Wojna na górze, wojna na zawsze
W dziejach III Rzeczpospolitej to właśnie 1992 r. uchodzi zanajbardziej dramatyczny. Do dzisiaj rzutuje na polskie życiepolityczne, jego klimaty i temperaturę polemiki. Jak do tego doszło?Czy musiało dojść?

Narastające od 1989 r. pęknięcia w obozie solidarnościowymdoprowadziły w 1992 r. do ujawnienia głębokich sprzeczności, któreprzeistoczyły się w wojnę ugrupowań wyrastających z tego samegosolidarnościowego pnia. Apogeum miało miejsce w nocy z 4 na 5 czerwca1992 r., zwaną nieraz „nocą długich noży”, kiedy to odwołano rząd JanaOlszewskiego. W osobliwy więc sposób politycy „S” uczcili trzeciąrocznicę zwycięstwa w wyborach w czerwcu 1989 r.

Były to wybory tylko w części demokratyczne, ale wykreowały obóz zwanysolidarnościowym (później postsolidarnościowym lub posierpniowym) nagłówną siłę na polskiej scenie politycznej. Jego posłowie i senatorowiepowołali w sejmie Obywatelski Klub Parlamentarny (OKP). Nie był on anipartią, ani stronnictwem; skupiał polityków o różnych biografiach,ludzi różnych temperamentów i ambicji, odwołujących się do częstoprzeciwstawnych ideologii. Z czasem na jednym biegunie znaleźli siępolitycy o poglądach umiarkowanych, demokraci i liberałowie, którychideałem była Polska liberalna, laicka, Polska rozległych prawobywatelskich i demokratycznych. Wśród nich, obok premiera TadeuszaMazowieckiego, byli np. Bronisław Geremek, Adam Michnik, Jacek Kuroń.Stawiali oni na ścisły związek z EWG i Zachodem. Lansowali szybkirozwój gospodarki rynkowej. Coraz bardziej skonfliktowani z politykamiprawicy solidarnościowej szukali oparcia wśród postkomunistów.

Na drugim biegunie koncentrowała się solidarnościowa prawica,skupiająca polityków o poglądach konserwatywnych, katolickich,narodowych, nieufnych wobec Zachodu; ich wizja państwa narodowego,kultywującego tradycyjne zachowania i tożsamość kulturową, dalekoodbiegała od wizji tych pierwszych. Prawica zdecydowanie też nawoływałado dekomunizacji i lustracji, do szybkiego zniszczenia politycznegodziedzictwa PRL.

Pierwsze pęknięcie

Na posiedzeniach OKP dochodziło do coraz częstszych sporów; językwszechobecnej tam polemiki powodował dalsze pęknięcia oraz narastanienieufności i niechęci. Ludzi „S” przestał już łączyć, tak jak w latach80., wspólny przeciwnik, jak wówczas powiadano: komuna, czerwony. Terazliderom „S” wydawało się, że czerwony przechodzi do historii nazasłużony odpoczynek. Już wkrótce się okazało, że było to myślenieżyczeniowe, gdyż Socjaldemokracja RP, formacja nawiązująca do dziejówPRL, ma się całkiem dobrze, ma poparcie wielu środowisk, ma instytucjei układy z poprzednich czasów. Sprzyja jej mentalność wielu tysięcyludzi odziedziczona po odeszłym systemie.

W 1990 r. liderem obozu umiarkowanego „S” był premier TadeuszMazowiecki, natomiast na czele obozu prawicowego stanął Lech Wałęsa.Relacje między nimi układały się coraz gorzej. Znakiem niechęciprzewodniczącego „S” do Mazowieckiego było mianowanie we wrześniu1990 r. Jarosława Kaczyńskiego, zaufanego człowieka Wałęsy, szefem„Tygodnika Solidarność”. Premier, były redaktor naczelny tegotygodnika, nie został poproszony o wyrażenie opinii. Przy „TS” zaczęlisię gromadzić politycy o prawicowych poglądach i wartościach.Jednocześnie wokół „Gazety Wyborczej” zaczęło się formować alternatywnedo nich środowisko o liberalnych poglądach, które będzie wspierać opcjękojarzoną z nazwiskiem Mazowieckiego.

Wałęsa głosił wówczas konieczność dekomunizacji, powstrzymania procesuzwanego uwłaszczeniem nomenklatury, usunięcia ministrów komunistycznychz rządu i przyspieszonych wyborów prezydenckich. Wspierali gopolityczni przyjaciele, którzy w kwietniu 1990 r. wysunęli go jakokandydata na fotel prezydenta, a 12 maja na konferencji prasowejogłosili powstanie Porozumienia Centrum (PC), partii o orientacjicentrowo-prawicowej. Jej przewodniczącym został Jarosław Kaczyński.Jednak Wałęsa i Kaczyński mieli nieco inną wizję prezydentury. Wałęsaopowiadał się za silnym prezydentem wybieranym w wyborach powszechnych,natomiast ten drugi opowiadał się za wyborem prezydenta przez połączonesiły Sejmu i Senatu.

13 maja 1990 r. na zebraniu Komitetu Obywatelskiego Wałęsa powiedział:„Jeśli jest spokój u góry, to na dole jest wojna. Dlatego zachęcampaństwa do wojowania. Stan wojenny wprowadził marazm i obecna koncepcja(czyli rząd Mazowieckiego – ACH.) robi to samo”. Słowa te wyrażałykrytyczny stosunek do rządu Mazowieckiego, zachęcały do podziałuw obozie solidarnościowym na lewicę skupioną wokół premiera i prawicęskupioną wokół Wałęsy i Kaczyńskiego. Wojowanie w oboziepostsolidarnościowym rzeczywiście się rozpoczęło. Zostało nazwane wojnąna górze. Miała ona doprowadzić do wyłonienia w przyszłości silnego,prowałęsowskiego obozu prezydenckiego. Tymczasem wokół premierauformował się obóz, którego jądrem była powstała 2 grudnia 1990 r. UniaDemokratyczna (UD), skupiająca osoby o poglądach socjaldemokratycznychjak i konserwatywnych, przeciwnych Wałęsie, a także niechętnychlustracji i dekomunizacji.

Wałęsa, Bielecki i ordynacja

Po zwycięskiej kampanii prezydenckiej (II tura: 9 grudnia 1990 r.)Wałęsa postanowił stworzyć taki rząd, który formalnie będzieodpowiedzialny przed Sejmem, ale faktycznie przed nim. Jako kandydatówdo stanowiska premiera rozważał osoby Jarosława Kaczyńskiego oraz JanaOlszewskiego. Obaj odmówili, kiedy się okazało, że Wałęsa ma własnąlistę członków rządu. Wałęsa czuł się zależny od swojego prawicowegozaplecza – dlatego, by to osłabić, zaczął nawiązywać kontakty ześrodowiskami i politykami lewicy solidarnościowej orazpostkomunistycznymi. To mu właśnie zarzucał Jarosław Kaczyński, którybył szefem prezydenckiej kancelarii i ministrem stanu.

29 grudnia 1990 r. ogłoszono oficjalnie, że Wałęsa powierzył misjęsformowania rządu Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu, liberałowiz Gdańska, politykowi mało znanemu, bez szerszego zapleczapolitycznego. Dlatego, mimo starań, Bielecki przez cały okresurzędowania był zależny od prezydenta, który zachował decydujący wpływna gabinet i realizowaną politykę. 4 stycznia 1991 r. rząd uzyskałzaufanie Sejmu. Poparło go 276 posłów. Ocena pracy tego rządu, dokonanaz perspektywy czasu, wypada całkiem dobrze. Sporo osiągnął, zwłaszczaw zakresie spraw ekonomicznych, umocnił prorynkowe fundamentygospodarki i państwa, aczkolwiek jego polityka wywołała też liczneprotesty środowisk odczuwających bolesne skutki niezbędnych skądinądreform. Politykę rządu krytykowali również jego ministrowie, jak choćbyAdam Glapiński.

Bielecki był niezłym menedżerem, skutecznym w podejmowaniu decyzji,cenionym przez media za to, że chętnie służył im informacjamii traktował serio. Sprawował władzę dłużej, niż przewidywano. Miał byćbowiem tylko szefem gabinetu przejściowego, do uchwalenia nowejordynacji wyborczej i nowych, w pełni już demokratycznych, wyborów.Jednak w szybkim przyjęciu nowej ordynacji nie był zainteresowanyprezydent, który słusznie się obawiał, że może na tym stracić. Dlategokluczył i wetował. Ostatecznie 1 lipca 1991 r. podpisał ustawęprzegłosowaną przez Sejm 28 czerwca.

Ustawa o ordynacji wyborczej przyjęła zasadę proporcjonalności, comusiało doprowadzić do rozproszenia elektoratu. Dlatego trudno jąuważać za szczęśliwą z punktu widzenia interesów państwa i obywateli.Teraz partie mnożyły się bez umiaru. Demokracja była świeżej daty,procedury państwa prawa szerzej nie były znane i rozumiane, stronnictwarównie szybko powstawały, jak i upadały, życie polityczne stało sięniestabilne. Cechą polskich partii była z jednej strony ogólnikowośćprogramów, a z drugiej nadmierna wyrazistość przywódców. Partyjniliderzy, choć likwidowali jedne i zakładali kolejne partie, to jednakz reguły trwali przy wcześniej wyrażanych preferencjach politycznych.Chadecy dalej byli chadekami, socjaldemokraci socjaldemokratami,a konserwatyści konserwatystami. Poza PSL szersze oparcie społecznew terenie mieli kruche. Nie było ani czasu, ani klimatu doobywatelskiej pracy na rzecz tworzenia solidnych instytucjonalnychi kadrowych podstaw. Podobnie było zresztą w pozostałych krajach EuropyŚrodkowej.

Rozmnożenie partyjne i Olszewski

W tych okolicznościach frekwencja w wyborach, które się odbyły 27października 1991 r., wyniosła tylko 43,2 proc. Badania wykazały dużyprzepływ elektoratu w stosunku do wyborów prezydenckich, co teżdowodziło niestabilności sceny politycznej, słabego wyrobienia wyborcówi polityków. W nowym Sejmie znaleźli się przedstawiciele aż 29ugrupowań i partii politycznych, co w stosunku do innych państw Europybyło czymś osobliwym. Sceptycy powiadali, że sformowanie jakiegokolwiekrządu będzie po prostu niemożliwe. Gabinety co prawda powstawały, leczbyły oparte na chwiejnej większości.

Po wyborach Wałęsa rozpoczął formowanie nowego rządu. Jak przewidywał,było to trudniejsze niż poprzednio, nie tylko z racji wielości klubówi kół sejmowych, ale i postaw polityków, którzy nie chcieli się godzićna jego prymat. Nie miał też silnego zaplecza w Sejmie, gdyż niepowstał zwarty politycznie obóz prezydencki. Liderzy partiicentroprawicowych uznali, że to do nich należy głos w sprawachpowołania rządu. Podczas dyskusji na ten temat doszło do ostrej wymianyzdań między prezydentem a Jarosławem Kaczyńskim. Drogi obu politykówdefinitywnie się rozeszły. W ten sposób w obozie solidarnościowymmieliśmy już trzy opcje: umiarkowaną Mazowieckiego i BronisławaGeremka, prezydencką oraz prawicową Kaczyńskiego i Olszewskiego.

Ostatecznie w Sejmie zawiązała się koalicja pięciu partii – PC,Kongresu Liberalno-Demokratycznego (KLD), ZjednoczeniaChrześcijańsko-Narodowego (ZChN), Konfederacji Polski Niepodległej(KPN), Porozumienia Ludowego (PL). Wałęsie nie udało się jej rozbić.Piątka przeforsowała prof. Wiesława Chrzanowskiego z ZChN na stanowiskomarszałka Sejmu, a Jana Olszewskiego na urząd premiera (23 grudniapoparło go 235 posłów). Po raz pierwszy centroprawica sformowała rząd.Wałęsa liczył, że trwała koalicja nie będzie jednak możliwa. Już 23grudnia rząd opuścili liberałowie z KLD. Do gabinetu nie weszli teżkonfederaci z KPN, gdyż ich lider Leszek Moczulski, marzący o roliPiłsudskiego, nie otrzymał teki ministra obrony narodowej. Lecz naszczęście dla Olszewskiego Kaczyński skutecznie negocjując zyskałpoparcie ze strony PSL, aczkolwiek – jak się wkrótce okazało – chwilowe.

Zgodnie z oczekiwaniami relacje premiera i prezydenta były jaknajgorsze. Chętnie czynili sobie wzajemnie afronty. Polem konfliktustały się tzw. resorty prezydenckie – Ministerstwa: SprawZagranicznych, Obrony Narodowej i Spraw Wewnętrznych. Konfliktogniskował się zwłaszcza w Ministerstwie Obrony Narodowej, kierowanymprzez cywila Jana Parysa, który przy byle okazji atakował Belweder orazwojskowych bliskich Wałęsie. Naraził się też posłom partiiopozycyjnych, którzy chcieli jego dymisji, co nastąpiło w maju 1992 r.Mimo że Parys miał pewne zasługi w zabiegach o przystąpienie Polski doNATO, jego zachowanie nie ułatwiało premierowi starań o poszerzeniekoalicji rządowej.

Rząd Olszewskiego zapisał na swoje konto sporo sukcesów w politycemiędzynarodowej, którą prowadził Krzysztof Skubiszewski, minister sprawzagranicznych. Polityka ta nastawiona była na dobre relacje w ramachtrójkąta wyszehradzkiego, dobrosąsiedzkie stosunki z państwami nawschód od Polski i układanie się z EWG. Sprawy te nieco skomplikowałWałęsa, wysuwając mało przemyślany pomysł NATO-bis i EWG-bis dla krajówEuropy Środkowej; propozycja nie została potraktowana na seriow stolicach Zachodu.

Prezydent liczył na szybki upadek gabinetu Olszewskiego, w istociemniejszościowego, gdyż miał on poparcie tylko 114–120 posłów.Informacje o mankamentach pracy rządu, o programowej niespójnościkoalicji często przenikały do mediów. Najsłabiej była i jest ocenianapolityka gospodarcza. Brakowało wizji, ale i czasu na jej tworzeniei późniejszą realizację. Krytykując politykę liberalną Balcerowiczai Bieleckiego, rząd nie przedstawił alternatyw gospodarczego rozwojui modernizacji kraju. Był przeciwnikiem prywatyzacji, co 17 stycznia1992 r. premier ujął w krótkim zdaniu: „Kończy się pogoda dla oszustów,aferzystów i złodziei”.

Ewentualne reformy wciąż komplikowały liczne protesty społeczne. Towówczas, dokonując okupacji gmachu Ministerstwa Rolnictwa, karieręrozpoczął Andrzej Lepper, wódz Samoobrony. Dosyć dla siebieniespodziewanie został zaszczycony serdecznością prezydenta, któryw ten sposób, po raz kolejny, chciał okazać swoją niechęć do rządu.

Słabością Olszewskiego była też polityka informacyjna. Premier i jegoministrowie nie mieli pomysłu, jak porozumiewać się ze społeczeństwemza pośrednictwem mediów.

Belweder, lustracja, dekomunizacja

Ponieważ zaplecze rządu było chwiejne, w wielu sprawach przegrywał ongłosowania w Sejmie. Tak było m.in., gdy Wałęsa zgłosił HannęGronkiewicz-Waltz na stanowisko prezesa NBP. O słabości rząduświadczyły też stale ujawniane plany jego rekonstrukcji i zmianypremiera. Taką możliwość rozważał m.in. Kaczyński, który nawet pozwoliłsobie na opinię, że rząd kompromituje centroprawicę. Premier kluczył,pozorował rozmowy i przewlekał, a politycy skłóceni z rządem corazczęściej spoglądali ku Belwederowi, którego gospodarz prowadziłzakulisowe rozmowy na temat nowego rozdania.

Ale to nie rozmowy w Belwederze, nie demonstracje organizowaneprzeciwko polityce rządu ani jego mała efektywność w sprawachgospodarczych doprowadziły do jego upadku, lecz podjęta przez tengabinet akcja lustracyjna i dekomunizacyjna. Spór, który podzieliłPolskę, rozpoczął się na początku 1990 r. z inicjatywy środowiskprawicowych, początkowo popieranych przez Wałęsę. Prawica uważałalustrację za konieczny warunek stabilności państwa i jegobezpieczeństwa. Podkreślała, że obecność tajnych współpracowników służbspecjalnych z czasów PRL pomiędzy politykami i wyższymi urzędnikami IIIRP jest niebezpieczna dla kraju, że losy państwa nie mogą zależeć odwoli osób zależnych od własnej przeszłości („agentura to choryfundament nowego państwa”). Jednak do końca 1991 r. próby podjęciaproblemu lustracji w Sejmie kończyły się niepowodzeniem.

Zajął się tym w końcu rząd Olszewskiego. „Powołanie mojego rządu topoczątek końca komunizmu w Polsce” – oświadczył premier. Zdecydowanielustracji był przeciwny Wałęsa, m.in. dlatego, że forsował jąnieprzyjazny mu rząd, aczkolwiek prezydent, powtórzmy, jeszczekilkanaście miesięcy wcześniej był jednym ze zwolenników lustracjii dekomunizacji. 28 maja 1992 r. Janusz Korwin-Mikke z UPR (UniaPolityki Realnej), najprawdopodobniej w porozumieniu z AntonimMacierewiczem, ministrem spraw wewnętrznych, oraz KrzysztofemWyszkowskim, byłym doradcą Olszewskiego, zaproponował Sejmowi przyjęcieuchwały o przeprowadzeniu lustracji osób zajmujących wysokie stanowiskapaństwowe. Sejm przyjął uchwałę nieznaczną większością głosów.Zobowiązywała ona Macierewicza do przedstawienia do dnia 6 czerwcainformacji na temat urzędników państwowych od szczebla wojewody wzwyż,na temat ministrów i wiceministrów, senatorów, posłów, którzy byliwspółpracownikami UB i SB w latach 1945–1990. W późniejszych terminachmiała ona objąć niższych urzędników. Nie uwzględniała tajnychwspółpracowników innych służb, w tym WSI. Materiały dla ministra sprawwewnętrznych gromadził istniejący od 10 lutego 1992 r. Wydział StudiówMSW.

Przeciwnikami lustracji i zwolennikami opinii, by nie odsłaniaćprzykrych kart historii, byli głównie politycy (powołanego w lipcu1991 r.) bloku wyborczego pod nazwą SLD oraz UP (Unii Pracy).Przypominanie o pracy służb specjalnych PRL nie było powodem do chwały.Przeprowadzenie lustracji oznaczało również odsunięcie od wpływóww urzędach ludzi starego aparatu, a z ich zasobów korzystały głównieSLD i PSL. Przeciwnikami byli też przedstawiciele opcji liberalneji umiarkowanej obozu postsolidarnościowego, skupieni głównie wokół UD.Zwracali oni uwagę na niekompletność zasobów archiwów oraz ich częstomałą wiarygodność, co mogło w efekcie doprowadzić do oskarżeniao współpracę ludzi niewinnych. Uważali, że prawo nie może działaćwstecz. Krytykowali uchwałę także dlatego, że nie dawała szans obronyoskarżonym o współpracę, nie przewidywała apelacji oraz zlecałaprzygotowanie materiałów Ministerstwu Spraw Wewnętrznych bezjakiejkolwiek kontroli. Byli przekonani, że realizacja uchwałydoprowadzi do destabilizacji państwa. Niepokoili się też tym, że nalistach przygotowywanych przez Macierewicza może się znaleźć wieluczołowych polityków partii.

Odwołanie rządu

Politycy opozycyjni postanowili nie dopuścić do realizacji uchwałypoprzez odwołanie rządu. 29 maja wniosek o takiej treści złożyłw imieniu grupy posłów Jan Rokita, a 3 czerwca Wałęsa zaproponowałWaldemarowi Pawlakowi, liderowi PSL, objęcie stanowiska premiera.Oznaczyło to, że 48 posłów z PSL będzie głosować za odwołaniem rządu.Podobne stanowisko zajęli posłowie KPN. „Jeśli (...) wśród (...)tysięcy zebranych znajdzie się choćby jedna fałszywka, polityk AntoniMacierewicz własnymi rękami założy sobie pętlę na szyję” – ostrzegałMoczulski.

Rankiem, 4 czerwca, minister Macierewicz wręczył w Sejmieprzewodniczącym klubów parlamentarnych koperty zawierające 64 nazwiska,w tym 39 posłów i 11 senatorów, którzy wedle materiałów będącychw dyspozycji MSW mogli być tajnymi współpracownikami UB i SB. Krótsząlistę z nazwiskami m.in. Wałęsy i Chrzanowskiego skierował tylko donajwyższych osób w państwie. Ci, co otrzymali listy, mieli zachowaćtajemnicę, lecz jej nie dochowali. Wkrótce o nazwiskach dowiedziały sięmedia.

Macierewicz i Olszewski zagrali jak pokerzyści. Zapewne liczyli, żelista zmusi partie, które miały na niej swoich ludzi, do wycofaniawniosku o odwołanie rządu. Zdawali też sobie sprawę, że dni rządu sąpoliczone, dlatego powinni przed odejściem rozpocząć proces usuwaniaz życia publicznego polityków i urzędników, którzy kiedyśwspółpracowali ze służbami. Z kolei opozycja widziała w materiałachMacierewicza tylko akt zemsty politycznej. Jacek Kuroń nazwałMacierewicza i Olszewskiego „politykami chorymi z nienawiści”.

Początkowo wyglądało na to, że pojawienie się na liście nazwiska Wałęsyzmusi go do defensywy. Pierwsze godziny na to wskazywały. Prezydentnerwowo odpowiadał, że nigdy nie był współpracownikiem, że materiałydostarczone przez ministra są sfabrykowane. Jednak wkrótce, wspartyprzez przeciwników lustracji, przeszedł do kontrofensywy, popierającwniosek o odwołanie premiera. Przyjęcie wniosku oznaczało rozszerzenieporządku obrad izby. Musiało to wywołać ostre protesty posłówpopierających rząd. „Nie widzę powodu, by Sejm zgadzał się na tegorodzaju dyktat. Bo to jest dyktat i to jest upokorzenie Wysokiej Izby”–podnosił Jarosław Kaczyński. Padły też mocne słowa przeciwkoprezydentowi. W jego obronie stanęli członkowie partii opozycyjnych.„W ciągu ostatniej pół godziny mamy do czynienia z procedurą obstrukcjiparlamentarnej, (...) padają słowa obraźliwe wobec państwa i głowypaństwa” – podkreślał Jan Rokita, a Adam Słomka z KPN dodawał, żeobrona rządu i uchwały lustracyjnej to polityczna obrzydliwośći moralna niegodziwość.

Przed głosowaniem, w przerwie obrad Sejmu, premier Olszewski powiedziałw telewizji: „Mój rząd był pierwszym, który chciał odsłonić dawnetajemnicze powiązania ludzi, którzy z własnej woli weszli w ostatnichlatach do organów nowej władzy... Uważam, że dawni współpracownicykomunistycznej policji politycznej mogą być zagrożeniem dlabezpieczeństwa wolnej Polski”.

Ostatecznie, w nocy z 4 na 5 czerwca, wniosek o odwołanie poparło 273posłów, jak powiadano – przedstawicieli „sojuszu przestraszonych”. Zarządem głosowało 119 posłów z ZChN, PC, PL i Solidarności. Wstrzymałosię 33. „Rząd upadł, agenci pozostali”– komentowano w środowiskachprawicowych, a w lewicowych powiadano, że „zabrano małpie brzytwę”.

Trwały podział

Upadek mniejszościowego rządu był nieuchronny, ale upadek w takichokolicznościach spowodował, że wielu Polaków było przekonanycho spisku, który do tego doprowadził. Rzeczywiście, prezydent prowadziłniejawne rozmowy z politykami opozycji, których skutkiem miało byćodwołanie rządu Olszewskiego i powołanie nowego. Wałęsa, choćostatecznie osiągnął to, co chciał, to jednak w oczach części swoichdotychczasowych zwolenników wiele stracił. Już nigdy nie odzyskał tegozaufania, które miał w Solidarności wcześniej.

Tymczasem Polskę zalała fala sprzecznych apeli i wypowiedzi. Jednipowiadali: uratowaliśmy Polskę przed szaleńcami, inni, że to, co sięstało, jest hańbą. Polska mocno się podzieliła, tak mocno jak nigdywcześniej.

Dalej ostro atakował Wałęsa zarzucając rządowi Olszewskiego, że sięotaczał agentami, jak choćby Zdzisławem Najderem, oraz – coistotniejsze – że patronował planowi internowania prezydentaw Arłamowie. Ten mocny zarzut miał uzasadnić postawę Wałęsy w dniu 4czerwca, a jednocześnie odwrócić uwagę od posądzenia goo agenturalność. W ostatnich dniach powróciły te historyczne jużzarzuty, aczkolwiek nie ma nowych dowodów poza słabymi poszlakami, żerzeczywiście rząd Olszewskiego podjął konkretne działania przeciwkoWałęsie. Dlatego też, mimo podjętych prób, nie udało się w 1992 r.postawić Olszewskiego i Macierewicza przed Trybunałem Stanu.

Nieudolnie przeprowadzona akcja na wiele lat zatrzymała dekomunizacjęi lustrację. Dla przeciwników lustracji stała się koronnym dowodem, żemają rację zgłaszając wątpliwości co do wiarygodności archiwaliówdawnych służb (niejeden bowiem spośród umieszczonych na liścieMacierewicza oczyścił się z zarzutu współpracy z tajnymi służbami).

5 czerwca 1992 r. głosowano nad kandydaturą Pawlaka na premiera.Uzyskał wyraźne poparcie izby. Nowy premier, zgodnie z oczekiwaniamiprezydenta, rozpoczął urzędowanie od zmian kadrowych usuwając, tamgdzie miał taką możliwość, tzw. olszewików. Lecz nie powiódł mu sięplan sformowania rządu. Dla polityków KPN i części solidarnościowychelit był znakiem PRL.

10 lipca funkcję prezesa Rady Ministrów Sejm powierzył HannieSuchockiej z UD. Jej rząd uzyskał poparcie 226 posłów. Od początku,podobnie jak i w przypadku Olszewskiego, zmorą była zatruta atmosferapolityczna w obozie „S” oraz niestabilność koalicji. Utrzymaniew ryzach 6–8 partii wspierających gabinet okazało się zadaniem bardzotrudnym. Trudno było o reformy, o efektywną pracę. Sprawy komplikowałynie najlepsze kontakty ministrów z Wałęsą i jego ambicje oraz ambicjejego ministrów i otoczenia, zwłaszcza Mieczysława Wachowskiego.

Jaki był polityczny i społeczny bilans 1992 r.? Osłabły autorytety,prawie zniknęło poczucie wspólnej genealogii ludzi obozupostsolidarnościowego, odeszła bezpowrotnie wspólna wizja świata,osłabiony został etos i mit „S”, zyskały jako alternatywa SLD i PSL.Obniżona została ranga rządu i Sejmu. Politycy obozu solidarnościowegosporo utracili z kapitału zaufania społecznego. Obywatele znów zaczęlimówić o „bagnie” i „korycie”. Wydaje się, że to nadmierne ambicjei animozje pogłębione politycznymi i ideologicznymi różnicami do tegodoprowadziły.


Prof. dr hab. Andrzej Chwalba jest historykiem w Instytucie HistoriiUJ, wiceprezesem Polskiego Towarzystwa Historycznego, autorem m.in.:„III Rzeczpospolita. Raport specjalny” i „Historia Polski 1795–1918”.

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj