szukaj
Śmierć rewizjonisty
Parę lat temu młody historyk IPN Krzysztof Persak wziął na warsztat sprawę Henryka Hollanda. Owoc swej pracy przedstawił w książce – dziele wybitnym, a w ramach gatunku historia polityczna i policyjna, bliskim doskonałości.

Dwudziestego pierwszego grudnia 1961 r. o godzinie 17.16 zginął, po upadku z wysokości szóstego piętra na trawnik pod blokiem mieszkalnym w centrum Warszawy, 41-letni socjolog i publicysta Henryk Holland. Miało to miejsce w czasie rewizji przeprowadzanej w jego mieszkaniu przez SB, na którą Holland został doprowadzony z aresztu jako osoba, której – parę godzin wcześniej – postawiono zarzut szpiegostwa. Jego śmierć wywołała publicznie ujawniony ferment w ówczesnym establishmencie politycznym i intelektualnym. Wbrew oficjalnemu komunikatowi prokuratury wojskowej, że Holland „targnął się na swoje życie”, dosyć powszechnie uważano, iż został zamordowany: albo esbecy wypchnęli go przez okno, albo dla ukrycia wcześniej dokonanego zabójstwa wyrzucili martwe ciało.

Śmierć Hollanda zarówno przez część ówczesnych uczestników i obserwatorów sceny politycznej, jak i później wielu historyków, została wpisana w proces odchodzenia od Października, a z uwagi na drastyczność wydarzenia uznana nawet za symbol restalinizacji Polski i najbardziej jaskrawy przykład walki toczonej przez biorących górę „zamordystów” z formacją rewizjonistyczną w partii komunistycznej.

Konflikt ten został niezwykle sugestywnie opisany – acz nie bez wielu uproszczeń – w słynnym eseju Witolda Jedlickiego „Chamy i Żydy”, który ukazał się w paryskiej „Kulturze” równo w rok po tragedii, która rozegrała się przy ul. Nowotki. Esej ten był wielokrotnie przedrukowywany i jest do dziś cytowany. Osoba i osobowość Hollanda w niemal doskonały sposób mieściły się w nakreślonym przez Jedlickiego schemacie Żyda. Pochodził z niezamożnej, spolonizowanej żydowskiej rodziny, należał do lewicowej organizacji syjonistycznej (Haszomer Hacair), później działał w nielegalnej komunistycznej organizacji młodzieżowej. Zaczął studia medyczne, brał udział w obronie Warszawy we wrześniu 1939 r., uciekł na wschód. We Lwowie kontynuował studia, angażował się w życie polityczne, ale jak większość komunistów-bieżeńców nie odgrywał w nim większej roli. Był zresztą bardzo młody. Po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej znalazł się w Armii Czerwonej, ale jako Polak został wycofany ze służby frontowej. W 1943 r. uaktywnił się, należał do Związku Patriotów Polskich i trafił do armii Berlinga, z którą – w służbie sanitarnej – brał udział w bitwie pod Lenino. Porzucił jednak zawód, przeszedł do korpusu oficerów politycznych i został korespondentem wojennym.

Do Polski wrócił w „burym szynelu”, zaczął błyskotliwie zapowiadającą się karierę polityczną w komunistycznym Związku Walki Młodych, jednak w 1949 r. zrezygnował z niej, decydując się na drogę naukową i publicystyczną. Należał do środowiska radykalnych komunistów, wygłaszał przemówienia w czysto stalinowskim stylu, wsławił się m.in. pamfletem na nieżyjącego już filozofa Kazimierza Twardowskiego, ale jak wielu z tego grona w 1956 r. stał się jednym z czołowych publicystów odwilżowych (m.in. domagał się pełnej rehabilitacji oficerów niewinnie straconych w procesach o spisek w wojsku). Należał do związanych z „Po prostu” radykalnych zwolenników pogłębiania przemian październikowych, czy jak wówczas mówiono – drugiego etapu, liberalizacji i demokratyzacji. Gdy Gomułka zaczął takich osobników usuwać na boczny tor, Holland utracił możliwość prowadzenia działalności publicystycznej, skoncentrował się na pracy naukowej, obronił doktorat, przygotowywał rozprawę habilitacyjną. Jak większość mu podobnych mógł uprawiać politykę głównie w skali domowo-towarzyskiej, a publicznie w Klubie Krzywego Koła.

W 1961 r. stał się jednym z głównych ogniw przecieku do prasy zachodniej informacji uważanych za poufne: opowiedzianych przez Chruszczowa okoliczności śmierci Stalina i usunięcia Berii. Wieści o tej wypowiedzi przywieźli z Moskwy uczestnicy polskiej delegacji na zjazd sowieckiej partii komunistycznej i – co było oczywiste – weszły one w bardzo ograniczony, na poły polityczny, na poły plotkarski, obieg. Dotarły i do Hollanda, a ten z kolei opowiedział o nich Jeanowi Wetzowi, korespondentowi paryskiego dziennika „Le Monde” (którego polska żona sama należała do establishmentu). Wetz, oczywiście nie powołując się na źródło, opublikował je. Z najwyższego szczebla hierarchii partyjnej przekazano SB polecenie wykrycia owego źródła. Spotkanie Holland–Wetz miało miejsce 12 listopada, pięć tygodni później, we wtorek 19 grudnia, przed gmachem telewizji na pl. Powstańców Warszawy, Holland został aresztowany. Na pogrzebie, który odbył się 29 grudnia, mimo iż nie pozwolono, aby w nekrologu podane zostały data i miejsce, zjawiło się ponad 200 osób, w tym kilku aktualnych członków Komitetu Centralnego, dziennikarze, naukowcy, grono odsuniętych na boczny tor polityków komunistycznych. Na zakończenie zebrani odśpiewali „Międzynarodówkę”. Gomułka uznał, iż był to polityczny protest przeciwko niemu, zarządził kolejne, tym razem partyjne, śledztwo, w którym uczestniczyła komisja powołana przez Biuro Polityczne. Posypały się kary partyjne. Wolna Europa, oczywiście, nagłaśniała to wszystko, krążyły najróżniejsze pogłoski, np. o katowaniu Hollanda w czasie dwudniowych przesłuchań czy o tym, że był on już dwa lata wcześniej przesłuchiwany jako świadek w śledztwie przeciwko oficerowi wywiadu wojskowego PRL oskarżonemu o zdradę. Proces owego oficera (Jerzego Bryna) zaczął się tuż przed feralnym spotkaniem Hollanda z francuskim dziennikarzem. Bryn został ostatecznie skazany na dożywocie i w 1978 r. zmarł w więzieniu. Całą tę sekwencję wydarzeń – aresztowanie, śmierć, pogrzeb, reakcję Gomułki – relacjonowała prasa zachodnia. Krótko mówiąc: powstała sprawa Hollanda.

Parę lat temu sprawę Hollanda wziął na warsztat młody historyk Krzysztof Persak. Znany już z prac nad historią harcerstwa i – w ramach obowiązków służbowych – redaktor tomu dokumentów dotyczących Jedwabnego. Owoc swej pracy przedstawił w recenzowanej tu książce, wydanej nadzwyczaj starannie i zaopatrzonej w kilkadziesiąt – unikalnych, jak się to mówi – ilustracji, w tym wykonanych przez SB w trakcie dochodzenia po śmierci Hollanda. Być może zbyt często wygłaszam opinie pochwalne o pracach na ogół już tylko młodszych ode mnie historyków, ale tym razem nie mam żadnych wątpliwości: mamy do czynienia z książką wybitną, a w ramach gatunku historia polityczna i policyjna, bliską doskonałości. Mimo niezwykłej drobiazgowości wywodów czyta się ją świetnie i płynnie, ale jej największym walorem jest doskonałe, i oparte na wszechstronnej wiedzy autora, wtopienie osobistych losów bohatera w kontekst ogólniejszych wydarzeń. Nie tylko wydarzeń, ale przede wszystkim zjawisk i procesów, które zachodziły w Polsce po – tak szeroko dziś, z okazji okrągłej rocznicy, omawianym – przełomie październikowym. Persak nie ogranicza się przy tym do ogólnikowych konstatacji, ale – jak przystało na wnikliwego badacza, rozkochanego w detalu, prawdziwym mięsie historii – przedstawia mechanizmy tych procesów, koncentrując się na opisie dyscyplinowania partii i prasy oraz przedstawieniu funkcjonowania komórki SB, która zajmowała się cudzoziemcami przebywającymi w Polsce i ich informatorami. Niejako przy okazji otrzymujemy więc pierwszą w polskiej historiografii szczegółową analizę jednego z najważniejszych pionów SB – kontrwywiadu. A także, co równie ciekawe, relacji między aparatem bezpieczeństwa a ścisłym kierownictwem monopolistycznie rządzącej partii.

Książka Persaka ma dwóch głównych bohaterów: Hollanda i Gomułkę, który odegrał kluczową rolę w tragicznym przebiegu wydarzeń, gdyż osobiście zadecydował, aby nielubianego przez siebie przedstawiciela nienawistnej mu formacji oskarżyć o szpiegostwo. Ponieważ „Sprawa Henryka Hollanda” jest w pewnym sensie kryminałem, więc dla dobra czytelnika zapewne nie wypada zdradzać, co się naprawdę wydarzyło. Powiem na razie tyle, że tydzień po rozmowie Holland–Wetz notatka z podsłuchu, ulokowanego w mieszkaniu Francuza, znalazła się na biurku pierwszego sekretarza, który osobiście interesował się przebiegiem śledztwa, a w krytycznym dniu narzucał esbekom i prokuratorowi postępowanie. Gomułka był osobą apodyktyczną, święcie wierzącą nie tylko w marksizm-leninizm, ale także w swoje osobiste racje, nie tylko w dyktaturę proletariatu, ale we własne przywództwo i słuszność wszystkiego, co robi. Nie lubił mieć wątpliwości, a jeszcze mniej lubił, gdy zgłaszali je inni.

Dzięki tym cechom Gomułka nie załamał się w 1948 r., gdy napiętnowano go jako nosiciela „odchylenia”, ani w czasie paroletniego (1951–1954) uwięzienia, ale gdy w 1956 r. stanął na czele partii-państwa, odcisnęły one wyraźne piętno na historii sporego fragmentu dziejów Polski. Jak to często bywa, w parze z uporem, autorytaryzmem i przekonaniem, iż jest się jedynym nosicielem racji, szła nieufność do osób nie należących do najbliższego – wybranego przez siebie – otoczenia i poczucie wyższości nawet wobec owych wybranych. Aczkolwiek – sam doświadczył tego w nieodległej przeszłości – Gomułka miał wiele powodów, aby nie przepadać za tajnymi służbami, uważał je wszakże za nader ważny instrument władzy i nie widział powodów, aby się nimi nie posługiwać. Jedną z wielu rzeczy do tej pory nieznanych, które opisuje Persak, jest swego rodzaju fascynacja Gomułki materiałami operacyjnymi, których wiele dostawał z MSW, a szczególnie od nadzorującego kontrwywiad Mieczysława Moczara.

W logice nie tylko systemu komunistycznego, ale każdego bodaj rodzaju autorytaryzmu, znajduje się nieufność, podejrzliwość, skłonność do szukania – w istocie: widzenia – za fasadą publicznie wygłaszanych słów czy jawnych czynów, ukrytych powiązań i tajnych zamysłów. Apogeum takich tendencji miało miejsce, oczywiście, w trwającej ponad 30 lat epoce stalinizmu sensu stricto, z jej koncepcją wroga głęboko ukrytego nawet w najwyższych instancjach partyjnych, której – szczęśliwą, bo ocalałą z krwawych pogromów – ofiarą był sam Gomułka. Choć więc to nie on był twórcą takiej tendencji, a na pewno nie był zwolennikiem podejmowania tak drastycznych działań, jakie miały poprzednio miejsce, był jednak jej wyrazicielem, tyle że w wydaniu soft lub light. Duża część ówczesnych działaczy partyjnych najróżniejszego szczebla podzielała takie widzenie politycznej i społecznej rzeczywistości, a z natury rzeczy (czy raczej: profesji) podzielali je też – od góry do dołu – esbecy. Węszyli więc za rzeczywistymi, potencjalnymi i wyimaginowanymi wrogami oraz tymi, którzy ułatwiają wrogom działalność, zbierali skrzętnie – za pomocą bogatego instrumentarium technik operacyjnych – „komprmateriały”: od biskupów poczynając na towarzyszach partyjnych, którzy odbiegają od linii partii, kończąc. Niektóre co bardziej smakowite kąski, przyprawione odpowiednim sosem, trafiały na stół biesiadny kierownictwa partyjno-państwowego (w esbeckim żargonie – KPR).

Taki był system, takie były procedury, takie były obyczaje – jednym słowem: atmosfera – które leżały u przyczyn tragedii z 21 grudnia 1961 r. Nie zmienia stanu rzeczy fakt, iż – jak wywiódł w rezultacie bardzo precyzyjnego historycznego śledztwa Persak – drugi bohater jego książki rzeczywiście popełnił samobójstwo. Ani Gomułka nie kazał zabić Hollanda, ani za jego śmiercią nie stała polityczna prowokacja wykoncypowana przez Moczara i jego ludzi. Nie był Holland bity ani nie poddawano go w śledztwie konwejerowi. A jednak wydaje się prawie pewne, że to właśnie taka atmosfera spowodowała, iż ten mężczyzna po przejściach – politycznych i osobistych – targnął się na życie w poczuciu, że stał się ofiarą aberracyjnego, niczym nie zasłużonego prześladowania. Esbecy i prokuratorzy zachowywali się wobec niego właściwie bez zarzutu, z wyjątkiem tego jednego – powiedzieli mu, o co jest podejrzewany.

Ciekawa, bardzo ciekawa książka, która rzetelnie, a zarazem błyskotliwie opowiada o historii człowieka, systemie i groźbach, jakie niesie za sobą patrzenie na świat przez pryzmat misji.

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj