Kilroy tu był
Hitler miał wierzyć, że to amerykański superszpieg. Z kolei Stalin, po wizycie w poczdamskim wychodku dla vipów, ponoć wypytywał o niego swoich ludzi.
Kilroy - Washington DC WWII Memorial
Matt Wade/Flickr CC by SA

Kilroy - Washington DC WWII Memorial

Czytaj także

Napisowi „Kilroy was here” towarzyszy prościutki wizerunek zabawnego ludzika, wyglądającego na ogół tak: łysa głowa (ewentualnie przyozdobiona paroma włosami) z wydatnym nosem i zazwyczaj wielkimi ślepiami, wyłaniająca się ostrożnie zza muru, którego ludzik trzyma się oburącz. Od ponad 60 lat Kilroy zostawia swoje ślady w przeróżnych zakątkach globu, a nawet poza nim (dokładniej rzecz biorąc raz – na Księżycu).


Brat Chad


Rysunki z Kilroyem zaczęły się pojawiać w różnych miejscach świata od momentu przystąpienia USA do II wojny światowej. Amerykańscy żołnierze zazwyczaj wydrapywali je na ścianach i murach, umieszczali również na własnym sprzęcie wojskowym. Coś, co wyglądało na dziwny żart, niosło ze sobą istotny przekaz. Oto członkowie oddziałów amerykańskich dostawali krzepiący sygnał: nasi już tu byli! Wróg wręcz przeciwnie – mógł czuć wszechobecność US Army.

Niektóre angielskie źródła dowodzą, że jankeski superżołnierz Kilroy ma wyspiarskie korzenie; bo to rysownik i karykaturzysta George Edward Chatterton, zwany Chat, w 1938 r. stworzył postać podobną do późniejszego Kilroya. Na imię ludzik dostał Chad. W okresie wojennego niedoboru dołączano do niego slogan: „Wot no...?” (celowo zniekształcone, w zapisie fonetycznym, słowo „what”) – „Co, nie ma…?” i tu wstawiano herbatę, chleb, papierosy etc. – to, czego akurat brakowało. Gdy hasło zyskało sławę, pojawiało się w bardzo nieoczekiwanych kontekstach. Na przykład na jednym z brytyjskich szybowców wojskowych, biorącym udział w operacji Market Garden, dowcipnisie napisali: „Co, nie ma silników?”.

Zapewne Kilroy ma coś wspólnego z Chadem, bo takie podobieństwo nie może być dziełem przypadku. Amerykanin Dave Wilton, z zamiłowania etymolog, ujął to tak: „Chad i Kilroy spotkali się w czasie wojny. W duchu alianckiego braterstwa broni brytyjski rysunek połączył się z amerykańskim wyrażeniem”. OK, ale kim był Kilroy?

Wagon w nagrodę

Zaledwie rok po zakończeniu wojny firma Transit Company of America postanowiła wyjaśnić zagadkę: znaleźć tego, kto znak wymyślił, a nawet spróbować sprawdzić, czy żyje lub żył prawdziwy Kilroy. W samej armii było kilkunastu panów o tym nazwisku. A przecież mógł to być ktoś nienoszący munduru wojskowego.

TCA ogłosiła poszukiwania przez radio. Człowiek, który udowodniłby, że jest owym Kilroyem, miał dostać z racji branży, w jakiej działała firma, wagon tramwajowy. Zgłosiło się 40 chętnych. Przedstawicieli organizatora konkursu przekonał James J. Kilroy. Opowiedział najbardziej wiarygodną historię popartą relacjami współpracowników. A było to tak.

Pracował jako inspektor w znanej stoczni Fore River Shipyard w Quincy w stanie Massachusetts. Budowano w niej przede wszystkich okręty wojenne. Zadaniem Kilroya było sprawdzanie i liczenie otworów do nitowania. Oznaczał je kredą. Na podstawie jego obliczeń kalkulowano stawki dla robotników. Niektórzy okazali się nieuczciwi, wymazywali te znaki, co mogło sprawić, że liczono je dwa razy i – co za tym idzie – płacono im dwukrotnie. Dlatego zaczął pisać kredką wielkimi literami trzy słowa: „Kilroy was here” (Kilroy był tu).

Już po zwodowaniu natrafiano na te kompletnie niezrozumiałe, ale intrygujące napisy. Żołnierze dla żartu zaczęli je powielać w innych miejscach, łącząc ze wspomnianym ludzikiem. Charles Panati, specjalizujący się w odkrywaniu pochodzenia rozmaitych zjawisk kulturowych, ujął to tak: „Psotna podobizna z napisem stała się żartem znanym wszystkim Amerykanom”. A w rok po zakończeniu wojny Kilroy z krwi i kości stał się właścicielem 22-tonowego tramwaju, który został prezentem gwiazdkowym dla jego dziewięciorga dzieci. Stanął w ogródku, służąc za miejsce do zabawy.

Im trudniej, tym lepiej

Również po II wojnie światowej Kilroy udzielał wsparcia wojskom USA. Są na to fotodowody, między innymi z okresu wojny w Korei i Pustynnej Burzy. Nie inaczej jest obecnie w Iraku, czego dowodzi klasyczne graffiti, sfotografowane na murze w okolicach Bagdadu. Na Kilroya natrafiono również w Afganistanie.

Ale znak ten stał się dla Amerykanów również synonimem niezmordowanego podróżnika. Dla Kilroya nie ma miejsc niedostępnych. Można go znaleźć na pochodni Statui Wolności, szczycie Mount Everestu, Łuku Triumfalnym w Paryżu, moście Marco Polo w Chinach i wielu innych – gdziekolwiek trafili po prostu turyści z dolarami. A im trudniej się gdzieś dostać i namalować Kilroya, tym lepiej! Ma więc rację Panati, że nie tyle dziwna jest treść tego graffiti, co miejsca, w których się pojawia.

Mniej kontrowersyjne niż wyskrobanie Kilroya na zabytkach jest umieszczenie go oficjalnie, w postaci grawerunku, na sławnym waszyngtońskim pomniku żołnierzy poległych na frontach II wojny światowej. Pamiętajmy jednak, że Amerykanie mają nieco inny stosunek do zjawisk, które zaliczamy do kultury masowej. Dlatego całkiem prawdopodobne wydaje się uhonorowanie Kilroya na amerykańskim znaczku pocztowym (chodzi o serię poświęconą II wojnie światowej) – pomysł muzeum stoczniowego, znajdującego się na terenie dawnego miejsca pracy Jamesa J. Kilroya. Inicjatywę wsparło najobszerniejsze internetowe źródło o fenomenie Kilroya, strona www.kilroywashere.org. Ale idea, by jeden z nowych okrętów ochrzcić mianem „USS Kilroy Was Here”, wydaje się już zbyt fantastyczna.

„Tu byłem. M. Pulina”

Podobne do Kilroya rysunki i zbliżone treścią hasła znane są w rozmaitych miejscach świata. Są to np.: Flywheel, Private Snoops, Overby i The Jeep. Poza angielskim Chadem największą karierę zrobił chilijski Sapo, kanadyjski Clem i australijski Foo. Na antypodach twierdzą, że ich bohater jest jeszcze starszy niż Chad. Rysowany bardzo podobnie do brytyjskiego i amerykańskiego ludzika, tyle że z podpisem „Foo was here”, miał być spopularyzowany przez oddziały australijskiego korpusu ekspedycyjnego (AIF) podczas I wojny światowej. Rysowano go kredą na wagonach kolejowych. Pojawiał się też w większości obozów, gdzie stacjonowali żołnierze z Australii.

W Polsce, co prawda bez rysunku, również mieliśmy popularne graffiti tego typu: „Tu byłem. Tony Halik”. Pozostałe były tylko jego marną kopią i nigdy nie osiągnęły porównywalnego statusu (inna rzecz, że w okresie schyłkowym haliki pozostawiano szczególnie często w toaletach). Poza jednym wyjątkiem – hasłem niezwykle popularnym w latach 60. i 70. pod ziemią! Brzmiało ono: „Byłem tu. M. Pulina”. Zmarły w 2006 r. Marian Pulina był naukowcem. Jego serdeczny przyjaciel, dr Jerzy Pereyma z Zakładu Meteorologii i Klimatologii Uniwersytetu Wrocławskiego, wspomina: – Profesor Pulina był nie tylko uczonym – najwybitniejszy polskim speleologiem, ale i grotołazem. Ten pogodny i skromny człowiek miał niespożytą energię. Taszczył ze sobą mnóstwo przyrządów, co było niezbędne w jego pracy. Młodzi grotołazi, którzy w pocie czoła docierali w różne miejsca, znajdowali potem ten sprzęt. I napis: „Tu byłem. M. Pulina”.

Zaczęli potem sami takie napisy umieszczać, chociaż większość autorów nie wiedziała nawet, o kogo lub o co chodzi. Hasło zaczęło żyć własnym życiem, pojawiało się również w jaskiniach poza Polską.

Gwiazda w podróży

Kilroy zrobił karierę, nic więc dziwnego, że można się na niego natknąć w reklamach, filmach, grach komputerowych, muzyce popularnej, komiksach, a nawet literaturze. Po Kilroya sięgnęli m.in. Joseph Heller w „Ostatnim rozdziale, czyli paragrafie 22 bis” oraz Robert A. Heinlein w dziele „Space Cadet”. U Hellera bohaterowie znajdują w schronie znak Kilroya. Kapitan Yossarian (postać znana z „Paragrafu 22”) twierdzi, że zna go jeszcze z wojska. Z kolei klasyk SF pierwszy statek, który wylądował na Księżycu, ochrzcił mianem „Kilroy was here”.

Więcej uwagi poświęcili Kilroyowi Isaac Asimov oraz arcymistrz postmodernistycznej powieści Thomas Pynchon. Asimov bohaterem opowiadania „The Message” uczynił XXX-wiecznego historyka George’a Kilroya. Ów podróżuje w czasie, by być świadkiem ważnych wydarzeń z przeszłości. Obserwując pierwszy aliancki desant w Afryce podczas II wojny światowej, wydrapuje swój znak na ścianie chaty stojącej na plaży. Graffitowa postać okazała się też wprost wymarzona dla Pynchona wykorzystującego często technologiczne motywy, które zaczynają żyć swoim życiem lub postaci ludzi mających cechy automatów. W debiucie powieściowym „V.” zaproponował własną genezę herosa. Kilroy ma pochodzić ze schematu elektrycznego filtru środkowo-przepustowego. Na dowód tego dołączył rysunek, który rzeczywiście przypomina Kilorya, i to bardzo. Pisarz żartuje przy tej okazji z jego niefrasobliwego wszędobylstwa w rejonach konfliktów zbrojnych. Nie bez racji stwierdza, iż śmieszny nos wystający zza muru jest nieustannie narażony na atak pięścią, szrapnelem lub maczetą.

Jeśli Kilroy pojawia się w filmach, to najczęściej są nimi produkcje wojenne. Można go dojrzeć na ścianie banku w finałowej scenie „Złota dla zuchwałych” i w „Pattonie” – na wojskowym pojeździe półgąsienicowym. Sparodiowano go w serialu „M.A.S.H.”, gdy jeden z bohaterów wystawia głowę ponad otwieraną w pionie szybę, opierając na jej brzegu obie dłonie. Drugi, stojąc przed nim, pisze palcem na brudnej szklanej powierzchni „Kilroy”. Spoza tematyki militarnej na Kilroya można natrafić w animowanych „Jaskiniowcach”. W jednym z odcinków główni bohaterowie Fred i Barney trafiają do paszczy wieloryba. Na jego zębie odkrywają wyryty wiadomy znak.

Najpełniejsze uznanie Kilroy znalazł jednak w poezji. I to nie byle jakiej. Po ruchliwego jegomościa sięgnął zmarły w maju 2006 r. Peter Viereck. Ten nie tylko uznany poeta, ale i wpływowy myśliciel, profesor historii, badacz, krytyk i wykładowca, w wierszu zatytułowanym „Kilroy” uczynił z tytułowego bohatera ucieleśnienie podróżnika, człowieka żądnego przygód, niespokojnej, poszukującej strony natury ludzkiej. Pochwała takiej filozofii życia przeciwstawiona zostaje spokojnemu, zasiedziałemu żywotowi. Viereck pisze nawet: „Bóg jest jak Kilroy. On także widzi wszystko („God is like Kilroy. He, too, sees it all”). Kilka wersów później nazwie Kilroya „G. I. Faustus”, czyli Faustem w mundurze amerykańskiego żołnierza.

Kilroy stał się dla Amerykanów także synonimem osoby anonimowej. Dość popularna w latach 40. figurka prezentuje wyraźnie skrępowaną młodą dziewczynę. Stoi, a właściwie przestępuje z nogi na nogę, z założonymi do tyłu rękoma i spuszczoną głową. Ma wyraźny brzuch ciążowy, a na podstawce widnieje spory napis: „Kilroy was here”.

współpraca Robert Gałązka

x

Co tak naprawdę wydarzyło się przed 70 laty?
Jak wyglądało życie i śmierć miasta?

Fascynujący Pomocnik Historyczny POLITYKI o Powstaniu Warszawskim

  • Kalendarium
  • Mapy powstania, frontu i zrzutów
  • Szlaki cichociemnych
  • Relacje i zdjęcia

Najnowsze wydanie Pomocnika Historycznego jest już dostępne online w ramach prenumeraty Polityki Cyfrowej.

Kup teraz

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij