szukaj
Pożegnanie z rycerstwem
26 sierpnia 1346 r. w bitwie pod Crecy rozwiał się mit niepokonanego szlacheckiego rycerstwa. Tysiące zakutych w zbroje jeźdźców, przedstawicieli sławnych francuskich rodów, padły w starciu z pogardzaną piechotą od angielskich strzał i noży półdzikich Walijczyków.
Bitwa pod Crécy
Wikipedia

Bitwa pod Crécy

Rycerze tylko, wręcz ślepo (choć nieustraszenie), popychani przez towarzyszy znajdujących się bardziej z tyłu, ruszali stale do ataku, pomni swoich ideałów i głodni chwały. Nim udało im się ją zdobyć, kosiły ich angielskie strzały – jednak na miejsce poległych wprost pod groty pchali się już nowi zbrojni. Tak oto, niczym fale przypływu o klif, rozbijały się o ścianę angielskich wojsk wszystkie francuskie szturmy. (...) Sam Edward III także nie pozostał zupełnie poza bitewnymi zmaganiami. Przyszło mu pojedynkować się z francuskim rycerzem Eustachym de Ribeaumont, nawet dwa razy został powalony na ziemię. Wreszcie jednak Edward III zwyciężył i wziął szlachcica do niewoli...”.

Tak relacjonuje ważne momenty bitwy pod Crecy w swoim opracowaniu Maciej Nowak-Kreyer. Bitwę poprzedziły całe dziesięciolecia napięć między Anglią i Francją.

Poplątane lenna

W latach 1337–1453 Anglia i Francja wykrwawiały się nawzajem podczas tzw. wojny stuletniej. Jej przyczyn należy szukać w sytuacji politycznej obu państw od połowy XII w. Na tron angielski wstąpił wówczas hrabia Andegawenii (Anjou) Henryk II Plantagenet (Plantageneci panowali w Anglii w latach 1154–1485; byli potomkami hrabiego Andegawenii Godfreda Plantageneta i jego żony Matyldy). Angielską koronę zdobył poślubiając Eleonorę, która była spadkobierczynią dynastii normandzkiej, władającej Anglią od 1066 r., a jednocześnie dziedziczką rozległego księstwa Akwitanii. Oznaczało to, że w rękach Henryka II, będącego formalnie wasalem króla francuskiego, znalazła się większość ziem francuskich. Powstała sytuacja dyskomfortowa dla obu władców i było jasne, że z czasem spowoduje ona poważny kryzys w stosunkach obu dworów.

W ciągu stu kilkudziesięciu następnych lat królom Francji udało się zredukować posiadłości angielskie do pasa wybrzeża o szerokości ok. 50 km pomiędzy Nawarrą i Poitou w Akwitanii. Pomimo stosunkowo niewielkich rozmiarów, prowincja ta miała dla Anglików duże znaczenie gospodarcze i strategiczne.

W 1327 r. na tronie Anglii zasiadł książę Gujenny Edward III. Był on wnukiem Filipa Pięknego (króla Francji i Nawarry w latach 1285–1314, syna Filipa III Śmiałego i jego pierwszej żony Izabeli Aragońskiej) i siostrzeńcem trzech jego synów, których przedwczesna śmierć oznaczała zejście ze sceny dziejowej głównej linii królewskiego rodu Kapetyngów (dynastia zapoczątkowana przez Hugona Kapeta i panująca we Francji w latach 987–1328, a w liniach bocznych Walezjuszów, Burbonów i Orleanów, z przerwami, do 1848 r.). Koronowany w 1328 r. Filip VI Walezjusz (król Francji 1328–1350, pierwszy władca z dynastii Walezjuszów, syn Karola de Valois i Małgorzaty Andegaweńskiej, wnuk, podobnie jak Edward III, Filipa III Śmiałego i Izabeli Aragońskiej) z pewnością nie miał większych praw do tronu niż Edward III. Ten jednak powstrzymał się jeszcze z wysunięciem swoich roszczeń.

Poza drażliwymi kwestiami dynastycznymi i problemami zależności lennej monarchów Anglii i Francji poróżniła rywalizacja gospodarcza na terenie Flandrii i interwencja Filipa VI w konflikt angielsko-szkocki. Edward III uznał francuską interwencję na rzecz szkockiego pretendenta do tronu Edwarda Balliola jako przejaw mieszania się w wewnętrzne sprawy Anglii. W odpowiedzi wysunął swoje pretensje do korony francuskiej.

Na wyspiarskie zbrojenia Filip VI zareagował konfiskatą angielskich posiadłości na kontynencie. Stało się to 24 maja 1337 r. i dzień ten jest traktowany jako początek wojny stuletniej.

Kampanię roku 1346 wywołało wkroczenie do pozostającej w sferze wpływów angielskich Gaskonii syna Filipa VI, Jana, księcia Normandii. Na wieść o oblężeniu zamku Aiquillon Edward III zebrał błyskawicznie wojska i na początku lipca wylądował w okolicach Cherbourga. Kilka dni później skierowali się na Rouen. Jego marsz spowodował odstąpienie Francuzów od oblężenia Aiquillon, na co liczył Edward III. Wkrótce jednak dotarła do niego wiadomość o zbierającej się pod Paryżem silnej armii Filipa VI. Aby uniknąć jej ataku, król angielski postanowił czym prędzej przedostać się na teren sprzymierzonej Flandrii. Zadanie to okazało się trudniejsze, niż tego oczekiwał. Przejście Sekwany w Rouen nie było możliwe wobec zniszczenia przez wroga mostów.

Edward III podjął zatem ryzyko marszu w górę rzeki w poszukiwaniu brodu, co niebezpiecznie zbliżało jego armię do Paryża. 16 sierpnia, niemal pod bokiem wojsk francuskich, którym trudno byłoby zarzucić szybkość ruchów, Anglicy sforsowali Sekwanę. Mając wroga o dzień marszu za sobą ruszyli ku następnej przeszkodzie wodnej, jaką stanowiła Somma. Niemal w ostatniej chwili udało się im znaleźć możliwy do przeprawy bród i przekroczyć rzekę oddzielającą ich od Flandrii. Dwa dni później zmęczonych wielodniową ucieczką Anglików doścignęły oddziały Filipa VI. Stało się to w pobliżu Abberville, koło wioski Crecy-en-Ponthieu.

Łucznicy Edwarda III

Edward III w dniu bitwy pod Crecy miał 34 lata. Dość wysoki, dobrze zbudowany, o regularnych rysach twarzy i jasnych kędzierzawych włosach. Był synem Edwarda II i Izabeli, córki Filipa IV. Nie posiadał wielkich talentów militarnych, ale dzięki zdrowemu rozsądkowi, inteligencji, pragmatyzmowi okazał się genialnym taktykiem. Ze związku z Filipą, córką Wilhelma, hrabiego Hainault, Holandii i Zelandii, miał 12 dzieci, z których najsławniejszym okazał się Edward, zwany Czarnym Księciem. Żaden z synów nie odziedziczył jednak po nim tronu. Podczas rządów Edwarda III nastąpił wzrost znaczenia parlamentu i wyraźny podział na Izbę Gmin i Izbę Lordów.

Armia, z którą Edward III przybył do Francji, była jak na standardy XIV-wiecznej Europy bardzo silna i nowoczesna. W jej skład wchodziło 3 tys. rycerzy, 4 tys. piechoty z Walii, Irlandii i Kornwalii, w tym 2 tys. łuczników oraz ok. 10 tys. łuczników angielskich. Piechurzy walijscy i irlandzcy uchodzili za bezwzględnych okrutników, długie noże, którymi posługiwali się z nadzwyczajną biegłością, służyły im do dźgania koni i dobijania zrzuconych z nich rycerzy. Powyższe siły, których liczbę powiększało kilka tysięcy giermków i czeladzi obozowej, pod koniec sierpnia uległy znacznemu zmniejszeniu z powodu strat poniesionych podczas pięciotygodniowych ciągłych marszów i pod Crecy Edward III miał do dyspozycji już tylko 11 tys. ludzi.

Widoczne w armii angielskiej dysproporcje liczebne pomiędzy rycerstwem a piechotą i łucznikami wynikały z doświadczeń wojen prowadzonych ze Szkotami i Walijczykami, w których zorganizowane świetnie oddziały piesze wykazywały wielokrotnie wyższość nad ciężkozbrojną jazdą. Zdobycie Walii w końcu XIII w. otworzyło przed Anglią nowe możliwości militarne, wzmacniając jej armię tysiącami świetnych łuczników. Przez wiele dziesiątków lat właśnie łucznicy mieli zapewniać królom angielskim przewagę nad ich konkurentami zza kanału La Manche i decydować o całym szeregu spektakularnych zwycięstw.

Łucznik w armii Edwarda III wyposażony był w długi, mierzący 170–180 cm, wykonany z cisu lub jesionu łuk i dwa tuziny strzał o długości ok. 90 cm, które nosił zatknięte za pas. W czasie bitwy wbijał je przed sobą w ziemię, co powodowało dodatkowy, nie uświadamiany przez łuczników skutek; w zetknięciu z raną ziemia z grotów prowadziła do zakażenia krwi. Strzały miały zasięg do 275 m. Istniały jednak również krótsze, o długości 70 cm, służące do przebijania zbroi, które posiadały zasięg o ponad 100 m mniejszy. W praktyce dystans skutecznego rażenia angielskich łuczników wynosił od 50 m, gdy cel stanowił rycerz w pełnej zbroi, do 150 m w przypadku piechura. Dobrze wyszkolony łucznik, a tylko tacy towarzyszyli Edwardowi III, był w stanie wystrzelić w ciągu minuty 10–15 strzał. Łatwo sobie wyobrazić, jakie spustoszenie musiała wywołać lawina strzał wypuszczonych naraz przez kilka tysięcy ludzi. Efekt był podobny do skutków użycia broni maszynowej.

Cechą charakterystyczną armii angielskiej była duża szybkość poruszania się. Zawdzięczała to faktowi, iż olbrzymia część piechurów przemieszczała się... na koniach. Trzon armii stanowili ochotnicy.

Pod Crecy Anglicy skorzystali z artylerii, wspierając swe oddziały „ogniem” z 3 armat. Cudzysłów jest niezbędny, gdyż główny efekt polegał na płoszeniu koni i zasnuwaniu pola bitwy kłębami dymu. Było to jedno z wcześniejszych zastosowań artylerii w polu; dotychczas używano jej w ograniczonym zakresie podczas oblężeń. Pierwsze informacje o użyciu armat na terenie Europy pochodzą z 1284 r.

Filip VI i kwiat rycerstwa

Filip VI (1293–1350) był synem Karola de Valois (Walezjusza), brata króla Filipa IV, i stryjecznym bratem trzech ostatnich Kapetyngów: Ludwika X, Filipa V i Karola IV. Jako władca bardzo mocno związał się z rycerstwem, upatrując w nim podstawy swoich rządów. W przeciwieństwie do Edwarda III okazywał lekceważenie i jawną pogardę plebsowi i ten rys jego charakteru miał bez wątpienia wpływ na wyniki bitwy pod Crecy.

Armia francuska była liczniejsza od angielskiej, ale na jej tle raziła zacofaniem w zakresie organizacji i taktyki walki. Około 2/3 wszystkich oddziałów stanowiła ciężkozbrojna jazda. Jej rycerskie jądro składało się z ok. 8 tys. świetnie wyszkolonych i doskonale uzbrojonych, słynących z odwagi wojowników – indywidualistów, którym honor, ambicja i pożądanie sławy oraz wstręt do wykonywania czyichkolwiek rozkazów nie pozwalał działać w sposób zorganizowany w ramach większej jednostki bojowej. Bywali straszni w pierwszej, łamiącej wszelki opór szarży i nie dopuszczali myśli, że ktokolwiek może im się oprzeć. Poza Francją żaden kraj europejski nie był w stanie wystawić zbliżonej liczby rycerzy. Barierę nie do pokonania stanowiła skala wydatków wiążących się z uzbrojeniem i wieloletnim szkoleniem pojedynczego rycerza. Szacuje się, iż była to równowartość 250 tys. euro, co w sumie daje zawrotną sumę 2 mld! Dla budżetu XIV-wiecznych królestw suma astronomiczna.

Pozostała część armii składała się ze słabo wyćwiczonej piechoty, miękkiej w boju i łatwo ulegającej panice, oraz zwartego, liczącego ok. 5 tys. ludzi najemnego oddziału genueńskich kuszników. Dysponowali oni śmiertelną bronią, której sobór laterański w 1139 r. zakazał używać w wojnach pomiędzy chrześcijanami. Piętnowała ją również angielska Wielka Karta Swobód. Celność i siła rażenia pocisków wyrzucanych z kuszy z ogromną siłą, tzw. bełtów, były o wiele większe niż w przypadku łuków. Te ostatnie były natomiast nieporównywalnie łatwiejsze w obsłudze i zapewniały kilkakrotnie większą szybkość strzelania. Kusze doskonale sprawdzały się w walkach statycznych, w oblężeniach, natomiast jako broń bitewna wykazywały wiele wad.

Zabijcie to hultajstwo!

Anglicy bardzo solidnie przygotowali się do czekającej ich bitwy. Cały 25 sierpnia poświęcili na wytyczenie i umocnienie pozycji obronnych zasiekami, rowami, częstokołem. Niemal cała jazda została spieszona. Rycerze niemal bez szemrania wykonali królewski rozkaz, który spowodował, że mieli stanąć do bitwy obok zwykłych żołnierzy. W innych feudalnych armiach byłoby to nie do pomyślenia.

Edward ustawił oddziały w trzech liniach. Pierwszą stanowiły dwa silne oddziały tworzące skrzydła ugrupowania. Lewym, opierającym się na wiosce Wadicourt i składającym z 500 rycerzy, 2 tys. kuszników oraz kopijników dowodzili earlowie Arundel i Northhampton. Dowództwo prawego skrzydła, rozłożonego bliżej Crecy, przypadło synowi Edwarda III, królewiczowi Edwardowi Czarnemu. Książę, mający zaledwie 16 lat, mógł liczyć na pomoc doświadczonych wojowników: sir Johna Chandosa i sir Reynolda Cobhama. Podlegało mu 4 tys. ludzi, w tym 1 tys. Walijczyków i 2 tys. kuszników.

Angielska pierwsza linia miała długość niemal 2 tys. m. Podejście do niej utrudniały przeszkody terenowe: wilcze doły i setki wbitych pod kątem zaostrzonych pali. Na przedpolu rozrzucono także znaczną liczbę metalowych gwiazdek kaleczących końskie kopyta.

Po bokach obu skrzydłowych oddziałów zajęły pozycję oddziały łuczników ustanowione w trójkąt wymierzony wierzchołkiem w przeciwnika; za centrum każdego ze skrzydeł stanęła ciężkozbrojna jazda jako rezerwa.

Król umieścił swoje stanowisko za siłami głównymi i ich rezerwą, w wiatraku, na dominującym nad polem bitwy wzgórzu, co zapewniało mu dobrą obserwację i panowanie nad bitwą. Na lewo i na prawo od niego stanęło ok. 700 ciężkozbrojnych i pozostała część łuczników. Dalej z tyłu rozmieszczone zostały tabory i ich ochrona.

Niemal cały dzień 26 sierpnia Anglicy mogli poświęcić na odpoczynek, oczekując na nadchodzących Francuzów. Ich pierwsze oddziały weszły w kontakt z przeciwnikiem ok. godz. 18. Inne, rozciągnięte w wielokilometrowej kolumnie marszowej, pozostały daleko od Crecy.

Filipowi doradzano, aby poczekał na nadejście wszystkich wojsk i odłożył bitwę. Wskazywano na okoliczność, że po ulewnym deszczu ziemia była mocno nasiąknięta, co nie sprzyja atakom kawalerii. Rady te, choć król francuski dostrzegał ich sensowność, w praktyce nie mogły niczego zmienić. Pewni łatwego zwycięstwa rycerze nie chcieli czekać z atakiem, licytowali się, kto weźmie do niewoli jakiego jeńca i co do wysokości przyszłego okupu. Powstał tumult i zamieszanie, których Filip nie był w stanie opanować. Udało mu się jedynie uszykować zawsze zdyscyplinowanych Genueńczyków, choć chcieli oni odpocząć przed bitwą.

Kusznicy prowadzeni przez Odona Dorioę i Carlo Grimaldiego jako pierwsi ruszyli ku pozycjom wroga. I od razu byli na straconej pozycji. Wyczerpani długotrwałym marszem musieli wspinać się po śliskim wzgórzu, mrużąc oczy przed oślepiającymi promieniami zachodzącego słońca. Cel był dla nich słabo widoczny. Dla dodania sobie animuszu i wystraszenia wroga kusznicy kilkakrotnie wrzasnęli na cały głos, ale Anglicy nie zareagowali. W odległości ok. 130 m od angielskiej linii Grimaldi i Dorioa zdecydowali, że nadeszła chwila do oddania salwy. Setki bełtów poleciały w kierunku nieprzyjaciela i... nie uczyniły mu niemal żadnej krzywdy. Ku przerażeniu Genueńczyków okazało się, że namoknięte wodą cięciwy utraciły moc i pociski nie dolatują na normalną odległość.

Teraz przyszła kolej na angielskich łuczników, którzy wykazali się większą wyobraźnią i zapobiegliwością, zdejmując cięciwy z łuków i chowając je w czasie deszczu w hełmach. Tysiące strzał z szumem spadło na kuszników, którzy zostali zmasakrowani i rzucili się natychmiast do panicznej ucieczki.

Lecz na tych, którym udało się przeżyć koszmar na wzgórzu, czekał kolejny dramat. Oto ku angielskim stanowiskom, nie bacząc na zbiegających Genueńczyków, ruszyli w niepohamowanym pędzie rycerze, tratując nieszczęsnych kuszników. Podobno towarzyszyła im zachęta króla, który miał zakrzyknąć: Zabijcie to hultajstwo! Poza unicestwieniem resztek własnych oddziałów Francuzi niczego nie osiągnęli. Bezładna szarża – w błocie, pod górę i pod słońce, ugrzęzła z dala od nieprzyjacielskich linii. Grad strzał zebrał krwawe żniwo. Ciała zabitych i rannych koni wraz ze strąconymi z siodeł jeźdźcami utworzyły drgające kłębowisko. Wkrótce ku rycerzom unieruchomionym i bezbronnym pod ważącymi ponad 20 kg zbrojami rzucili się lekkozbrojni piechurzy walijscy i irlandzcy, by bez pardonu dobić ich.

Nieudana szarża, z łatwością powstrzymana przez Anglików i opłacona olbrzymimi stratami, nie osłabiła jednak bojowego zapału Francuzów. Wkrótce ruszyły kolejne ataki, równie nieskładne i okupione podobnymi stratami jak pierwszy. Filip VI ani żaden z jego dowódców nie byli w stanie zapanować nad armią i powstałym bałaganem. Z dziwnym, trudnym do pojęcia uporem kolejne grupy rycerzy szarżowały angielskie pozycje. Kosiły ich strzały i dobijały piki oraz noże piechoty i tylko nielicznym udawało się nawiązać bezpośredni kontakt z wrogiem. Dostąpił tego niewidomy król Czech (Jan I Luksemburski, zwany też Janem Ślepym). Stało się to na prawym skrzydle Anglików. Podczas krótkiego, zajadłego starcia omal nie zginął Czarny Książę, który spadł z konia. Życie uratował mu chorąży, przykrywając księcia sztandarem i walcząc w jego obronie, póki Edward nie podniósł się. Zresztą jego ojciec, choć przez dłuższy okres kierował bitwą z bezpiecznego miejsca, w pewnym momencie również był zagrożony i musiał stoczyć pojedynek z francuskim rycerzem, którego wziął do niewoli.

Walka trwała do zmroku. Francuzi przeprowadzili łącznie szesnaście ataków. Około północy ranny w szyję Filip postanowił rzucić pozostałych przy życiu rycerzy do jeszcze jednego decydującego ataku, ale udało mu się zebrać jedynie kilkudziesięciu jeźdźców. Wówczas przyszło otrzeźwienie i król posłuchał hrabiego Hainault, namawiającego go do opuszczenia pola bitwy. W towarzystwie zaledwie 5 rycerzy Filip dotarł do pobliskiego zamku La Broye, a następnie czym prędzej udał się w kierunku Amiens.

Anglicy nie ścigali Francuzów. Długo nie orientowali się również w rozmiarach osiągniętego zwycięstwa. Rano Edward III wysłał silny zwiad, który napotkał oddziały posiłkowe z Normandii oraz miejscowe milicje i rozproszył je.

Dzień 27 sierpnia ukazał Anglikom skalę ich triumfu. Gdy zabrano się do liczenia poległych, okazało się, że pole bitwy usłane jest trupami niemal 1500 rycerzy i ok. 10 tys. zwykłych wojowników wrogiej armii. Poruszenie wywołało odnalezienie zwłok Jana Luksemburskiego i towarzyszących mu do końca związanych z nim rycerzy. Padł Karol hr. Alencon, brat króla, padł pan Flandrii Ludwik de Nevers, wielu hrabiów i znaczniejszych rycerzy. Po stronie angielskiej było mniej niż 100 poległych. Historia wojen zna niewiele przykładów podobnej dysproporcji strat w sytuacji użycia sił proporcjonalnych liczebnie i nieróżniących się zbytnio jakością uzbrojenia.

Przełomowa bitwa

Swoje zdumiewające w skali taktycznej zwycięstwo Edward III odniósł w konsekwencji fatalnego, trudnego do pojęcia błędu strategicznego, jakim był marsz w głąb terytorium nieprzyjaciela w obliczu jego potężnej, o wiele silniejszej armii. Tym samym król angielski ryzykował zarówno swoją wolność, życie, jak i zagładę towarzyszących mu wojsk, co mogło oznaczać nagłą i definitywną klęskę w wojnie stuletniej. Triumf Anglików opierał się bez wątpienia na żelaznej dyscyplinie, jaką charakteryzowały się oddziały piesze i łucznicy oraz rycerze. Ich spieszenie w sposób naturalny zapobiegło aktom niesubordynacji i podejmowaniu samodzielnych, nieodpowiedzialnych decyzji – Edward III kategorycznie zabronił żołnierzom opuszczać szeregi w celu prowadzenia pościgu i brania łupu. Dla odmiany Francuzi stanowili przykład armii bez dyscypliny, sprawnego dowodzenia, armii walczącej bezładnie i łatwo ulegającej panice.

Crecy okazało się bitwą, w której strona pozostająca w obronie i niepodejmująca działań zaczepnych odniosła totalne zwycięstwo nad aktywnym, ponawiającym ataki przeciwnikiem. Jest jednak przede wszystkim starciem, które zwiastowało kres dominacji ciężkozbrojnej jazdy i feudalnego, zakutego w zbroje rycerstwa. Po raz pierwszy doznało ono tak dotkliwej, spektakularnej porażki ze strony łuczników i piechoty na otwartym polu.

Dla uczczenia tryumfu pod Crecy Edward III założył sławetny Order Podwiązki, rycerskie bractwo, w skład którego weszli skupieni wokół króla arystokraci, wśród nich dwudziestu jeden uczestników bitwy (obecnie jest to najwyższe cywilne i wojskowe odznaczenie Wielkiej Brytanii).

Francuzów bitwa pod Crecy niewiele nauczyła i jest to konstatacja zdumiewająca. Podczas trwającej jeszcze przeszło sto lat wojny wielekroć rzucali swoją ciężką jazdę przeciwko angielskim łucznikom i niemal zawsze kończyło się to dla nich w ten sam sposób. Za przykład niech posłużą bitwy pod Poitiers w 1356 r. i pod Azincourt w 1415 r., gdy o wiele mniejsze liczebnie angielskie armie dokonały rzezi wojsk francuskich. Trzeba było kolejnych tysięcy ofiar, aby zadufane w sobie francuska arystokracja i szlachta nabrały szacunku dla pogardzanego wroga i wprowadziły do sposobów walki nowe elementy, niwelujące jego taktyczną przewagę.

 

Ważniejsze źródła: Richard Barber „Rycerze i rycerstwo”, Bellona 2003; Jan Baszkiewicz „Historia Francji”, Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1974; Richard Humble „Warfare in the Middle Ages”, Mallard Press 1989; Jerzy Zdzisław Kędzierski „Dzieje Anglii do roku 1485”, Ossolineum 1966; Maciej Nowak-Kreyer „Crecy 1346”, Bellona 2003; Edward Potkowski „Crecy–Orlean 1346–1429”, Wydawnictwo MON 1986; Benedykt Zientara „Historia powszechna średniowiecza”, PZWS 1973.

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj