Ambicja ukarana
Oto pouczająca opowieść o Pauzaniaszu, spartańskim królu, zwycięzcy w bitwie pod Platejami, skazanym przez swoich rodaków na karę śmierci za zdradę – jak się zdaje, całkiem słusznie. A był on ważnym uczestnikiem jednego z najbardziej dramatycznych momentów w historii świata: gdyby Persowie skutecznie podbili Helladę, Europa wyglądałaby dziś zupełnie inaczej.
Znalezione w Sparcie popiersie hoplity, które powszechnie, choć błędnie, uznaje sie za podobiznę Leonidasa
DAVID HOLT/Flickr CC by SA

Znalezione w Sparcie popiersie hoplity, które powszechnie, choć błędnie, uznaje sie za podobiznę Leonidasa

Nie wiemy dokładnie kiedy, ale zapewne gdzieś w drugiej połowie II w. n.e., pewien erudyta, pisarz, miłośnik Homera i zapalony turysta, korzystając z uroków pax romana, udał się w podróż po Grecji. W czasie wędrówki opisywał miejsca przez siebie odwiedzone, pozostawiając w darze potomnym „Przewodnik po Helladzie”. Wśród miejsc, które zdołał obejrzeć, znalazła się też pewna stara świątynia w Sparcie, z jej największą historyczną osobliwością – dwoma bliźniaczymi posągami z brązu. Musiały one zainteresować podróżnika, przedstawiały bowiem jego imiennika, sławnego wodza i zwycięzcę z czasów wojen perskich – spartiatę Pauzaniasza. Żeby wyjaśnić, skąd wzięły się tam owe posągi i dlaczego akurat dwa, musimy cofnąć się o sześćset lat do jednego z najważniejszych i najbardziej dramatycznych momentów w historii świata.

Nadciągają Persowie

Wiosną 480 r. p.n.e. Kserkses, Wielki Król, ruszył z Persji na podbój Grecji z armią, jakiej świat dotąd nie widział. Dziesięć lat wcześniej poprzednik Kserksesa Dariusz próbował ukarać Ateńczyków za pomoc udzieloną przez nich Jończykom zbuntowanym przeciw perskiemu panowaniu. Dwustutysięczna armia ruszyła wtedy zdobywać Ateny; sto tysięcy ludzi stanęło na równinie maratońskiej przeciw ledwie dziesięciu tysiącom hoplitów , którymi dowodził strateg Miltiades, i te dziesięć tysięcy zadało Persom druzgocącą klęskę. Ci zaś z porażki wyciągnęli błędny wniosek – uznali, że przyczyną niepowodzenia była zbyt mała liczba żołnierzy.

Przygotowania do kolejnej wyprawy trwały cztery lata. Trzon sił Kserksesa stanowiły oddziały Persów i Medów. Poza nimi w ekspedycji brało udział jeszcze trzydzieści osiem innych ludów, różniących się pochodzeniem, językiem, sposobem walki, zjednoczonych tylko strachem przed gniewem Wielkiego Króla. Jego żołnierze szli na wojnę uzbrojeni w łuki, maczugi, włócznie z nadpalonymi końcami, trzcinowe strzały, drewniane hełmy, skórzane i plecione tarcze. Wśród wszystkich tych wojsk brakowało tylko ciężkozbrojnej piechoty. Perscy wodzowie nie umieli wyciągnąć wniosków z nauczki danej im pod Maratonem.

Jazda, główna siła uderzeniowa armii Kserksesa, składała się ze szwadronów konnych, wozów bojowych i oddziału arabskich jeźdźców dosiadających wielbłądów. Flota liczyła tysiąc dwieście jednostek, z których największą wartość miały okręty zniewolonych Jonów i nienawidzących ich serdecznie Fenicjan. Wedle Herodota samych żołnierzy (bez sług, obozowych ciurów, kucharzy, tancerek i kupców) miało być milion siedemset tysięcy. Czcigodny Ojciec Historii zapewne przesadził; nawet jednak, gdy zredukujemy tę liczbę do trzydziestu procent, łatwo zrozumiemy skalę logistycznego koszmaru, z jakim musieli zmierzyć się perscy generałowie.

Aby przeprawić armię z Azji do Europy, wybudowano mosty łączące brzegi Hellespontu. Pierwszy został zerwany przez burzę; budowniczych ukarano śmiercią, zaś nieposłuszne morze Wielki Król kazał wychłostać i napiętnować. Zmotywowana w ten sposób druga ekipa inżynierów wzniosła dwa kolejne mosty, oparte na sześciuset siedemdziesięciu okrętach, przez które armia Kserksesa przeszła suchą nogą z Azji do Europy.

Koalicja po grecku

Świat grecki, przeciw któremu ruszyło perskie imperium, składał się z setek małych państw i państewek, liczących często zaledwie po kilka tysięcy obywateli. Wielkich poleis, które mogły prowadzić naprawdę samodzielną politykę, było zaledwie kilka. Najważniejsze wśród nich to Sparta, Ateny, Korynt, Teby i potężne Syrakuzy. Grecy, ponad wszystko ceniący sobie swoją niezależność, nie potrafili tworzyć stałych związków pomiędzy państwami. Chwilowe koalicje rozpadały się zazwyczaj po osiągnięciu doraźnych celów. Ciągłe wojny zapewniały chwiejną równowagę – nikt nie mógł zanadto wzrosnąć w siłę.

Nawet groza perskiego najazdu nie zdołała zjednoczyć Hellenów. Teby przy pierwszej okazji przeszły na stronę Kserksesa licząc, że z jego pomocą obejmą hegemonię w Helladzie. Małe poleis znajdujące się na drodze perskiej armii, zmuszone twardą koniecznością, poddały się najeźdźcy. Część państw szukała okazji, by perskimi rękami rozstrzygnąć zadawnione spory z sąsiadami, część usiłowała zachować neutralność, jeszcze inne, jak dysponująca silną flotą Korkyra, chciały przyłączyć się do zwycięzcy bez względu na to, kto nim zostanie.

Ci z Greków, którzy postanowili walczyć, znaleźli się w mniejszości. Antyperska koalicja składała się z zaledwie trzydziestu jeden państw, wśród których znalazły się tylko trzy wielkie miasta – Ateny, Sparta i Korynt. W naturalny sposób przywództwo na lądzie przypadło Spartanom; siłami morskimi z racji doświadczenia i posiadania największej floty powinni dowodzić Ateńczycy, na co jednak nie zgodzili się spartańscy sprzymierzeńcy. By nie rozbijać koalicji, strateg Ateńczyków Temistokles zgodził się oddać pod rozkazy spartiaty Eurybiadesa. Ten, szczęśliwie dla Hellenów, miał dość rozumu, by słuchać rad Temistoklesa.

Termopile i Salamina

Grecy stawili opór w wąwozie termopilskim, przez który prowadziła jedyna dogodna droga z zajętej przez najeźdźcę Tesalii w głąb Hellady. Pięć tysięcy hoplitów pod wodzą króla Sparty Leonidasa na kilka dni zatrzymało całą armię Kserksesa. W najpiękniejszej bitwie w historii świata legł, pokonany zdradą, bohaterski król i wszyscy, którzy razem z nim bronili pozycji. W tym samym czasie, gdy Leonidas zdobywał nieśmiertelną sławę, okręty toczyły nierozstrzygniętą bitwę nieopodal przylądka Artemizjon. Na wieść o śmierci Leonidasa Grecy cofnęli się na Salaminę. Armia Kserksesa, nie zatrzymywana przez nikogo, zajęła Ateny i po krótkim oblężeniu zdobyła i spaliła Akropol, zaś flota przybiła do wybrzeży Faleronu.

Przerażeni wodzowie greccy namawiali Eurybiadesa do ucieczki na Przesmyk Koryncki (Istm), gdzie pośpiesznie wznoszono fortyfikacje. (Przesmyk między kontynentem a Peloponezem był wówczas przegrodzony w poprzek murem z bramą i kamienną drogą do przetaczania statków i przeładunku towarów). Temu pomysłowi przeciwstawił się gwałtownie Temistokles. Zamknięta przestrzeń zatoki, argumentował, jest dla Greków miejscem korzystnym, a niekorzystnym dla najeźdźcy. Na otwartym morzu flota Kserksesa zwycięży samą liczbą okrętów, w zatoce ta sama liczba bardziej jej zaszkodzi, niż pomoże. Lepiej też walczyć o Istm z dala od niego, niż sprowadzając nieprzyjaciela w pobliże swoich pozycji. Wreszcie – jeśli flota koalicji odpłynie spod Salaminy, nic nie zmusi już Greków do wspólnej obrony. Każdy z dowódców powiedzie swoje okręty do rodzinnej polis, a kiedy to nastąpi, żadna siła nie powstrzyma Kserksesa.

Temistokles przekonał Eurybiadesa, jednak pozostali wodzowie wciąż się wahali. Ateński strateg postanowił posłużyć się podstępem – wysłał do perskiego obozu zaufanego niewolnika, który przekazał Kserksesowi zapewnienia o życzliwości Temistoklesa i jego radę, by zamknął Greków w zatoce i zniszczył, zanim ci zdążą uciec. Kserkses, otoczony całym zastępem greckich zdrajców, uwierzył Ateńczykowi. Perskie okręty zajęły pozycję do walki. O ucieczce z zatoki nie było już mowy; Grecy musieli zwyciężyć albo zginąć, a perska flota wpłynęła wprost w zastawioną pułapkę.

Temistokles osiągnął dokładnie to, co zamierzył. Perscy dowódcy ruszyli na wyścigi, chcąc wykazać się dzielnością przed Królem. Stłoczone jednostki wpadały na siebie łamiąc wiosła i zatapiając się wzajemnie. Chaos wśród atakujących wykorzystali Grecy, których lżejsze i zwrotniejsze okręty lepiej manewrowały w ciasnej zatoce. Pod wieczór w czerwonym od ludzkiej krwi morzu unosiły się tysiące perskich trupów; brzeg zasłały szczątki zatopionych trier.

Bitwa pod Salaminą, choć nierozstrzygająca, całkowicie zmieniła sytuację strategiczną. Morskie siły Króla, choć ciągle jeszcze bardziej liczne niż greckie, nie miały już szans na zwycięstwo. Bez możliwości desantowania wojsk jego armia lądowa musiałaby rozpocząć szturm na ufortyfikowany Przesmyk Koryncki, co po Termopilach nie wydawało się już takim łatwym przedsięwzięciem. Ogromna perska armia zapewne wyczerpała możliwości aprowizacji, a zbliżające się jesienne sztormy miały uwięzić statki w portach. Kserkses ze swoim milionem żołnierzy znalazł się w potrzasku pomiędzy murem na Istmie a narażonym na zerwanie mostem na Hellesponcie. Lęki Kserksesa podsycił podstępny Temistokles – ten sam sługa powiózł po walce wiadomość o planowanym przez Greków ataku na przeprawę. Co gorsza, przegrana bitwa, a wraz z nią podważony autorytet władcy, wróżyły niechybnie wewnętrzne kłopoty monarchii Achemenidów. I rzeczywiście, niedługo potem wybuchło w Babilonii powstanie, zagrażając Kserksesowi znacznie bardziej niż wojna z Grekami.

Wyjście z tej trudnej sytuacji znalazł Mardonios, królewski siostrzeniec i spiritus movens inwazji. Zaproponował, że pozostanie w Helladzie z trzystoma tysiącami wybranego wojska i zdobędzie ją dla swojego pana. Kserkses zachował twarz – nie uciekał, lecz pozostawiał na placu boju sługę, którego ewentualna porażka nie mogła wiele mu zaszkodzić; Mardonios dostał szansę na uratowanie życia, bo tylko zwycięstwo dawało mu nadzieję na uniknięcie królewskiego gniewu. Kserkses z głównymi siłami opuścił pośpiesznie Grecję. Trzysta tysięcy Persów, dowodzonych przez Mardoniosa, miało się zmierzyć w następnym roku z grecką koalicją na rozległych równinach Beocji.

Plateje i Mykale

We wrześniu 479 r. w greckim obozie nieopodal miasta Plateje stawiło się sto dziesięć tysięcy ludzi, z czego prawie czterdzieści tysięcy ciężkozbrojnych. Dowództwo nad armią sprawował spartiata Pauzaniasz. Największych kontyngentów dostarczyli Spartanie i Ateńczycy. Pierwsi – dziesięć tysięcy hoplitów (w tym pięć tysięcy obywateli Sparty i pięć tysięcy sprzymierzeńców) i trzydzieści pięć tysięcy lekkozbrojnych helotów, drudzy – osiem tysięcy hoplitów, których poprowadzić do bitwy miał Arystydes. Żołnierze Mardoniosa stanęli w ufortyfikowanym obozie po drugiej stronie rzeki Asopos.

Wojska przez kilka dni stały bezczynnie. Obie strony powstrzymywali od walki wróżbici, zgodnie twierdzący, że zwycięży ten, kto będzie się bronił, zaś atakującym pisana jest klęska. Znajdujący się u boku Mardoniosa Artabazos, wódz równie bezwzględny jak doświadczony, radził w ogóle nie stawać do boju. Lepiej byłoby, jego zdaniem, cofnąć się w głąb Beocji i mając oparcie w potężnych murach Teb walczyć z Grekami nie orężem, lecz złotem. Uważał, że dając łapówki naczelnikom helleńskich miast szybko doprowadzi do rozpadu koalicji. Jednak Mardonios parł do bitwy – jego armia zaczynała mieć kłopoty z zaopatrzeniem. Postanowił nie zwracać więcej uwagi na wróżby i zmusić Greków do walki. Wysłał przeciw nim szwadrony swojej doskonałej jazdy, z którą zwycięski bój stoczyli Ateńczycy. Mardonios zmienił więc taktykę; jego jeźdźcy zaczęli atakować furażerów i niszczyć źródła. Zwłaszcza ostatni cios okazał się celny, armia nie mogła obyć się bez wody.

Wodzowie koalicji postanowili przenieść obozowisko w miejsce bardziej bezpieczne. Ze względu na bliskość nieprzyjaciela cała operacja musiała odbyć się w jedną noc. Przed świtem oddziały miały stanąć na nowych pozycjach. Poszczególne kontyngenty wyruszały w drogę w ciemności, nie widząc się wzajemnie. Stare obozowisko jako ostatni opuszczali Spartanie, pełniący rolę tylnych straży. Tymczasem niespodziewanie jeden z dowódców odmówił wykonania rozkazu. Pauzaniasz powstrzymał więc Spartan i usiłował zaprowadzić porządek, wysyłając jednocześnie gońca do Ateńczyków, by ci opóźnili wymarsz i osłonili zwlekających. Zanim wódz zdołał przywrócić dyscyplinę, zaczął wstawać świt. Osamotnieni Spartanie i Ateńczycy znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

Gdy tylko Persowie dostrzegli opuszczone obozowisko i maszerujących przez równinę Lakończyków, rzucili się przez rzekę do walki. (Lakończycy to Spartanie nie mający pełni praw obywatelskich – w przeciwieństwie do spartiatów, zwanych też Lacedemończykami). Mardoniosowi zdawało się, że los wydał Greków w jego ręce. Wkrótce jazda dopadła hoplitów i zaczęła razić ich pociskami. Ateńczycy, sami zaatakowani przez ciężkozbrojną piechotę Teban, nie mogli przyjść Spartanom z pomocą.

Pauzaniasz wciąż jednak nie dawał hasła do walki; nie mógł rozpocząć bitwy bez pomyślnego znaku. Rozkazał więc żołnierzom oprzeć tarcze o ziemię i czekać. Powtarzane po wielekroć wróżby były wciąż niepomyślne, a hoplici zaczęli padać od perskich pocisków. Stali jednak nieruchomo, z tarczami u nóg. Pauzaniasz „ze łzami w oczach” wzniósł modły do Hery, której chram był nieopodal. Tym razem bogini okazała się łaskawa – wróżba wypadła korzystnie. Spartanie unieśli broń. Zacytujmy Plutarcha: „Falanga nabrała nagle wyglądu jednego zwierzęcia rozwścieczonego i z najeżoną grzywą przystępującego do walki”. Idąc powoli w zwartym szyku zepchnęli z pola wrogą jazdę i dotarli do „muru z tarcz”, zza którego Persowie strzelali z łuków i ciskali oszczepy. Ale ich tarcze z plecionki nie mogły powstrzymać opancerzonych hoplitów Pauzaniasza. Linia Persów została szybko złamana, Mardonios zginął ugodzony kamieniem w głowę, a jego żołnierze rzucili się do ucieczki, szukając ratunku za wałami warownego obozu.

W tym samym czasie Ateńczycy stoczyli zwycięską bitwę z Tebanami, po której Arystydes poprowadził swoich ludzi do szturmu na obóz. Miejsce, w którym żołnierze Mardoniosa chcieli znaleźć ocalenie, zamieniło się w krwawą pułapkę. Z rzezi w obozie ocalało zaledwie około tysiąca ludzi. Z pola bitwy zdołał wyrwać się jeden zwarty oddział, dowodzony przez Artabazosa, liczący czterdzieści tysięcy ludzi. Reszta zginęła. Po stronie Greków padło tysiąc trzystu sześćdziesięciu ludzi, z czego dziewięćdziesięciu jeden spartiatów i pięćdziesięciu dwóch Ateńczyków.

Grecy odnieśli całkowite zwycięstwo. Zrządzeniem losu tego samego dnia flota sprzymierzonych stoczyła zwycięską lądowo-morską bitwę u przylądka Mykale. Kserkses poniósł całkowitą klęskę. Nigdy już nie zdołał zagrozić Helladzie.

Sława regenta

Kim był zwycięski wódz? Pochodził z tego samego co Leonidas królewskiego rodu, jednego z dwóch rządzących w Sparcie. Po śmierci Leonidasa objął funkcję regenta – opiekuna małoletniego syna poległego bohatera, i z tego tytułu odbierał cześć należną królowi. Świetne zwycięstwo pod Platejami sprawiło, że w ciągu jednego dnia stał się, obok Temistoklesa, najbardziej wpływowym i podziwianym człowiekiem w Grecji.

Choć pod Platejami nie odznaczył się jako wielki taktyk, dał w trakcie bitwy i tuż po niej dowody opanowania i wielkoduszności. Gdy jeden z wodzów zaproponował, by zemścić się za okaleczenie ciała Leonidasa na zwłokach Mardoniosa, Pauzaniasz odrzucił ten pomysł z pogardą, odpowiadając, że Leonidas jest jego zdaniem całkowicie pomszczony. Ponoć kazał też urządzić w zdobytym obozie ucztę na perską modłę i, dla kontrastu, ustawić obok potrawy, jakimi żywili się Spartanie (a kuchnia spartańska cieszyła się wątpliwą sławą najgorszej w całym greckim świecie). Miał wtedy powiedzieć, że Persowie są wielkimi głupcami, ryzykując to, co mają, dla tego, co mogliby odebrać Grekom. Kto wie, może to właśnie wtedy, gdy patrzył na zastawiony złotem perski stół, przemknęła mu przez głowę myśl, że zasługuje na więcej, niż ma? Wkrótce miało się okazać, jak bardzo dumnym człowiekiem stał się spartański generał.

Zgodnie z wojennym obyczajem z dziesięciny z łupów Grecy złożyli ofiarę – złoty trójnóg dla Apollona. Regent kazał na podstawie trójnogu wyryć wiersz: „Wódz Hellenów, gdy Medów zniszczył i wykrwawił,/Pauzaniasz Fojbosowi ten pomnik wystawił”. Napis bardziej godny samodzielnego monarchy niż dowódcy wolnych ludzi i tym bardziej niesprawiedliwy, że bitwę wygrali raczej żołnierze niż dowódcy. Oburzeni Spartanie kazali usunąć napis, a w jego miejsce umieścić listę wszystkich państw walczących z Persami. Zapewne wielu z nich miało Pauzaniaszowi za złe jego pychę, ostrzeżenie jednak zignorowano.

W 478 r. flota koalicji znów ruszyła do walki o wolność tych poleis, które wciąż znajdowały się pod władzą Kserksesa. Na czele wyprawy stanął Pauzaniasz. Okręty popłynęły najpierw na Cypr, następnie zaś do Hellespontu. Grecy oblegli Bizancjum, gdzie w ich ręce wpadł łup niezwykle cenny – przyjaciele i krewni Wielkiego Króla. Oto trafiła się okazja, by uczynić pierwszy krok do celu, który Pauzaniasz postanowił osiągnąć. Krok na drodze, z której nie było już powrotu.

Spisek Pauzaniasza

Spartański wódz w największej tajemnicy zorganizował ucieczkę jeńców, wysyłając z nimi zaufanego człowieka z listem do Króla. Tukidydes, największy ze starożytnych historyków, w którego bezstronność i metodę nie mamy powodu wątpić, podał treść tego listu: „Pauzaniasz, wódz spartański, chcąc się przypodobać, odsyła ci tych oto jeńców zdobytych na wojnie. Jest moim zamiarem, jeśli i ty się na to zgodzisz, pojąć twoją córkę za żonę i oddać pod twoje rozkazy Spartę i pozostałą Grecję. Wydaje mi się, że mógłbym tego dokonać w porozumieniu z tobą. Jeśli te propozycje ci się spodobają, wyślij nad morze zaufanego człowieka, za którego pośrednictwem będziemy na przyszłość się porozumiewali”.

Kserkses przyjął z radością propozycję Pauzaniasza. Miał odpowiedniego człowieka do wykonania takiego zadania – był to Artabazos, ten sam, który radził pod Platejami walczyć złotem, a nie żelazem. Król nakazał mu objąć rządy nad leżącą nad Pontem satrapią daskilijską i uczynić wszystko, by spisek się powiódł. Kserkses znalazł wreszcie okazję do zemsty na Grekach. Wkrótce do Pauzaniasza przybył posłaniec z listem, w którym Kserkses obiecał dowolne środki na realizację planu; wódz nie musiał się martwić ani o złoto, ani o niezbędnych mu ludzi. Miał otrzymać od Artabazosa wszystko, czego zażąda.

Nowa perspektywa oszołomiła spartańskiego regenta na tyle, że zaczął on zachowywać się nieostrożnie. Zmieniony nie do poznania, stał się nieprzystępny i okrutny. Porzucił rodzime obyczaje nosząc się, jedząc i zachowując na sposób perski. Otoczył się nawet perską strażą przyboczną. Jego zachowanie stało się dla sprzymierzeńców w końcu tak przykre, że wypowiedzieli mu posłuszeństwo. Sytuację wykorzystali Ateńczycy – dowództwo przejął powszechnie szanowany Arystydes, pozbawiony wszystkich wad Pauzaniasza. Spartanie odwołali regenta, nakazując mu stawić się przed sądem. Utraconej pozycji nie udało się im jednak odzyskać. Nie chcąc walczyć pod dowództwem Ateńczyków, wycofali się z koalicji, co miało mieć w przyszłości bardzo poważne skutki.

Pauzaniasz miał odpowiedzieć nie tylko za utratę dowództwa i nadużycia władzy. Podejrzewano go już wtedy o zmowę z Persami. Wątpliwe, czy oskarżycielom udało się zdobyć jakieś dowody jego zdrady; przeciw niemu świadczyło raczej jego zachowanie. Został skazany na karę grzywny i, jakby chcąc potwierdzić wszystkie zarzuty, samowolnie opuścił Spartę, by udać się do Bizancjum, gdzie spodziewał się zapewne objąć znów dowództwo. Zawiódł się jednak srodze. Wypędzony przez Ateńczyków, osiadł w Troadzie, gdzie miał bliżej do Artabazosa i jego złota. Pierwsze niepowodzenie nie zmieniło jego planów, upokorzenie zapewne wzmocniło jeszcze pragnienie władzy. Generał potrzebował tylko okazji, by wrócić do gry. I tę okazję podarowali mu sami Spartanie.

Kontrakcja eforów

Kiedy do Lakonii (czyli Sparty) ponownie dotarły wieści o podejrzanej działalności Pauzaniasza, eforowie postanowili zadziałać. Wysłano gońca z zaszyfrowaną wiadomością, wzywającą regenta do powrotu, w razie sprzeciwu grożąc mu wyrokiem śmierci.

W tym miejscu warto zatrzymać się nad jednym znaczącym szczegółem – ową zaszyfrowaną wiadomością. Spartanie do szyfrowania używali prostego i przemyślnego urządzenia zwanego skytale. Była to zwyczajna drewniana laska, z nawiniętym wkoło rzemieniem, na którym zapisywano tekst. Po zdjęciu rzemienia z laski tekst stawał się nieczytelny. By odczytać wiadomość, należało nawinąć rzemień na kij o dokładnie takich samych rozmiarach, pełniący rolę klucza szyfrowego. I tu nasuwa się pytanie – skąd Pauzaniasz miał ów klucz, skoro wyruszył do Troady bez zgody i wiedzy władz? Może wodzowi przysługiwała własna skytale, którą miał zawsze przy sobie? A może znajdziemy tu ślad dowodu, że przebywając w pobliżu Artabazosa miał utrzymywać kontakt z urzędnikami w Sparcie?

Zaraz po powrocie do ojczyzny Pauzaniasz został wtrącony do więzienia (eforowie mieli takie uprawnienia nawet wobec króla), jednak przed procesem wypuszczono go, odpowiadał więc z wolnej stopy. I choć tym razem jego wina wydawała się oczywista, znów został uniewinniony. Dziś może zadziwiać nas postawa lakońskich sędziów, jednak w starożytności podziwiano ich powściągliwość. Żeby skazać spartiatę, potrzebowano niezbitych, twardych dowodów, same podejrzenia, choćby najbardziej prawdopodobne, nie wystarczały. Pauzaniasz pozostał w Sparcie. Skoro nie mógł jej opuścić, zatrzymany nakazem eforów, to nieświadomie sprowadzili oni wielkie niebezpieczeństwo na ojczyznę.

Autarkiczna gospodarka Sparty opierała się głównie na wyzysku państwowych niewolników – helotów, dawnych mieszkańców ziem podbitych przez Lakończyków, znacznie liczniejszych od rządzących nimi Spartan – obywateli. Ci, by utrzymać helotów w ryzach, stosowali różne formy terroru, wciąż, rzecz jasna, podsycając opór. Ksenofont, zawodowy żołnierz i historyk, do tego wielki miłośnik lakońskiego ustroju, przedstawiając panujące w Sparcie stosunki napisał, że każdy z helotów, gdyby tylko mógł, żarłby spartiatów na surowo – tak wielka była pomiędzy nimi nienawiść. Jeśli najpotężniejsze greckie państwo bało się czegoś, to tylko buntu helotów, który mógłby doprowadzić do jego zagłady.

Tę właśnie słabość Sparty postanowił wykorzystać Pauzaniasz. Obiecał helotom wolność i prawa polityczne, jeśli wezmą udział w przygotowywanym przez niego powstaniu, mającym dać mu władzę najpierw nad Spartą, później zaś całą Helladą. Zważmy, że zbuntowanych helotów miał poprowadzić doświadczony wódz, dysponujący na dodatek najpotężniejszą bronią – perskim złotem.

Spisku nie udało się utrzymać w tajemnicy; donosiciele, zapobiegliwie werbowani przez władze wśród helotów, zdradzili Pauzaniasza. Ale słowo heloty przeciw słowu wielkiego wodza nie znaczyło nic. Tym razem jednak zarzuty dotyczyły spraw zbyt niebezpiecznych. Eforowie, pojąwszy grozę sytuacji, postanowili działać.

Podstęp z listem

Wiadomości od Pauzaniasza do Artabazosa przewozili, w całkowitej tajemnicy, zaufani kurierzy. Ostatni list spartiata powierzył człowiekowi szczególnie bliskiemu, do którego miał pełne zaufanie. Tego młodego mężczyznę, obywatela miasta Argilos, łączył z Pauzaniaszem ten rodzaj zażyłości, który, zgodnie z ówczesnymi greckimi zwyczajami, panował często pomiędzy chłopcem a dorosłym mężczyzną. Argilczyk, choć bezwzględnie wierny wobec Pauzaniasza, wykazał się wielką ostrożnością. W jego głowie pojawiła się wątpliwość – dlaczego żaden z kurierów wysłanych do Azji nigdy nie powrócił? A może wątpliwość tę zręcznie podsunął mu ktoś bardziej doświadczony?

Chłopiec postanowił otworzyć list. Sporządził fałszywą pieczęć na wypadek, gdyby jego podejrzenia okazały się bezpodstawne. I ten szczegół powinien wzbudzić w nas podejrzenia – Tukidydes podaje, że Argilczyk wykonał ją sam. Czy rzeczywiście było to tak łatwe? Przecież w razie wykrycia fałszerstwa przez Artabazosa posłaniec zginąłby na torturach. Wreszcie – ile miał na to czasu? Bo trudno sobie wyobrazić, że Pauzaniasz pozwoliłby komukolwiek przetrzymywać ten list choćby przez jeden dzień przed wyruszeniem w drogę. A może fałszywa pieczęć czekała już od dawna na okazję, by ktoś mógł jej użyć?

Argilczyk otworzył list i rzeczywiście znalazł w nim polecenie, by zgładzić posłańca. Przerażony pokazał list eforom, ci zaś pouczyli go, co musi uczynić. Chłopiec poprosił o azyl w świątyni Posejdona na przylądku Tajnaron (nawiasem mówiąc w miejscu, w którym miało znajdować się wejście do Hadesu). Został tam umieszczony w chatce przedzielonej cienką ścianką. Za nią ukryło się kilku spośród eforów, oczekujących na pojawienie się zdrajcy.

Pauzaniasz, gdy doniesiono mu o ucieczce posłańca, udał się czym prędzej do świątyni. Chłopiec pokazał mu otwarty list, a Pauzaniasz niczemu nie zaprzeczył. Prosił jedynie, obiecując wielką nagrodę, by całą rzecz zachować w tajemnicy. Eforowie zdobyli wreszcie dowód, którego potrzebowali. Na własne uszy usłyszeli przyznanie się do winy. Dodajmy, że był to chyba pierwszy w historii opisany przypadek zastosowania podsłuchu.

Zamurowanie zdrajcy

Pauzaniasza nie można było aresztować na terenie świątyni. Eforowie mieli go zatrzymać na drodze, w miejscu publicznym. Przygotowana pułapka jednak zawiodła. Zanim urzędnicy zdołali do niego podejść, jeden z nich, widocznie człowiek mu życzliwy, ostrzegł zdrajcę gestem. Ten zerwał się do ucieczki i wbiegł na teren znajdującego się nieopodal chramu Ateny. Zdawało się, że jest bezpieczny. Spartanie nie odważyliby się zabić lub porwać błagalnika. Wódz, tak dumny ze swoich zwycięstw, nie okazał się jednak wystarczająco przezorny. By skryć się przed chłodem, wszedł nieostrożnie do budynku świątyni; natychmiast postawiono straż przy drzwiach, która nie pozwalała mu wyjść. Podobno matka Pauzaniasza, gdy usłyszała wiadomość o zdradzie syna, sama wydała na niego wyrok. Jako pierwsza przyniosła do świątyni cegłę i położyła ją na progu. Za ten czyn nieszczęśliwą kobietę otoczono w Sparcie wielkim podziwem. Drzwi zostały zamurowane.

Konającego z głodu Pauzaniasza wyniesiono z budynku tuż przed śmiercią. Prawo nakazywało wrzucić ciało zdrajcy do przepaści, jednak bóg delficki rozkazał pochować go w miejscu jego zgonu. Ponadto, jako zadośćuczynienie dla bogini rozgniewanej naruszeniem prawa azylu, zażądał od Lakończyków w zamian za jedno ciało dwóch innych. Sporządzono zatem dwa spiżowe posągi przedstawiające Pauzaniasza, które postawiono obok ołtarza, te właśnie, które sześćset lat później oglądał autor „Przewodnika po Helladzie”. Żaden człowiek tamtej epoki nie zaznał w życiu takiego wywyższenia i takiego upadku. Gdyby potrafił poprzestać na tym, co przyniósł mu szczęśliwy los, zażywałby może do dziś sławy takiej jak Leonidas. Zapisał się jednak w historii jako podły zdrajca i może dlatego o Pauzaniaszu pamiętają już niemal wyłącznie historycy starożytności.

Spartanie, mając w rękach listy Pauzaniasza, wykorzystali je przeciw Temistoklesowi, który po zakończeniu wojny z Persją, w interesie Aten szkodził Sparcie, gdzie tylko mógł. Ateńczycy, jak zawsze chętni do zniszczenia każdego spośród swoich wybitnych obywateli, demokratycznie uwierzyli w zdradę Temistoklesa i skazali go na karę śmierci. Ten jednak znów okazał się sprytniejszy; po dramatycznej ucieczce znalazł schronienie... na dworze Wielkiego Króla. Nie warto jednak wierzyć w zdradę Temistoklesa choćby z tego powodu, że gdyby rzeczywiście obiecał on Kserksesowi, że odda mu Grecję, nic by jej nie uchroniło przed perskim panowaniem.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj