szukaj
Krzywe zwierciadło teczek
W polskich sporach o rozliczenie z dziedzictwem PRL przywołuje się często przykład NRD, przede wszystkim w sprawach rozwiązań lustracyjnych. Co tak naprawdę działo się we wschodnich landach po zjednoczeniu Niemiec?

W nocy 5 lutego 1989 r. zginęła ostatnia ofiara muru berlińskiego. Dwudziestoletni Chris Gueffroy był kelnerem we wschodnioberlińskiej restauracji i wraz z kumplem postanowił uciec na Zachód. Na tzw. pasie śmierci zauważyli ich pogranicznicy. Zawołali: Stój! Potem strzelili, ale nie trafili. Uciekinierzy biegli wzdłuż muru i znaleźli się w sąsiednim sektorze patrolowanym przez Ingo Heinricha i Michaela Schmidta. Schmidt zawołał: Strzelaj! A Heinrich przyklęknął i z trzydziestu metrów trafił Gueffroya w pierś, a jego kolegę w nogę...

Wszyscy czterej pogranicznicy z obu sektorów dostali odznaczenia, po 150 marek premii i kilka dni urlopu. Nakazano im milczenie na temat strzelaniny i przeniesiono do innych jednostek. Po czym sfałszowano akta, by nie było śladu, kto strzelał. Dziewięć miesięcy później władze Niemieckiej Republiki Demokratycznej, komunistycznego państwa utworzonego w 1949 r. z radzieckiej strefy okupacyjnej Niemiec po II wojnie światowej, otworzyły zachodnią granicę.

Po zjednoczeniu Niemiec, 2 września 1991 r., czterej strzelcy stanęli przed sądem. Tina Rosenberg, uważna obserwatorka procesu dekomunizacji w byłym bloku wschodnim, w swym bestsellerze „Kraje, w których straszy” nazywa ten proces prawniczą farsą. Strzelcy wykonywali rozkazy. Byli specjalnie dobranymi młodymi ludźmi z prowincji, podatnymi na indoktrynację i zastraszonymi represjami. Zarówno oskarżyciele jak i obrońcy byli zgodni, że nie przekroczyli przepisów. I oto właśnie chodziło. To one miały być sądzone – rozkazy i przepisy. Erich Honecker (sekretarz generalny SED, partii komunistycznej, faktyczny rządca NRD) tylko wtedy może zostać skazany, jeśli czyn, do którego zachęcał, zostanie przez sąd uznany za przestępstwo, a strażnicy ukarani – powiedział otwarcie adwokat matki zamordowanego. „Jako zasada prawna nie ma to sensu, ale wszystkie strony procesu zachowywały się tak, jakby o tym nie wiedziały”, stwierdziła amerykańska publicystka.

Proces żołnierzy był tylko wstępem do procesu enerdowskich władców: Ericha Honeckera, ministra obrony Heinza Kesslera, szefa bezpieki Ericha Mielke, premiera Willy’ego Stopha i wielu innych. NRD, tak jak pół wieku wcześniej hitlerowska III Rzesza, miała stanąć przed swym trybunałem norymberskim.

Porównanie obu niemieckich rozrachunków – z komunizmem i hitleryzmem – należy do standardów wszelkich refleksji na temat procesów enerdowskich działaczy, lustracji pracowników służby publicznej i działalności tzw. urzędu Gaucka – placówki, w której przechowywane i opracowywane są akta Stasi (wschodnioniemieckiej tajnej policji). Jednak ta analogia była chybiona.

Hitleryzm upadł po przegranej wojnie światowej, którą wywołał i prowadził z ludobójczym zamiarem. A przywódcy III Rzeszy byli sądzeni przez trybunał aliancki. Natomiast decydenci i wykonawcy enerdowskich represji byli sądzeni po bezkrwawej rewolucji z jesieni 1989 r., w której – inaczej niż w Rumunii – nie bronili siłą rozpadającego się ustroju, a po zjednoczeniu Niemiec stawali przed trybunałem państwa, w którym Ericha Honeckera w 1987 r. przyjmowano z wszystkimi honorami, a innego komunistę – Michaiła Gorbaczowa, szefa państwa radzieckiego – traktowano jak męża opatrznościowego.

Proces enerdowskich strażników granicznych i następne – wytoczone przywódcom NRD – ukazały, że sądy są niewłaściwym miejscem do rozliczania się z przeszłością, sucho stwierdziła Tina Rosenberg. Szefa Stasi Ericha Mielke, odgrywającego na sali sądowej rolę na poły zidiociałego starca, sądzono za udział w zabójstwie dwóch policjantów w czasie bójki nazistów z komunistami w 1931 r.! Honeckera najpierw ściągnięto z Moskwy twierdząc, że jest zdrów, po czym w trakcie procesu pozwolono mu – bez wyroku – wyjechać do Chile, gdzie niebawem zmarł na raka.

Skazano natomiast ministra i wiceministra obrony, a także następcę Honeckera na stanowisku szefa SED, bezbarwnego Egona Krenza za rozkaz strzelania do uciekinierów. Zarazem odrzucono wniosek obrony, by przesłuchać Gorbaczowa na okoliczność obowiązujących norm strzeżenia granicy Układu Warszawskiego. Trzej żołnierze straży granicznej od razu dostali wyroki w zawieszeniu, karę więzienia dla zabójcy zrewidowano po roku. Czyn został niby osądzony, sprawcy skazani, ale nie uwięzieni. Prawo i sprawiedliwość bynajmniej się nie pokrywają.

W sumie rozrachunkowe procesy nie dały ani satysfakcji, ani nie stanowiły oczyszczenia. Odbyły się – przy zakulisowej interwencji rządu federalnego – i minęły. To nie one stały się markowym towarem eksportowym enerdowskiego przezwyciężania komunistycznej przeszłości, ale modelowy sposób potraktowania akt Stasi. Symbolem bowiem enerdowskiej rewolucji 1989 r. jest nie tyle otwarcie muru 9 listopada, nawet nie masowe ucieczki na Zachód latem i jesienią przez Węgry, Czechosłowację, ale przede wszystkim zimowe szturmy demonstrantów z ruchu obywatelskiego na centrale Stasi. Zwłaszcza na jej główną cytadelę przy berlińskiej Normannenstrasse.

Enerdowska opozycja była słaba, a NRD – w odróżnieniu od PRL – przez całe 40 lat swego istnienia nie przeszła przez żadne instytucjonalne reformy. Po zgnieceniu siłą robotniczej rewolty w 1953 r. nie było już żadnych innych masowych przejawów buntu. Po budowie muru berlińskiego w 1961 r. społeczeństwo wpadło w apatię, a w latach 70. zamknęło się w niszach prywatności. To było społeczeństwo zablokowanych emocji, twierdzi Hans-Joachim Maaz, psycholog społeczny z Halle. Wąskie środowiska dysydentów były pod stałą obserwacją Stasi. A ci, którzy naprawdę nie mogli wytrzymać „pierwszego państwa robotników i chłopów na ziemi niemieckiej”, starali się uciec przez granicę albo składali wniosek o wyjazd ryzykując prześladowanie, utratę majątku, a nawet więzienie – w nadziei, że w końcu jako więźniowie polityczni zostaną wykupieni przez Niemcy zachodnie.

Tym większym uznaniem powinni się dziś cieszyć ci nieliczni, często zresztą dzieci komunistycznych dygnitarzy, którzy protestowali w 1968 r. przeciwko interwencji w Czechosłowacji lub – jak Wolfgang Templin, Ludwig Mehlhorn, Jens Reich – uczyli się polskiego, a po wybuchu Solidarności próbowali się w swych środowiskach przeciwstawić antypolskiej propagandzie SED. Jednak bardziej zorganizowany ruch oporu powstał w NRD dopiero w ślad za Gorbaczowem; w połowie lat 80. były to skupione wokół kościołów ewangelickich grupy pacyfistów spod znaku „Przekuć miecze na lemiesze” (krytykujące militaryzację państwowej pedagogiki) i ruch ekologiczny. Władze NRD stosowały wypróbowaną taktykę usuwania na Zachód prominentnych dysydentów – od piosenkarza Wolfa Biermanna w 1976 r. po Wolfganga Templina w 1988 r. Godzono się także na stałe wyjazdy na Zachód niewygodnych pisarzy i aktorów. Wyraźny ruch oporu zaczął się dopiero po sfałszowaniu przez SED wyborów komunalnych wiosną 1989 r. Ale nawet wówczas ruch na rzecz legalnych wyjazdów z NRD był silniejszy niż na rzecz reform ustrojowych.

Stąd wynika zasadnicza różnica między PRL a NRD oraz powstałym jesienią 1989 r. Nowym Forum a Solidarnością. NRD mogła się rozpłynąć w drugim państwie niemieckim, PRL natomiast musiała przejść wewnętrzną metamorfozę, stać się inną Polską. Poza tym słaba enerdowska opozycja nie miała za sobą ani heroicznej legendy strajku powszechnego i przetrwania stanu wojennego, ani większości społeczeństwa, ani wreszcie koncepcji reformowania państwa. Krótko mówiąc, nie miała państwowotwórczej tożsamości. Dramatycznie przegrała w marcu 1990 r. wybory, a po zjednoczeniu Niemiec znalazła się na politycznym marginesie.

Stąd jej historycznym wkładem nie jest udział w tworzeniu nowych elit, lecz uporczywa – choć dla zjednoczonej Republiki Federalnej drugoplanowa – walka o pamięć i rozrachunek z przeszłością. 15 stycznia 1990 r. działacze Nowego Forum zebrali się na parkingu biurowców ministerstwa bezpieczeństwa. Zaniepokoił ich unoszący się nad nimi dym. Regionalne centrale Stasi już były w rękach opozycji. Jednak tu wciąż władzę miał generał służby bezpieczeństwa. Podejrzewano, że akta znienawidzonej policji są niszczone lub wywożone do Moskwy.

Gdy następnie 50 tys. demonstrantów wdarło się do budynku, to najpierw sami zaczęli wyrzucać przez okna, co się tylko dało. Parę osób stanęło jednak przy drzwiach, by niczego nie wynoszono. Na ich telewizyjny apel, by zgłaszali się ochotnicy do pilnowania archiwum, stawiła się garstka. Nikt z nich nie miał pojęcia, jak się poruszać w tym labiryncie. Ale w marcu komitet obywatelski liczył już dziewięćdziesiąt osób, miał też fachowców ze Stasi, którzy lojalnie pomagali zabezpieczyć akta.

Powstał jednak dziki rynek handlu aktami. Oficerowie Stasi sprzedawali listy co bardziej prominentnych agentów mediom albo zainteresowanym. W ten sposób zdekonspirowany został niejeden ze współzałożycieli opozycyjnych ugrupowań: Ibrahim Böhme z Partii Socjaldemokratycznej, Wolfgang Schnur z Demokratycznego Przełomu, wreszcie pierwszy (i jedyny) niekomunistyczny premier NRD Lothar de Maiziere. Czyżby Stasi sama zainscenizowała upadek NRD? Teza absurdalna, ale, jak twierdzi wschodnioniemiecki historyk Stefan Wolle we „Wspaniałym świecie dyktatury”, wciąż „całkiem poważnie traktowana”. Zgodnie z nią czołowi działacze SED, część aparatu Stasi i opozycja pod czułym kierownictwem KGB miały za zadanie szybko doprowadzić do zjednoczenia Niemiec. Echa tej spiskowej wizji historii odzywają się po dziś dzień w pamiętnikach przegranych prominentów, w dokumentacjach historycznych, a nawet w filmach fabularnych.

W trakcie jednoczenia Niemiec w enerdowskiej opinii publicznej wytworzyły się trzy kierunki myślenia na temat akt Stasi. Radykalni dysydenci uważali, że każdy jest właścicielem swojej teczki. I powinien ją móc zabrać do domu. Radykalni państwowcy uważali, że należy ogłosić amnestię, a akta przekazać do zachodniego archiwum federalnego i zamknąć. Zwyciężyła trzecia opcja: akta zostaną we wschodnich landach i będą służyły rozliczeniu z przeszłością. Każda ofiara inwigilacji będzie miała do nich dostęp, natomiast instytucje publiczne będą mogły na ich podstawie zlustrować każdego, kto się ubiega o stanowisko publiczne – prawników, nauczycieli, polityków itd.

W czerwcu 1990 r. enerdowski jeszcze parlament powołał urząd ds. akt Stasi, którego kierownikiem został pastor z Rostocku Joachim Gauck. A w sierpniu uchwalił odpowiednią ustawę. Jednak we wrześniu, na krótko przed formalnym zjednoczeniem Niemiec, grupa dawnych opozycjonistów znów zajęła pomieszczenia centralnego archiwum bezpieki. Tym razem, by uniemożliwić przejęcie ich przez zachodnioniemieckie Archiwum Federalne i zachodnie służby specjalne. Głodówka zakończyła się sukcesem. Enerdowska ustawa o aktach Stasi została włączona do traktatu zjednoczeniowego. I od początku 1992 r. każdy inwigilowany przez Stasi może zajrzeć do swej teczki.

Dostęp do teczek ma także prokuratura i sądy, historycy i media oraz instytucje sprawdzające kandydatów do służby publicznej. W konsekwencji w ciągu minionych 15 lat opublikowano nie tylko wiele tekstów oskarżycielskich wobec polityków, pisarzy, sportowców, ludzi znanych, ale i bogatą już literaturę historyczną na temat NRD.

W odróżnieniu od IPN, urząd Gaucka czy – jak teraz bywa nazywany – Birthler (od jego następczyni Margarety Birthler z partii Zielonych) nie prowadzi działalności śledczej, ale jedynie udostępnia kopie akt z wyczernionymi nazwiskami osób poszkodowanych i trzecich. Odpowiedzialność za publikacje spada na autora publikacji i to jemu ewentualny pomówiony o działalność agenturalną może wytoczyć proces. Przy czym takie sprawy sądy niemieckie rozpatrują szybko, zasięgając ekspertyz urzędu Birthler. Urząd Gaucka nie decydował, czy kogoś usunąć z pracy, ale jedynie, czy deklaracja kandydata do stanowiska publicznego, że nie współpracował (lub współpracował) ze Stasi, jest zgodna z prawdą. Decyzję podejmował pracodawca. Zresztą z biegiem lat coraz mniej restrykcyjnie.

W ciągu 15 lat wielokrotnie podnosiły się głosy, by skończyć z rozliczaniem dla dobra pojednania. Wskazywano – zwłaszcza na początku lat dziewięćdziesiątych – na przypadki samobójstw ludzi słusznie czy niesłusznie oskarżonych o działalność agenturalną, a także na agresywne kampanie medialne, w których dla sensacji rozdmuchiwano przypadki niejednoznaczne lub w których wyniku usuwano z pracy osoby niewinne. Z czasem jednak debaty stały się łagodniejsze, materiały Stasi przestawano traktować jak wyrocznie prawdy, a zaczęto jako ważny, ale jednak jednostronny materiał historyczny.

Cezurą w traktowaniu akt Stasi był proces wytoczony w 2000 r. urzędowi Gaucka przez Helmuta Kohla. W czasie tzw. afery czarnych kont (chodziło o nielegalne finansowanie CDU) były kanclerz Niemiec starał się sądownie zabronić opublikowania raportów Stasi z podsłuchu telefonicznego twierdząc, że jako osoba, która odegrała historyczną rolę i jako ofiara inwigilacji ma prawo do intymności. Sąd przychylił się do tego z lekka naciąganego poglądu, a socjaldemokratyczny minister spraw wewnętrznych Otto Schily poparł Kohla. Wywołało to burzę, gdyż nie tylko blokowało wykorzystywanie akt przez publicystów i historyków, ale sprawiało wrażenie podwójnej moralności. Akta Stasi stały otworem, gdy oceniani byli politycy wschodnioniemieccy, ale zatrzaskiwano je, gdy tylko na wokandzie stawała sprawa zachodnich elit władzy.

W rezultacie Bundestag w 2002 r. znowelizował ustawę o aktach Stasi, zabraniając publikacji podsłuchów telefonicznych oraz dokumentów narażających „interesy osób publicznych, które odgrywały istotną rolę w historii”. Teraz z kolei urząd Gaucka wystąpił do sądu i uzyskał anulowanie wyroku. Kohl jednak nie dał za wygraną. Znów złożył pozew i w 2004 r. wygrał: sąd orzekł, że prawa osobiste mają pierwszeństwo przed interesem publicznym i większość akt Stasi dotyczących Kohla nie może być opublikowana bez jego zgody. Wyrok był precedensowy. Dotyczy każdego innego – zachodniego – polityka, co Marianne Birthler uznała za sygnał alarmujący. Tym bardziej że w tym samym czasie Otto Schily zablokował udostępnienie akt wywiadu zagranicznego Stasi, z listą agentów działających w Republice Federalnej do 1988 r., które udało się odczytać m.in. dzięki uzyskanym od CIA tzw. aktom Rosenholza – 381 dyskietek, po części w fatalnym stanie technicznym, z około tysiącem nazwisk agentów i kontaktów operacyjnych Stasi w Republice Federalnej. Wynika z nich np., że w czasach Willy’ego Brandta enerdowscy agenci mieli kontakty z 43 posłami do Bundestagu z wszystkich partii.

Historia akt Rosenholza jest jak żywcem wzięta z powieści le Carrego. Oto jedna z jej wersji. W grudniu 1989 r. pułkownik Stasi Reiner Hemann przekazał mikrofilmy rezydentowi KGB w Berlinie Saszy Pryncypałowowi na przechowanie. Ale po rozpadzie ZSRR inny agent KGB Aleksander Sjubenko sprzedał je amerykańskiemu koledze po fachu za głupie 75 tys. dol. Po czym zarówno Pryncypałow jak i Sjubenko jakoby zginęli w tajemniczych okolicznościach.

Joachim Gauck ma rację, gdy w swej książce „Akta Stasi” uważa, że system enerdowski zepchnął w cień kafkowską wizję państwa totalnej kontroli biurokratycznej. W utworzonym przez Stalina 16-milionowym wschodnioniemieckim „półpaństwie” policja bezpieczeństwa liczyła 94 tys. etatowych oraz 174 tys. tajnych współpracowników i zgromadziła 6 mln akt osobowych: dla 4 mln obywateli NRD i 2 mln obywateli Niemiec zachodnich. Archiwum ma dziewięć pięter i jest zasłonięte dwunastopiętrowymi biurowcami. Archiwalne regały mają w sumie 180 km długości. Jest jeszcze 936 worków ze wstępnie zniszczonymi aktami, które są wielkim nakładem kosztów sklejane i odtwarzane.

Większości obywateli NRD zakładano akta rutynowo, na przykład każdemu, kto składał wniosek o wyjazd za granicę czy został przyjęty do szkoły wyższej. Jeśli nie było zbyt jasne, jaki jest czyjś stosunek do socjalistycznego państwa (wytyczna 1–82), to mógł się on stać obiektem inwigilacji w ramach operacyjnej kontroli osobowej (OPK) czy też postępowania operacyjnego (OV). Na okładce akt osobowych jest podany kryptonim obserwowanego i jego numer, przy czym nie wynika z niego, czy dotyczy ofiary inwigilacji, czy tajnego informatora, a więc szpicla. Kryptonimy mieli wszyscy, bezpieczniacy nadawali je według własnej fantazji, od części ciała, funkcji zawodowej czy przekręconego nazwiska. Opozycyjny pisarz Erich Loest został nazwany Autor II, Rainer Kunze – Liryka, ale byli też Rudobrody, Przyssawka, Nauczyciel... Z TW bezpieka postępowała ściśle według planu. Każdy prowadzący musiał składać sprawozdanie, ilu zwerbował tajnych współpracowników i jakie opracował dla nich plany szczegółowe.

Z akt ofiar (OPK) szczególnie interesujących czy „niebezpiecznych” wynika, jaką stosowano wobec nich strategię, która mogła dotyczyć wszystkich dziedzin życia. Materiały agentów, donosy, raporty z podsłuchu telefonicznego i kontroli korespondencji, potajemnych rewizji, zakładanych pluskiew. W aktach są przedstawione powody założenia podsłuchu i jego rezultaty.

Przy czym nie tylko obserwowano ludzi, ale i opracowywano szczegółowe plany nękania (Zersetzung) ofiar. Polecano TW rozsiewać plotki o niewygodnych osobach, korzystając z informacji uzyskanych z podsłuchu. Sugerowano, że są na usługach Stasi, co w środowisku opartym na zaufaniu prowadziło do denuncjacji i zamierzonej izolacji.

Wolfgang Templin, jeden z bardziej znanych działaczy opozycyjnych, silnie zresztą związany z Polską, opowiada, że będąc młodym człowiekiem zapisał się do partii i współpracował ze Stasi. Potem przeszedł do opozycji i stał się ofiarą drakońskich szykan. Bezpieka nie tylko zbierała o nim informacje (w tym także „konserwy zapachowe”), ale i prowadziła starannie zaplanowaną działalność destrukcyjną. W kręgach kościelnych dyskredytowano niewygodnych, zawieszając np. w wiejskim sklepie obsceniczne zdjęcia miejscowego księdza zaangażowanego w działalność opozycyjną – przy czym zdjęcia były robione przez teleobiektyw na plaży nudystów.

Łamano ludzi szantażami – blokując kariery, zastraszając więzieniem za oszustwa podatkowe, zabraniając wyjazdów z powodu wglądu w tajemnicę państwową, a zarazem kuszono karierą, działką nad jeziorem. Ulubioną metodą było też organizowanie zawodowych porażek, seria niepowodzeń podważała poczucie własnej wartości i wiary we własne kompetencje inwigilowanego...

Wcale nie tak łatwo odpowiedzieć na pytanie: kim byli agenci? Na pierwszy rzut oka zaskakujące, gdyż Stasi wszystko księgowała, a więc i materiały dotyczące 100 tys. etatowych pracowników ministerstwa bezpieczeństwa państwowego (MfS). A jednak, podkreśla Gauck, nawet ministerialna lista płac nie wyjaśnia kwestii odpowiedzialności za udział w enerdowskim aparacie represji. Jaką odpowiedzialność ponoszą wartownicy, żołnierze z poboru? Kierowcy? Pracownice ministerialnej kasy oszczędnościowej? Kucharki? Sprzątaczki? Ochroniarze, którzy są przecież w każdym państwie?

A poza tym, etatowi pracownicy ministerstwa to dalece nie cały aparat ucisku. Jeszcze byli płatni szpicle, okazjonalni informatorzy, a także zobligowani do współpracy z organami funkcjonariusze partyjni i państwowi. Niektórzy tajną współpracę uważają za bardziej naganną niż jawną, gdyż naruszała elementarne zasady środowiskowego zaufania. Ale i nieoficjalni współpracownicy – pisał Gauck – nie mogą być traktowani jednakowo, ponieważ byli wśród nich przeciwnicy władzy SED, którzy deklarację podpisali pod naciskiem lub w sytuacji kryzysowej. „Dlatego w każdym przypadku trzeba starannie zbadać, kto i co donosił Stasi. Bo ewentualnie krył się za tym szantaż, a informator donosił tylko to, co i tak wszyscy wiedzieli. Wielką trudność w ocenie, czy ktoś był sprawcą czy ofiarą, a może jednym i drugim, sprawia fakt, że konieczne jest wielkie różnicowanie”.

Pozyskanie naukowca mogło polegać na fachowej rozmowie, w której w ogóle nie chodziło o personalia, ale o specjalistyczną dziedzinę czy np. ocenę kongresu.

Od początku Stasi infiltrowała kręgi kościelne. Nagrywała kazania, zakładała podsłuch w konfesjonałach. Wraz z narastaniem kościelnych grup oporu nie tylko chciała być poinformowana przez swych agentów, ale również wpływać na dynamikę grupy. Zdarzało się, że infiltracja była tak wielka, że grupy porozpadałyby się, gdyby Stasi wycofała swych agentów. „Choć brzmi to paradoksalnie – pisał Gauck w 1991 r. – Stasi stanowiła pewną część opozycji”. I daje przykład ludzi, którzy kiedyś jako wierzący komuniści zadeklarowali współpracę z organami państwa, potem rozczarowali się i zaczęli działalność opozycyjną. Wówczas zgłaszała się Stasi i grożąc ujawnieniem dawnej deklaracji wciągała w regularne rozmowy, które nie były sypaniem kolegów, lecz politycznymi sporami. By nie było wątpliwości, dodaje Gauck, takie przypadki są w mniejszości i nie należy ich mieszać z większością zwykłych szpicli, którzy przenikali do grup ekologicznych i pacyfistycznych.

Erich Mielke, szef Stasi, wyraźnie też mówił, że należy pozyskiwać do współpracy 14–15-latki. Wybierano dzieci z rozbitych rodzin, szukające uczucia i oparcia. Tina Rosenberg opisała przypadki, gdy oficer prowadzący był dla agenta (i to wcale nie dziecka) opiekunem w trudnych momentach rodzinnych, a nawet pozornie lub faktycznie wciągał się do działalności opozycyjnej. Z informacji zawartych w teczkach Stasi wynika np., że na 4 tys. demonstrantów przed lipskim kościołem św. Marcina 9 października 1989 r. połowa poszła w jakiś sposób zachęcona przez partię i Stasi!

NRD nie zginęła. Wciąż jest obecna na ekranach kin, w teatrach, w muzeach, w mediach, na ulicach wschodnioniemieckich miast i oczywiście w archiwach Stasi. W krzywym zwierciadle donosów, raportów i operacyjnych dyrektyw obejrzało swą przeszłość ponad półtora miliona ludzi. Niektórzy – jak działaczka opozycji Vera Wollenberger, dziś Lengsfeld – dowiedzieli się, że szpiclem był współmałżonek. Inni – jak o tym pisze Brytyjczyk Timothy Garton Ash w „Teczce” – że donosicielką była jego enerdowska dziewczyna.

W latach 90. lustracyjna gorączka wybuchała falami. Na przykład, gdy pojawiały się teczki znanych pisarzy jak Christa Wolf i Heiner Müller. Lub polityków demokratycznej pierwszej godziny. Jedni na zawsze zniknęli z niemieckiej sceny politycznej. Inni – jak socjaldemokrata Manfred Stolpe i postkomunistyczny socjalista Gregor Gysi – się uchowali i zostali premierami, ministrami, senatorami, choć ich niejasna przeszłość wracała niczym bumerang w kampaniach wyborczych.

Dziś tamta gorączka minęła. W kultowym filmie „Życie innych” miliony Niemców (nie tylko z byłej NRD) z sympatią oglądają swoiste zbratanie oficera bezpieki z jego byłą ofiarą. Ten dobrze zrobiony film felietoniści niemieccy uznają – obok „Good bye, Lenin” – za sztandarowy przykład nie tylko celuloidowej nostalgii, lecz wręcz jednania się Niemców z przeszłością. Dowodem tego mają być także coraz liczniejsze prywatne muzea enerdowskiej codzienności, w których mówi się o aparacie ucisku, ale jakoś tak na marginesie, by nie zatrzeć tekturowej erotyki Trabanta lub proszku do prania Fewa.

Marianne Birthler stwierdziła w raporcie, że liczba wniosków o wgląd do własnych akt nie spada, ale spada procent zdekonspirowanych agentów. O ile 9 lat temu 7 proc. osób ubiegających się o stanowiska publiczne było tak czy inaczej obciążonych współpracą ze Stasi, to w latach 2004 i 2005 już tylko 2,7 proc., a lustracja ogarniała w tym czasie (okres wyborczy) 111 tys. osób.

Niemiecki system rozliczenia z komunizmem trudno skopiować. Po pierwsze dlatego, że jest bardzo kosztowny. Już w 1992 r. urząd Gaucka zatrudniał 3500 osób, a jego budżet wynosił 203 mln marek. Po drugie dlatego, że spośród wszystkich krajów bloku radzieckiego tylko NRD rozpadła się całkowicie, bez jakiejkolwiek kontynuacji instytucjonalnej.

Ale może dzięki temu niemiecka dekomunizacja był uczciwsza niż np. w Czechach, ponieważ starała się zapobiec dzikiej lustracji, według dowolnie zestawianych list. I – przynajmniej w teorii – wymagała analizy każdego przypadku. Jednak i tu, zwłaszcza na początku, dochodziło do jaskrawych nadużyć, gdy – szczególnie w Saksonii – pochodzący z zachodu pracodawcy chętnie posługiwali się aktami jako pretekstem do masowych zwolnień „aborygenów” z byłej NRD. Stąd często narzekania, zwłaszcza ludzi starszych, podciętych przez transformację w karierze zawodowej, że dekomunizacja była w istocie jedynie parawanem kolonizacji Ossies przez Wessies. Ale i to nie całkowicie jest prawdą, ponieważ setki tysięcy Niemców ze wschodu znakomicie wtopiło się w Niemcy zachodnie, robiąc tam kariery. Niezależnie od swych teczek.

Ostatecznie bilans rozrachunku z NRD, jak wszystko w polityce i życiu społecznym, jest dwoisty. Z jednej strony emocje opadły. Z drugiej byli opozycjoniści często przyznają z przygnębieniem, że wcale nie wygrali rozrachunku z przeszłością, a dekomunizacja okazuje się ułomna.

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj