstwo prezydenta Gabriela Narutowicza. Kpił z gadulstwa polityków. Zarzucał im brak odpowiedzialności i manię wielkości. Podnosił, że konstytucja ubezwłasnowolnia prezydenta. A elity przywódcze oskarżał o ubliżanie godności państwa, a zwłaszcza o paraliżowanie działalności kolejnych rządów.

Tezy te mogły liczyć na akceptację społeczną. Polacy pamiętali choćby niedawne losy rządu Władysława Grabskiego, któremu sejm udzielał poparcia jedynie do czasu, gdy nie pojawiły się pierwsze – spore, ale nieuniknione – koszty zakrojonego na wielką skalę programu reform gospodarczych. Kredytu politycznego zaufania wystarczyło ledwie na dwa lata.

Następne miesiące – licząc od połowy listopada 1925 r. – były już czystą sejmokracją: wbrew idei podziału władz nowa ekipa Aleksandra Skrzyńskiego musiała targować się z parlamentem o każdy projekt ustawodawczy i konsultować najdrobniejsze decyzje. Nic dziwnego, że gabinetowi starczyło pary tylko na kilka miesięcy. 5 maja Skrzyński podał się do dymisji, a pięć dni później po serii chaotycznych poszukiwań kandydata na nowego premiera ogłoszono nim Wincentego Witosa, reprezentującego wtedy koalicję partii prawicowych z endecją i chadecją na czele. Nowy premier zapowiedział rządy silnej ręki, a jedną z pierwszych decyzji nowej władzy była konfiskata mocno krytycznej wypowiedzi Piłsudskiego dla prasy. Prawicowa opinia zażądała nawet wtedy aresztowania Marszałka.

Nie da się więc wykluczyć, że podejmując decyzję o operacji majowej Piłsudski brał pod uwagę możliwość przeprowadzenia podobnego zamachu stanu przez prawicę. Pogłoski o takich planach krążyły wtedy po kraju. Sam Roman Dmowski w grudniu 1925 r. marzył na łamach „Gazety Warszawskiej”: „Gdybyśmy byli podobni do dzisiejszych Włoch, gdybyśmy mieli taką organizację jak faszyzm, gdybyśmy wreszcie mieli Mussoliniego, największego niewątpliwie człowieka w dzisiejszej Europie, niczego więcej nie byłoby nam potrzeba”. Nie bez powodu zatem jeden z największych autorytetów PPS, poseł Herman Lieberman, przemawiając na zgromadzeniu 1-majowym, ostrzegał, że w Europie istnieje duże niebezpieczeństwo przejęcia władzy przez dyktaturę prawicową. Równocześnie przepowiadał, że także w kraju „wydarzenia rozwiną się w szybkim tempie”. O scenariuszu puczu narodowej prawicy wspominali też w swych raportach dyplomaci.

Elementy ideowo-programowe zawierał głośny rozkaz Marszałka z 22 maja „Do wojska”. Tekst był wyraźnie koncyliacyjny. Piłsudski nie atakował w nim swoich przeciwników. Stwierdzał: „W jedną ziemię wsiąkła krew nasza, ziemię jednym i drugim jednakowo drogą, przez obie strony jednakowo umiłowaną. (...) Niech Bóg nad grzechami litościwy nam odpuści i rękę karzącą odwróci, a my staniemy do naszej pracy, która ziemię naszą wzmacnia i odradza”. Sytuacji po zamachu dotyczyło jedno zdanie: „Stanąłem znowu na waszym czele”.

Przeprowadzony siłą zamach stanu został wkrótce zalegalizowany: po tym, jak prezydent przekazał swe funkcje marszałkowi sejmu, ten – a nie puczyści – wyznaczył nowy rząd. Tyle że z faworyzowanym przez Piłsudskiego Kazimierzem Bartlem na czele. Z kolei stary skład parlamentu – a więc ten, przeciwko któremu dokonano w gruncie rzeczy zamachu – wybrał nowego prezydenta. Tyle że został nim Piłsudski. Wbrew oczekiwaniom, odmówił jednak przyjęcia urzędu, proponując w swe miejsce kandydaturę szerzej nieznanego Ignacego Mościckiego.

Co równie ciekawe, Marszałek bynajmniej nie chciał zmieniać systemu politycznego ani też przeprowadzać daleko idących reform społecznych. To m.in. dlatego na samym początku zapowiedział, że nie zamierza ani tworzyć, ani stawać na czele żadnej partii. Ostentacyjnie odciął się od ekstowarzyszy z PPS, których poparciu zawdzięczał w dużej mierze zwycięstwo. „Mieliby później z tego tytułu pretensję, żebym ja wykonywał ich programy czy plany” – tłumaczył.

Zastrzegał, iż nie zamierza zmieniać konstytucji i rozwiązywać parlamentu. Dowodził, że i w ramach obowiązującej ustawy zasadniczej można wiele zdziałać, do rozpędzenia sejmu nie ma upoważnienia konstytucyjnego, a poza tym chce dać demokratycznie przecież wybranym posłom szansę na odnowę moralną. Także rząd nadal miał odpowiadać przed parlamentem. Marszałek domagał się jedynie wzmocnienia pozycji prezydenta poprzez przyznanie mu prawa rozwiązania parlamentu (dotąd sejm i senat mogły tylko same zdecydować o zakończeniu swych kadencji przed terminem) oraz możliwości wydawania dekretów z mocą ustawy. W przemówieniu do parlamentarzystów, a potem w wywiadach wypowiedział też słynne zdanie: „Wiem, iż Polską można rządzić bez bata” (w innej wersji: „Spróbuję, czy Polską można rządzić bez bata”).

Sejm bez większych oporów przyjął te żądania. Jeden z przeciwników Piłsudskiego ocenił je ponoć jako „gotowanie jajka na kotle okrętowym”, co miało wyrażać niewspółmierność użytych środków w postaci puczu do jego efektów.

Kłopot w tym, że z czasem wyszły na jaw już faktycznie groźne skutki zamachu. Coraz częściej pojawiały się dalece bardziej kontrowersyjne pomysły legislacyjne. Ich głównym krytykiem był w sejmie poseł Lieberman, który już w dyskusji o przyznaniu prezydentowi prawa do wydawania dekretów przekonywał, że choć szanuje Piłsudskiego i premiera Bartla, to kompetencje takie poniżać będą republikę demokratyczną, a wprowadzająca je ustawa „powinna się nazywać ustawą o dyktaturze, a nie pełnomocnictwach”.

Za datę przełomową Lieberman uznał jednak dopiero dzień 4 listopada 1926 r., kiedy to prezydent RP podpisał rozporządzenie o karach za rozpowszechnianie nieprawdziwych wiadomości i zniewagę władz państwowych. Przewidywał on sankcjonowanie niemiłych władzom wystąpień publicznych, ale – co jest kluczowym novum – o winie i karze decydować miały organy administracji. Tym samym nowe prawo łamało nie tylko swobodę myśli i przekonań, ale też zawartą w konstytucji regułę, że w przypadku przestępstw mogących mieć charakter polityczny orzekać ma sąd przysięgłych. Dekret stał się symbolem pomajowych porządków i stylu myślenia nowej władzy. Dzień po jego oficjalnym ogłoszeniu Lieberman stwierdził w „Robotniku”: „Rząd źle zdał egzamin ze swoich pełnomocnictw ustawodawczych udzielonych mu przez sejm. Od czasu wejścia w życie dekretu Polska przestała być państwem konstytucyjnym, a stała się państwem policyjnym”. Dowodził, że władza spoczywa teraz w rękach wojewodów i komisarzy. Choć był socjalistą, nie zważał w swej krytyce na fakt, że dekret wymierzony został głównie w prasę prawicową, która najostrzej atakowała wtedy parlament. „To nas nie uwalnia od obowiązku obrony wolności” – odpowiadał krytykom z własnej partii. W końcu jednak – i to kolejny paradoks – udało mu się przekonać innych posłów i w grudniu sejm uchylił nowe prawo.

Potem, na początku lutego 1928 r., prezydent wydał dekret Prawo o ustroju sądów powszechnych. Reakcją Liebermana był ogłoszony w „Robotniku” artykuł „Niezawisłość sędziowska”. Poseł-adwokat przyznawał, że reforma sądownictwa jest potrzebna, a kilka rozwiązań zasadnych. Lecz generalna idea dekretu – sprowadzająca się do przekazania olbrzymiej władzy nad sądami Ministerstwu Sprawiedliwości – narusza konstytucyjną zasadę niezawisłości sędziowskiej. Minister (oraz prezydent) miałby m.in. możliwość przenoszenia sędziów bez ich zgody do innej miejscowości lub w stan spoczynku, co daje olbrzymie pole do nacisków. „Sąd musi być silny, to jest niezależny i wolny, posłuszny tylko prawu i zasadzie sprawiedliwości. Inaczej będzie się uginał i drżał przed każdym zmarszczeniem brwi ministra, a to musiałoby się zakończyć katastrofą moralną społeczeństwa” – ostrzegał Lieberman.


A kiedy minister sprawiedliwości Stanisław Car zadeklarował, że nie zamierza przeprowadzać rugów politycznych, Lieberman wytknął mu, że dopiero co przeniósł w stan spoczynku tego z prezesów Sądu Najwyższego, który niegdyś sprzeciwiał się jego bezprawnej nominacji na komisarza wyborczego i znany był z niechęci do prezydenckich dekretów. Przypomniał też, że minister z natury jest stanowiskiem politycznym i „działa czasem z rozkazu”. Car przyznał: „Takie czasy”. Lecz znowu: posłowie przegłosowali, że przenosić będzie można tylko sędziów niższego szczebla.

Od 1928 r. aparat władzy coraz mniej liczy się z parlamentarnymi regułami walki politycznej. Kulminacją staje się rozwiązanie sejmu w 1930 r. i uwięzienie posłów opozycji w twierdzy Brzeskiej. Wtedy wielu obywateli ostatecznie pozbyło się złudzeń.

Zamach majowy miał i inny skutek dla świadomości społecznej: był nim wstrząs, że w kraju mogło dojść do bratobójczej walki i Polak mógł strzelać do Polaka. Okazało się także, iż wojsko może okazać niesubordynację, podzielić się na to wierne Piłsudskiemu i to wierne rządowi.

Osobną kwestią jest, jak puczyści odnieśli się do pokonanych. Kilku wiernych rządowi oficerów internowano. W wileńskim więzieniu na Antokolu osadzono gen. Tadeusza Rozwadowskiego, bohatera wojny 1920 r., o którym sam Piłsudski pisał, że to „człowiek o wielkiej wiedzy, fachowej i żywej inteligencji. (...) W nieszczęściach jedyny: nie opuszcza go nigdy zdrowy optymizm, tężyzna żołnierza i dobry humor”. W krytycznych dniach decyzją prezydenta Rozwadowski został naczelnym dowódcą wojsk rządowych. Gen. Leon Berbecki, wówczas dowódca trzeciego korpusu w Grodnie, po uwięzieniu Rozwadowskiego wspominał: „Byli głodzeni, odmawiano im wydawania książek, pisania listów lub wnoszenia zażaleń do władz wyższych. (...) Celowo utrzymywano w celach niską temperaturę i stosowano szereg innych wyrafinowanych metod, wzorowanych na carskiej ochranie”. Gen. Rozwadowski po zwolnieniu nieustannie chorował. Zmarł w roku 1928. Pytanie brzmi: czy Marszałek wiedział, jak traktuje się jego przeciwników? Zresztą nawet jeśli nie wiedział, odpowiadał za wyczyny podwładnych.

Kto wie jednak, czy największą porażką Marszałka nie okazała się obojętność większości społeczeństwa wobec samej idei sanacji moralnej. Nieporozumieniem okazał się pomysł powołania Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, mającego być rodzajem solidarystycznego ruchu społecznego wspierającego program walki z „nieprawością”.

Nowa struktura nie zjednała sobie większości obywateli, przyciągała za to – co było do przewidzenia – gromady karierowiczów i oportunistów. Symbolem nowej atmosfery niech będzie fakt, że po zamachu majowym i po powrocie Piłsudskiego do władzy w dobrym tonie było kupowanie działek letniskowych możliwie blisko Milusina, czyli posiadłości Piłsudskich w Sulejówku, oraz zlecanie projektowania stawianych tam domów architektowi Skórewiczowi, który pracował też dla Marszałka.

Od pierwszych dni zamachu podlegał on skrajnym ocenom. Wielki sympatyk Marszałka Eugeniusz Kwiatkowski, który zresztą w wyniku zamachu został ministrem, podnosił w swoich pamiętnikach, że „przełom dokonany przez Piłsudskiego rozgraniczył dwie epoki: okres marazmu politycznego i gospodarczego od okresu niewątpliwych i wszechstronnych sukcesów”. Podawał, że dzięki szybkim decyzjom i „zwartości rządu” zanikła wtedy „plaga bezrobocia”, ożywiło się budownictwo, wzrastała konsumpcja, wyrównał się bilans płatniczy i handlowy, wzrósł kurs waluty, a złoty się ustabilizował. Kwiatkowski, współautor tych osiągnięć, przyznawał równocześnie, że nowej ekipie sprzyjało szczęście, bo koniunktura gospodarcza ożywiła się wtedy na całym świecie.

Z drugiej strony, nawet tak zacięty opozycjonista jak poseł Herman Lieberman przyznawał w tekście dla niemieckiej gazety socjaldemokratycznej „Vorwarts”: „Piłsudski to ani Mussolini, ani Lenin, ani przywódca socjalistyczny. Jest to twór szczególny polskich stosunków społecznych i politycznych. (...) Nie można mówić o reakcyjności reżimu Piłsudskiego, ale nie ulega wątpliwości, że jest on pełną niebezpieczeństw przerwą w rozwoju społecznym i politycznym Polski”. Warto dodać, że Lieberman trafił potem na ławę oskarżonych w procesie brzeskim, a w śledztwie był bity i poniżany.

Spory o zamach majowy nie ustały i po upadku II RP. Oczywiście za czasów PRL miały swą specyfikę. Wolność opinii była wszak ograniczona reżimową cenzurą – przynajmniej do połowy lat 70., kiedy to powstał niezależny ruch wydawniczy. Na oceny wpływać musiał też fakt, że Piłsudski w oficjalnej propagandzie kreowany był na postać co najmniej złowrogą. Historycy – ulegli władzy bez skrupułów – podejmowali tę dyrektywę, ale równocześnie zdarzało się, że w opracowaniach opozycyjnych na zasadzie reakcji obronnej wszelkie działania Marszałka były bezkrytycznie wybielane. I wreszcie: dyskusja o historii była w tych czasach zastępczą formą debaty o sprawach aktualnych.

Dziś nie warto już przypominać marksistowskich historyków-propagandzistów, którzy – realizując partyjne wytyczne dezawuowania Piłsudskiego – stwierdzali, że zamach majowy otwierał „możliwości rozwoju faszyzmu w Polsce”. Warto za to przytoczyć inne krążące wówczas opinie, zwłaszcza że często ukazują różne aspekty maja 1926 r.

I tak prof. Andrzej Garlicki w wydanej w latach 70. monografii „Przewrót majowy” stwierdzał: „Przewrót majowy zamknął krótki, bo kilkuletni zaledwie, okres parlamentaryzmu. Parlament wprawdzie pozostał, ale utracił swą rolę nadrzędną, a w miarę upływu czasu stawał się coraz bardziej dekoracją maskującą dyktaturę”. Garlicki uwzględniał też w swej ocenie wątek klasowy. Ale za istotę wydarzeń majowych uważał fakt, że „od tego czasu nie prawo pisane stanowiło najwyższą normę, lecz wola zwycięzcy. On bowiem, niezależnie od zachowania dawnych struktur prawnych, miał nieograniczoną możliwość podejmowania decyzji i on był jedyną instancją odwoławczą”. Podsumowanie musiało być ostre: „Na tym – niezależnie od form zewnętrznych – polega dyktatura”.

Z kolei związany z opozycją prof. Andrzej Friszke poświęcony zamachowi i jego skutkom rozdział swojej książki „O kształt Niepodległej” zatytułował znamiennie „Pluralistyczny autorytaryzm”. Ale już inny opozycjonista Adam Michnik, w pochodzącym z 1974 r. i głośnym potem wśród ówczesnej opozycji eseju „Cienie zapomnianych przodków”, choć z uznaniem opisywał strategię i myśl polityczną Piłsudskiego, to zamach majowy określał jako mroczny punkt jego biografii. Wypadki 1926 r. oceniał jako złamanie konstytucji. Więcej: uznawał je za początek późniejszych równie niesławnych wydarzeń: „Konflikty z sejmem przygotowały hańbę Brześcia. Brześć, ten rzadko przedtem w naszych czasach spotykany sposób walki z opozycją, był fragmentem niszczenia kultury politycznej narodu. Z ducha Brześcia wyrosła Bereza, Ozon i groźny obyczaj elity władzy, która poczęła traktować państwo i naród jak swój prywatny folwark”.

Na ten ostatni skutek zamachu zwracał też uwagę Janusz Żarnowski: „Po przewrocie majowym wytworzyła się nowa warstwa rządząca, złożona z części dawnych legionistów, która objęła teraz różne stanowiska oraz z »nowych« piłsudczyków, tzw. czwartej brygady, która do legionistów dołączyła. Posiadacze stanowisk wyższego i średniego szczebla w wojsku, dykasteriach administracyjnych i w gospodarce zetatyzowanej (pamiętajmy o jej wielkiej roli w ówczesnej Polsce) stanowili trzon tej warstwy”.

Historyk ustroju prof. Andrzej Ajnenkiel proponował analizować zamach majowy z uwzględnieniem ówczesnych tendencji historycznych na kontynencie – jako jeden z „puczów antyparlamentarnych, jakie nastąpiły w Europie lat międzywojennych poczynając od marszu Mussoliniego na Rzym”.

Równocześnie, jak zauważył emigracyjny historyk Paweł Zaremba w swojej monumentalnej „Historii dwudziestolecia”, z punktu widzenia prawa państwowego marsz na Warszawę niezależnie od intencji Piłsudskiego był zamachem stanu. Rzecz w tym, że ocena polityczna maja 1926 r. może być całkiem inna – „jak w każdym przypadku, gdy zamach stanu się udaje i gdy staje za nim w czasie jego trwania i bezpośrednio potem duża część społeczeństwa”.

To dlatego można zastanawiać się też nad wyrażoną już w ostatnich latach diagnozą Leszka Moczulskiego, wedle którego „Występując przeciwko rządowi prawicy, Marszałek starał się powstrzymać lewicę. Odmówił wydania broni dla przedmieść robotniczych, odrzucał żądania, aby rozwiązał Sejm i ogłosił się dyktatorem. Ciągle liczył na rozsądny kompromis”. Nawiązując do terminów lewica–prawica Piłsudski wypowiedział się wyraźnie: „Polska (...) musi unikać ryzykownych eksperymentów. Ryzykanctwa lewicy i prawicy są w równowadze u nas, czego dowodzi ta słaba większość, wskutek której uchwala się ustawy. (...) Nie polityką partyj Polska może się dźwignąć”. Działanie Piłsudskiego – wedle Moczulskiego – było więc w rzeczywistości wymierzone w oba radykalne skrzydła polskiej sceny politycznej. Niebezpieczeństwo potęgował fakt, że kraj był rozdarty także terytorialnie („Poznańskie opowiadało się, prawie jednolicie, za prawicą. Lewica była potężna w Galicji i Kongresówce”), a „z Kominternu napływały instrukcje, jak przyspieszyć rozkład”. Moczulski podsumowuje: „Tylko stanowcze działanie mogło zapobiec najgorszemu. [Piłsudski] ratował Rzeczpospolitą przed śmiertelnym konfliktem, może wojną domową i upadkiem państwa. Ratował też demokrację. Gdyby zwyciężyła prawica – musiałaby okiełznać lewicę; gdyby zwyciężyła lewica – doszłoby do rewolucji społecznej. Każdy z tych przypadków oznaczał koniec demokracji”.

Demokracja to trudna rzecz. Gdy pojawił się ktoś, kto wziął na siebie odpowiedzialność za państwo, ludzie chętnie mu zawierzyli, zwłaszcza że był to sam Piłsudski. Społeczeństwo tamtych lat było patriotyczne, ale nie było obywatelskie. Zamach może spełniał oczekiwania części społeczeństwa co do rządów silnej ręki i okazał się rozwiązaniem skutecznym, ale był też rozwiązaniem nader ryzykownym. Mógł się nie skończyć po trzech dniach i nawet zapoczątkować wojnę domową. Nie mówiąc już o wszelkich jego negatywnych skutkach dla tradycji demokratycznej w Polsce.

 
Korzystałem z: Andrzej Chojnowski „Piłsudczycy u władzy. Dzieje Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem”, Wrocław 1986; Jacek Czajowski, Jacek M. Majchrowski „Sylwetki polityków Drugiej Rzeczypospolitej”, Kraków 1986; Andrzej Friszke „O kształt Niepodległej”, Warszawa 1987; Andrzej Garlicki „Przewrót majowy”, Warszawa 1979; Wacław Jędrzejewicz „Kronika życia Józefa Piłsudskiego 1867–1935”, Warszawa 1989; Włodzimierz Kalicki „Powrót do Sulejówka”, „Magazyn Gazety Wyborczej”, 2000 r.; Artur Leinwand „Poseł Herman Lieberman”, Kraków 1983; Adam Michnik „Szkice”, Kraków 1981; Józef Piłsudski „Pisma”, b.m.w. 1985; Szymon Rudnicki „Obóz Narodowo-Radykalny. Geneza i działalność”, Warszawa 1985; Paweł Zaremba „Historia dwudziestolecia (1918–1939)”, Warszawa 1983.

x

Co tak naprawdę wydarzyło się przed 70 laty?
Jak wyglądało życie i śmierć miasta?

Fascynujący Pomocnik Historyczny POLITYKI o Powstaniu Warszawskim

  • Kalendarium
  • Mapy powstania, frontu i zrzutów
  • Szlaki cichociemnych
  • Relacje i zdjęcia

Najnowsze wydanie Pomocnika Historycznego jest już dostępne online w ramach prenumeraty Polityki Cyfrowej.

Kup teraz

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij