szukaj
Godzina „G”
Jak przygotowywano stan wojenny, wprowadzony 13 grudnia 1981 r.? Prof. Andrzej Paczkowski, historyk, autor książki „Wojna polsko-jaruzelska”, która właśnie ma się ukazać, ustalił wiele interesujących szczegółów.

Przyszli gdzieś tak po pierwszej w nocy we trzech. (…) Z łomem, gumową pałką, kajdankami. (…) Powiedzieli, że biorą męża do Białołęki, powoływali się nawet na jakiś dekret. (…) Byli głośni, chamscy, a przede wszystkim bardzo się śpieszyli. (…) Starsze córki stały przerażone i milczące. Młodsze płakały głośno”.

„Obudziłam się, poszłam do kuchni zrobić sobie herbatę. Włączyłam radio. (…) Zmartwiałam. Poczułam przerażenie. Bardziej się je odczuwa, gdy przyroda jest tak nieprzyjazna. Zimno, lodowaty wiatr. Wyszłam z psem, a tu żołnierze w wojłokach, panterkach. Wóz pancerny na rogu ulicy. Podeszłam, musiałam sprawdzić, czy to polscy żołnierze”.

Pierwszą relację, nauczycielki Elżbiety Garal, żony przewodniczącego Solidarności z zakładów im. Nowotki w Warszawie, zapisała Joanna Siedlecka. Ukazała się ona w 1988 r. w jej książce „Jaworowe dzieci”, wydanej jako druk podziemny przez Archiwum Solidarności. Druga pochodzi z wywiadu, którego Barbara Jaruzelska udzieliła w grudniu 2001 r. dla strony internetowej „Polki” w portalu Wirtualna Polska. (...)

Dwie doby przed

„Trzynasty grudnia” zaczął się nie o północy z dwunastego na trzynastego, ale wiele godzin wcześniej. Jak wynika ze znanych mi dokumentów i świadectw, ostateczna decyzja wyznaczająca moment ogłoszenia stanu wojennego na godz. 6.00 w dniu 13 grudnia zapadła nie później niż rano 11 grudnia. Moment ten w zaszyfrowanym języku dokumentów wojskowych nazwano godziną „G”, w odróżnieniu od tego, co miało nastąpić po niej, a co nazwano stanem „W” (mniej wtajemniczeni posługiwali się też nazwą „stan »X«”). Wybór nocy z soboty (12 grudnia) na niedzielę był oczywisty; już 10 miesięcy wcześniej, w trakcie pierwszych poważnych „przymiarek”, uznano, iż optymalnym dniem rozpoczęcia działań będzie niedziela, kiedy zdecydowana większość zakładów pracy jest nieczynna, a więc natychmiastowa riposta strajkowa i mobilizacja Solidarności będą praktycznie niemożliwe lub co najmniej poważnie utrudnione.

Decyzja polityczna, podjęta przez najwyższe gremium partii, zapadła wprawdzie 5 grudnia na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR, ale dano tam premierowi – gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu – swobodę wyboru konkretnej daty, która przez zebranych nie była – i nie mogła być – wyznaczona. Także w nocy z 8 na 9 grudnia, gdy Jaruzelski informował o harmonogramie działań marszałka Wiktora Kulikowa, naczelnego dowódcę wojsk Układu Warszawskiego, który ze swoim osobistym sztabem pojawił się właśnie w Warszawie, nie podał mu konkretnej daty. Można z tego wnosić, że jeszcze jej nie ustalił. Najpewniej decyzja co do daty zapadła po posiedzeniu Rady Wojskowej Ministerstwa Obrony Narodowej (MON), gremium, do którego należeli szefowie okręgów wojskowych, rodzajów sił zbrojnych oraz instytucji centralnych MON. Posiedzenie odbyło się w nocy z 9 na 10 grudnia. Na jego zakończenie – pisze we wspomnieniach gen. Jaruzelski – „podchodziłem do nich [uczestników zebrania] kolejno (…) [i] obejmowałem każdego”.

Wśród wielu czynników determinujących wybór nocy z 12 na 13 grudnia istniał jeden, nader istotny, który w pewnym sensie wymuszał wprowadzenie stanu „W” przed 15 grudnia: w tym dniu mijał dwumiesięczny okres, na jaki przedłużono służbę wojskową 46 tys. żołnierzy „starego rocznika”. Dalsze przedłużenie było możliwe tylko pod warunkiem, że kraj znajdzie się w stanie wojny. Do nowych poborowych, których uważano za „zarażonych” przez Solidarność, tak dalece nie miano zaufania, że faktycznie wstrzymano jesienny pobór (wcielono do armii tylko około 17 tys. osób). W tych warunkach zwolnienie do cywila przeszkolonych żołnierzy oznaczałoby czasowe zmniejszenie liczebności sił zbrojnych, a na to autorzy stanu wojennego nie mogli sobie pozwolić.

Z zaskoczenia

Tak więc od 11 grudnia zaczęły się pierwsze przemieszczenia wojsk. (...) Ruchy wojsk, jakkolwiek niewielkie, nie mogły zostać niezauważone. Ich świadkowie widzieli jednak tylko pojedyncze elementy przemieszczeń. Nawet dowodzący poszczególnymi jednostkami wojskowymi i oddziałami lub grupami wojsk resortu spraw wewnętrznych nie byli zorientowani w zasięgu całości operacji. Miała ona zostać przeprowadzona zgodnie z przyjętym już wiosną 1981 r. „wariantem podstawowym”, noszącym nazwę „Wprowadzenie stanu wojennego z wykorzystaniem czynnika zaskoczenia”. Zachowanie całkowitej dyskrecji było więc kluczowym warunkiem powodzenia przedsięwzięcia. Wprawdzie trwająca od kilku tygodni eskalacja konfliktu po obu stronach dzielącej kraj barykady jednoznacznie sugerowała, że zbliża się moment kulminacyjny, wszystko jednak wskazuje na to, iż autorom stanu wojennego udało się zachować w tajemnicy szczegóły dotyczące nie tylko terminu rozpoczęcia – co było najłatwiejsze – czy harmonogramu działań poprzedzających godzinę „G”, ale przede wszystkim zakresu tego, co będzie się działo później, gdy nastanie stan „W”. (...)

O wyznaczeniu terminu godziny „G” na pewno wiedzieli generałowie z najbliższego otoczenia gen. Jaruzelskiego, ci, z którymi wspólnie podjął decyzję: Florian Siwicki, szef Sztabu Generalnego, pełniący de facto obowiązki ministra obrony, jako że sam minister piastował jeszcze trzy inne kluczowe stanowiska (I sekretarza KC PZPR, premiera, przewodniczącego Komitetu Obrony Kraju), Michał Janiszewski, szef kancelarii Rady Ministrów, Czesław Kiszczak, minister spraw wewnętrznych. Być może powiadomiono także kilku wyższych oficerów ze Sztabu Generalnego i sekretarza KOK, wiceministra obrony narodowej gen. Tadeusza Tuczapskiego. Być może też poza Kiszczakiem o wyznaczeniu terminu godziny „G” wiedziało kilka osób z najściślejszego kierownictwa MSW. Jedenastego grudnia dowiedzieli się o nim Mieczysław F. Rakowski, wicepremier, jeden z najbliższych współpracowników politycznych Jaruzelskiego, oraz członkowie Biura Politycznego i zarazem sekretarze KC, Stefan Olszowski i Kazimierz Barcikowski. Wszyscy trzej mieli należeć do ścisłego gremium decyzyjnego po wprowadzeniu stanu wojennego.

Ani terminu, ani szczegółów operacji nie znał na przykład minister do spraw współpracy ze związkami zawodowymi Stanisław Ciosek, który od tygodni prowadził mniej lub bardziej utajnione rozmowy z Kościołem i sondował sytuację w Solidarności, a Jerzy Urban, rzecznik prasowy rządu, na którym spoczywała odpowiedzialność za oficjalne interpretowanie działań władzy, wspominał: „domyślałem się, że szykowane jest jakieś decydujące posunięcie” i „łatwo wykoncypowałem, że musi ono nastąpić w najbliższą sobotę”. Ale właśnie dopiero w sobotę dowiedział się (od Rakowskiego), że rzeczywiście „coś się szykuje” i że powinien przygotować kilka artykułów, które „odpowiadałyby sytuacji jakiegoś tam bliżej nieokreślonego stanu wyjątkowego”.

Jedenastego grudnia po południu o wyznaczonym terminie dowiedział się marszałek Kulikow. Oznaczało to, że wiedzę tę zyskało także sowieckie kierownictwo, które dzień wcześniej, podczas posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR, wyrażało obawę, że polscy towarzysze mogą znów – tak jak w marcu 1981 r. – cofnąć się przed podjęciem oczekiwanej (i koniecznej) decyzji. Informujący Kulikowa gen. Siwicki stwierdził jednak, iż „[podjęta już] decyzja nie została dotąd przekazana do wykonania”. (...)

W trakcie rozmowy Kulikow zagrzewał Polaków do działania: „macie realną siłę”, „odkładać terminu nie należy”, „wiem, jaką pracę przeprowadziliście”, „przyjaciele pozostają przyjaciółmi”. Marszałek zachęcał, a ambasada od rana czyniła przygotowania do ewakuacji rodzin personelu placówki. (...)

Polska operacja

Terminu godziny „G” nie znała, oczywiście, Central Intelligence Agency (CIA), a więc i administracja amerykańska. Płk Ryszard Kukliński, ich jedyne poważne źródło informacji ze Sztabu Generalnego, został – wobec wysokiego prawdopodobieństwa dekonspiracji – ewakuowany z Polski na początku listopada, gdy termin nie był jeszcze ustalony. (...) Wśród tego, co przekazał i co – po zjawieniu się nad Potomakiem – powiedział, najważniejsza była zresztą wiadomość, że wprowadzenie stanu wojennego odbędzie się jako „polska operacja”, bez udziału wojsk sojuszniczych. Informacje te i tak zresztą nie przebiły się do Białego Domu, czego powody są niezbyt jasne, a oficjalne tłumaczenie nie jest raczej przekonujące. W każdym razie z Waszyngtonu nie przekazano Solidarności żadnych informacji ani sygnałów, administracja amerykańska zaś nie zmieniła dotychczasowej polityki wobec Polski. (...)

Rok przygotowań

Wprowadzenie stanu wojennego przygotowywano ponad rok. Co najmniej dwukrotnie (w marcu i w listopadzie) z Moskwy przyjechały specjalne ekipy, które zapoznały się z dokumentacją i przygotowaniami, a marszałek Kulikow i ludzie z jego sztabu zjawiali się w Warszawie właściwie co parę tygodni, kontrolując przygotowania, a jednocześnie mając za zadanie dopingowanie Polaków do podjęcia działań. Prace prowadzono bardzo starannie, wielokrotnie sprawdzano i aktualizowano opracowywane w pocie czoła dokumenty, wykresy, tabele i mapy. Powstały dziesiątki projektów różnego rodzaju aktów prawnych: od uchwały Rady Państwa o wprowadzeniu stanu wojennego, przez dekrety Rady Państwa, rozporządzenia Rady Ministrów i różnych resortów, po zarządzenia wojewodów i szefów Wojewódzkich Komitetów Obrony. Sto tysięcy egzemplarzy obwieszczenia o wprowadzeniu stanu wojennego – wydrukowanych w Związku Sowieckim – spoczywało w pilnie strzeżonych magazynach. Wszystkie podstawowe dokumenty znajdowały się w sejfach osób, które powinny je otworzyć na otrzymany sygnał. Ustalone były listy komisarzy wojskowych, którzy mieli przejąć kontrolę nad administracją państwową – od ministerstw i urzędów centralnych po miasta i gminy – oraz nad ważniejszymi zakładami pracy. (...)

Wyznaczono jednostki wojskowe, które miały być użyte w bezpośrednich akcjach: „pododdziały specjalne”, „jednostki awangardowe”, „pododdziały fizylierów”, „bataliony prewencyjne” z Wojskowej Służby Wewnętrznej (WSW), „bataliony manewrowe”, i przydzielono im indywidualne zadania. (...) W więzieniach („ośrodkach odosobnienia”) przygotowano cele dla około 5 tys. działaczy Solidarności i opozycji, którzy mieli być internowani wedle list sporządzonych w styczniu 1981 r., co pewien czas uaktualnianych. (...) Wprawdzie niewiele wiadomo na temat jakości sieci agenturalnej, która działała w Solidarności, ale jej rozmiary były znaczące, a wśród agentów zdarzały się – choć bardzo rzadko – i takie „rodzynki” jak Eligiusz Naszkowski, który zdołał nagrać przebieg części obrad Komisji Krajowej w Radomiu 3 grudnia i wyniósł taśmy, wykorzystane następnie w kampanii propagandowej mającej uzasadnić wprowadzenie stanu wojennego. (...)

Niektórzy działacze Solidarności wspominają o „docierających sygnałach”, które miały formę czy to cząstkowych informacji, czy zapowiedzi, że „władza szykuje się do uderzenia”. Nikt z nich jednak nie twierdzi, że znał szczegóły tego uderzenia lub widział jakiekolwiek dokumenty. Wiele osób uważało, iż we wprowadzaniu stanu wyjątkowego nie może zostać użyte wojsko, które – jak sądził Janusz Pałubicki – po wyprowadzeniu z koszar „przyłączyłoby się do załóg [robotniczych]”. Niektórzy – jak Jacek Kuroń – uważali, że „generał będzie namierzał, namierzał i swoim zwyczajem cofnie rękę”. Karol Modzelewski uznał zaś, iż poza wszystkim innym „trochę logistycznej wyobraźni [nam] zabrakło”. (...)

W niektórych zarządach regionów poufnie wyznaczano tak zwany drugi szereg, osoby mniej do tej pory aktywne, a więc mniej narażone na aresztowanie. W kilku wypadkach zdołano na czas podjąć z banku część pieniędzy związkowych (we Wrocławiu 80 mln zł, w Warszawie 10 mln, w Rzeszowie 3 mln, w Przemyślu 2 mln) oraz „wyprowadzić” je w bezpieczne miejsce, zwykle do któregoś z ludzi Kościoła. W innych regionach (na przykład w Gdańsku) zabrano się do tego zbyt późno.


W wielu dużych zakładach pracy komisje Solidarności organizowały swego rodzaju straże czy grupy ochrony. Ich zadaniem było przede wszystkim czuwanie, aby na teren fabryki nie przedostały się – w wypadku strajku – osoby z zewnątrz lub niepożądane, tak jak działo się to w czasie strajków okupacyjnych latem 1980 r. Podstawowym wyposażeniem członków takich grup były jednak wyłącznie biało-czerwone opaski (często z nazwą związku). Komórki Solidarności nie miały, oczywiście, broni palnej ani nawet „środków bezpośredniego przymusu”, takich jak pałki. (...)

Nawet gdyby miano więcej rzeczowych informacji o prawdziwych zamiarach władz, wielomilionowy, demokratyczny i wewnętrznie zróżnicowany ruch społeczny – którym przecież była Solidarność – prawdopodobnie nie byłby w stanie przygotować się organizacyjnie do dwóch poważnych i trudnych, a zarazem częściowo się wykluczających przedsięwzięć: strajku generalnego, który wymaga powszechnej i otwartej mobilizacji członków, oraz konspiracji na wypadek klęski strajku. (...)

Ugodowa mniejszość

Badania socjologiczne przeprowadzone w Regionie Mazowsze jesienią 1981 r. wykazały, że mniej więcej jedna trzecia członków związku należała do „mniejszości ugodowej”, która – jak mówił Ludwik Dorn, relacjonując wyniki – „wiązała niezwykle silne nadzieje z porozumieniem, z dialogiem, z zawarciem pewnego kompromisu”. Wydaje się, że większość członków Solidarności uważała, zapewne często pod wpływem wystąpień radykalnych działaczy, iż władza jest słaba, nie jest w stanie przejąć inicjatywy, a zatem albo nie podejmie ataku na dziewięciomilionowy związek, albo jeśli to uczyni, szybko poniesie klęskę. W końcu od ponad roku cofała się przed drastycznymi rozwiązaniami i choć zawsze pobrzękiwała szabelką, nigdy nie wyciągnęła jej z pochwy. Jeśli czegoś rzeczywiście się bano, to sowieckich czołgów. (...)

W narastającym napięciu, w oczekiwaniu na „coś” – życie, zarówno publiczne, jak i to zwykłe, codzienne, toczyło się normalnie. Przed sklepami stały kolejki, coraz dłuższe (lub „grubsze”), bo zbliżały się najważniejsze – przynajmniej pod względem kulinarnym – święta, pługi odśnieżały ulice miast, dzieci oglądały dobranockę. W warszawskim kinie Moskwa, odległym niespełna o 300 m od potężnego kompleksu gmachów MSW, sala była pełna na każdym seansie: wyświetlano słynny wówczas film Francisa Coppoli „Czas Apokalipsy”. (W niedzielę brytyjski fotograf Chris Niedenthal zrobił tu zdjęcie, które stało się jedną z ikon „trzynastego grudnia”: wymowny billboard filmu, nazwa kina i stojący przed nim czołg).

W Gdańsku 11 grudnia rozpoczęło się – dwukrotnie odkładane – posiedzenie Komisji Krajowej Solidarności... Spotkano się w sali BHP Stoczni Gdańskiej, wciąż noszącej imię Włodzimierza Lenina, tej samej, gdzie w sierpniu 1980 r. przez dwa tygodnie odbywały się zebrania Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego i gdzie podpisano najbardziej znane z porozumień społecznych, kończących „gorące lato 1980”. W ten sposób symbolicznie wypełniano jedno z zaleceń instrukcji strajkowej – siedziba instancji związkowej znalazła się w zakładzie pracy.

Posiedzenie stanowiło w istocie kontynuację obrad radomskich. Zatwierdzono formalnie przyjęte w Radomiu uchwały, które wywołały gwałtowny atak rządowych mediów. Dyskusja poszła jednak znacznie dalej. Choć niektórzy z mówców – w tym Lech Wałęsa i większość doradców, niezależnie od ich politycznej proweniencji – opowiadali się za umiarkowaniem i ostrzegali przed zbytnim radykalizmem, inni zgłaszali nader śmiało brzmiące propozycje: wolnych wyborów nie tylko do rad narodowych, ale także do Sejmu („marzą nam się, powiedzmy szczerze, zaszczyty poselskie”, skomentował to w czasie obrad Frasyniuk), powołania nie tylko Społecznej Rady Gospodarki Narodowej (wyłoniono nawet jej 24-osobowy skład), ale wręcz rządu tymczasowego (Jacek Kuroń rozdawał swój artykuł „Rząd narodowy”), przeprowadzenia ogólnonarodowego referendum w sprawie zaufania do obecnych władz, podjęcia w skali ogólnokrajowej tak zwanego strajku czynnego, to znaczy dystrybucji wytworzonej w tym czasie produkcji bezpośrednio przez zakład pracy (a w istocie przez komitet strajkowy). Atmosfera – wspominał Zbigniew Bujak – była „jakaś dziwna, ciężka. Inne też były spory w kuluarach. Zazwyczaj kłóciliśmy się o każde zdanie, o [każdą] uchwałę, a tym razem szły dyskusje na tematy zasadnicze”. Milkliwy był Lech Wałęsa, który – wedle Bujaka – „patrzał z politowaniem na całą tę sytuację”. Przewodniczący związku kilka razy zbeształ niektórych mówców.

Brak połączeń

Wieczorem zaczęły nadchodzić informacje o przemieszczaniu się w kierunku Gdańska elitarnych jednostek ze szkół MO w Szczytnie i Słupsku. (...) Później zaczęły docierać kolejne informacje z kraju i z miasta – gdzieś widziano przemieszczające się wojska, w innym mieście zostały zablokowane połączenia teleksowe i telefoniczne. Około północy okazało się, że przerwano połączenia także w stoczni...

Termin posiedzenia Komisji Krajowej miał w pewnym stopniu wpływ na wyznaczenie momentu godziny „G”. (...) Była to niepowtarzalna okazja do ujęcia ich wszystkich naraz, zgarnięcia całej „creme de l’extreme”, jak mawiał niezapomniany Janusz Szpotański. (...)

Gdy od rana 12 grudnia w sali BHP gorączkowo debatowano nad poczynaniami władz, możliwymi reakcjami związku i planami przebudowy kraju, zbliżał się nieuchronnie moment, w którym decyzja musiała zostać „przekazana do wykonania”. O godz. 9.00 rano w gabinecie premiera Jaruzelskiego spotkało się czterech generałów: oprócz gospodarza byli tam Siwicki, Kiszczak i Janiszewski. Jak wspomina Kiszczak, po stwierdzeniu, że „wszystko jest dopięte na ostatni guzik”, uzgodnili, iż jeśli ma być utrzymany termin godziny „G”, decyzja o rozpoczęciu operacji powinna zostać podjęta nie później niż o godz. 14.00, tak aby „kaskada” rozkazów zdążyła dotrzeć do komórek wykonawczych. Po czym się rozstali. Kiszczak spotkał się z szefem misji KGB w Polsce gen. Witalijem Pawłowem, którego poinformował o harmonogramie działań. Być może doświadczony czekista nadal nie w pełni ufał ekipie Jaruzelskiego, gdyż miał jakoby w depeszy do Moskwy stwierdzić, że jeśli generał się załamie, kierownictwo partii może przejąć Olszowski, uważany na Kremlu za najbardziej odpowiednią alternatywę najpierw dla Stanisława Kani, a później dla Jaruzelskiego.

Po linii partyjnej

Rakowski w swoich dziennikach zanotował 12 grudnia informację o „kłopotach na linii radzieckiej”, ale przed południem Jaruzelski odbył dwie rozmowy telefoniczne z Moskwą – po „linii partyjnej” z Michaiłem Susłowem i po „linii wojskowej” z marszałkiem Dmitrijem Ustinowem, co chyba te niesprecyzowane kłopoty usunęło. Obaj rozmówcy generała byli starszymi panami i mieli już niewiele życia przed sobą – Susłow, uważany za głównego ideologa partii, zmarł sześć tygodni później, Ustinow, minister obrony narodowej, niespełna trzy lata po nim. (...) Jak wynika ze wspomnień Jaruzelskiego, w rozmowach tych uzyskał potwierdzenie stanowiska Moskwy – zdecydowane poparcie dla zdecydowanych działań. Nie pisze jednak, czy pytał o pomoc wojskową w przypadku niepowodzenia operacji. Sądzę, że nawet jeśli to zrobił, ani pytanie, ani odpowiedź nie musiały być formułowane „otwartym tekstem”. (...)

Zapewne także przed południem została rozstrzygnięta sprawa nazwy ciała, które miało zarządzać krajem od 13 grudnia. W dokumencie zatytułowanym „Myśl przewodnia wprowadzenia na terytorium PRL stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa”, który został podpisany – przez Jaruzelskiego jako premiera i Kanię jako I sekretarza KC – 27 marca 1981 r. i był „biblią” przygotowań do stanu „W”, zakładano, że „z chwilą wprowadzenia stanu wojennego zasadnicze funkcje sprawowania władzy i kierowania państwem przechodzą na Komitet Obrony Kraju”. (...) Nie udało mi się stwierdzić ani dlaczego, ani kiedy odstąpiono od tego zapisu i zdecydowano na stworzenie instytucji nieujętej w żadnych normach prawnych i składającej się wyłącznie z wojskowych. Indagowany przeze mnie Wojciech Jaruzelski nie przypominał sobie tego epizodu. Na pewno stało się to przed 7 grudnia, bo Mieczysław Rakowski zanotował wówczas w swoim dzienniku, że kierowanie państwem ma przejąć „Rada Wojskowo-Rewolucyjna”. Generał Siwicki, podczas wspomnianej już rozmowy z marszałkiem Kulikowem (11 grudnia), mówił, że ma powstać „Wojskowo-Rewolucyjna Rada Ocalenia Ojczyzny” i dopiero 12 grudnia powiadomił go, że nazwa będzie brzmiała „Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego” (WRON).

12 grudnia około godz. 14.00, tak jak umówiono się rano, gen. Jaruzelski telefonicznie powiadomił najpierw gen. Kiszczaka, a następnie gen. Siwickiego, iż wyznaczony termin godziny „G” nie ulega zmianie. Gdy w sali BHP Stoczni Gdańskiej toczyła się ożywiona dyskusja nad referendum i ordynacją wyborczą, od mniej więcej godz. 15.00 z gmachu MSW zaczęły wychodzić telegramy zaczynające się od słów: „Ogłaszam hasło »Synchronizacja«. Informuję i zarządzam realizację...” – tu następował wykaz 10 kryptonimów spośród 62, które znajdowały się w tabeli sygnałów oznaczających poszczególne działania. (...)

„Wieczór jest raczej spokojny, jak to w sobotę. Wszystkie kobiety są w kapciach (zimą zostawiają obuwie w szatni). Dwie robią na drutach, trzecia poszła właśnie do toalety. Nagle Maria słyszy głuche uderzenia, ma wrażenie, że rozlegają się gdzieś w budynku, poza metalowymi drzwiami prowadzącymi na korytarz. (...) Maria chwyta za słuchawkę, łączy się z centrum technicznym: »Co się tam dzieje?«. Nikt nie odpowiada. (...) Odgłosy nasilają się, decyduje się więc pójść sama sprawdzić. Robi ledwie parę kroków, gdy podwójne drzwi otwierają się wskutek gwałtownego pchnięcia. Czterech lub pięciu żołnierzy wpada do wielkiej sali. (...) Jeden krzyczy: »Krzesła pod ścianę! Nie ruszać się!«. Drugi grozi Marii bagnetem. (...) »Powariowali« – myśli Maria. (...) Odruchowo spojrzała na wielki elektryczny zegar, który właśnie się zatrzymał. Nieruchome wskazówki wskazują godz. 23.20”. Tę anonimową, ale bardzo wiarygodną relację spisał Gabriel Meretik („Noc generała”, Warszawa 1989). Pani Maria pracowała w oddziale telegramów warszawskiego centrum telekomunikacji międzymiastowej i międzynarodowej. (...)

Hufce ciężkozbrojne

Było jeszcze ciemno, gdy armia zaczęła „wpełzanie” w stan wojenny. Z miejsc stałej dyslokacji wyruszały jednostki należące do jedenastu różnych dywizji (w tym dwóch dywizji desantowych), które przemieszczały się przy użyciu: czołgów – 1396 (czyli 51 proc. z będących na stanie Wojska Polskiego), Bojowych Wozów Piechoty – 480 (76 proc.), transporterów opancerzonych SKOT – 847 (39 proc. stanu), BRDM – 106 (70 proc.) oraz TOPAS i MTLB – 482 (42 proc.), a także 9586 samochodów (34 proc.). Inaczej mówiąc: do boju szły hufce ciężkozbrojne.

Kończyła się niespokojna noc. Tysiące ludzi w ogóle nie spało: jak Jaruzelski czy Wałęsa, jak esbecy i internowani w hotelach czy lokalach związkowych, jak dyżurni oficerowie w rozlicznych sztabach, milicjanci i zomowcy, jak ludzie z Solidarności, którzy byli świadkami internowań i ataków na siedziby związku, krążący po ulicach, aby uprzedzić znajomych lub w poszukiwaniu kryjówki dla siebie. Tysiące innych w ciągu nocy obudziło wezwanie na alarm, jak dziesiątki tysięcy żołnierzy z jednostek liniowych, łomotanie esbeków w drzwi czy też dzwonek oznajmiający pojawienie się specjalnego kuriera z rozkazem lub poleceniem. Zaczynał się dzień pierwszy: na skrzyżowania zmierzały czołgi, a patrole milicyjne i wojskowe wyroiły się na niektórych ulicach. Jak to na wojnie.

Trzynastego grudnia punktualnie o godz. 6.00 w odbiornikach radiowych rozległy się dźwięki hymnu narodowego i spiker zapowiedział: „Tu Polskie Radio Warszawa. Mamy dziś niedzielę, 13 grudnia. Rozpoczyna się szczególny dzień w historii naszego państwa i naszego narodu. Za chwilę przed mikrofonami Polskiego Radia przemówi generał armii Wojciech Jaruzelski”.

Generał Jaruzelski zaczął swoje wystąpienie od słów: „Obywatelki i Obywatele Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej! Zwracam się dziś do was jako żołnierz i jako szef rządu polskiego. Zwracam się do was w sprawach wagi najwyższej. Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią...”.

Skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji. „Wojna polsko-jaruzelska. Stan wojenny w Polsce 13 XII 1981 – 22 VII 1983” ukazuje się nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka.

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj