Apel poległych partii
Z prawie 200 ugrupowań politycznych, które powstały w Polsce po 1989 r., dzisiaj - przed wyborami - liczą się trzy.
Z pierwszych partii, jakie powstały po rozpadzie Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego (reprezentacji Solidarności w Sejmie kontraktowym), nie zostało niemal nic. Wydawało się, że założone w 1990 r. Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna Frasyniuka i Bujaka oraz Porozumienie Centrum Jarosława Kaczyńskiego podzielą między siebie scenę polityczną na lata, ale szybko utonęły w dalszych podziałach i fuzjach. Kongres Liberalno-Demokratyczny Donalda Tuska wtopił się w 1995 r. w Unię Wolności, by wychynąć dopiero pięć lat później w formie Platformy Obywatelskiej.

Mieszające przez wiele lat w polityce Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe znalazło przystań w PiS, a potem wypączkowało w postaci Prawicy Rzeczpospolitej Marka Jurka, po czym połączyło się w koalicji z Ligą Polskich Rodzin i Unią Polityki Realnej Janusza Korwina-Mikke. Konfederacja Polski Niepodległej, ugrupowanie jeszcze z historią w PRL, po rozłamach zakończyła żywot. Unia Pracy, powstała z Solidarności Pracy, teraz siedzi cichutko w LiD i od dawna nie ma już samodzielnego znaczenia. Do krainy wiecznych łowów dawno udała się Partia Chrześcijańskich Demokratów Pawła Łączkowskiego. Nie wyszły aż trzy inicjatywy z Lechem Wałęsą jako logo: Partia Victoria (tam zaczynała karierę Hanna Gronkiewicz-Waltz), Bezpartyjny Blok Wspierania Reform i wreszcie Chrześcijańska Demokracja III RP. Śmiało do apelu poległych można wpisać także wszystkie prawicowe ugrupowania, które z takim zapałem śledził niegdyś słynny pułkownik Lesiak, a więc Ruch dla Rzeczpospolitej Jana Olszewskiego, Ruch Katolicko-Narodowy Antoniego Macierewicza, Ruch Trzeciej Rzeczpospolitej Jana Parysa.

Powstawały też zupełne efemerydy w rodzaju Polskiej Partii Przyjaciół Piwa, która po wejściu do Sejmu podzieliła się na tzw. małe piwo i duże piwo. Nikt już nie pamięta Porozumienia Ludowego Gabriela Janowskiego, który dzielił i rządził w gabinecie Hanny Suchockiej, a jak trzaskał drzwiami podczas posiedzeń Rady Ministrów (sam był wicepremierem), to w całej kancelarii szyby drżały. Można mnożyć inne wykopaliskowe partie, jak Ruch Stu, Ruch Społeczny AWS, Przymierze Prawicy, Partia X, Zjednoczenie Polskie, Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne, Republikanie, Partia Ludowo-Demokratyczna i dziesiątki innych zabytków, co nie oznacza, że politycy z tych ugrupowań już na rynku nie funkcjonują; oni okazali się trwalsi.

Warto prześledzić chociaż dwa takie drzewa genealogiczne. Najpierw gatunek „unidów” – na początku był ROAD, pradziadek, który promował Tadeusza Mazowieckiego jako kandydata na prezydenta w 1990 r. Po porażce pierwszego niekomunistycznego premiera powstała Unia Demokratyczna. Z niej, w wyniku rozłamu, wyłoniła się Partia Konserwatywna Aleksandra Halla, a także zupełnie dziś zapomniany Ruch Demokratyczno-Społeczny Zbigniewa Bujaka. Kiedy UD łączyła się z KLD, aby dalej działać pod wspólną nazwą Unii Wolności, nastąpił kolejny rozłam wśród niezadowolonych z tej fuzji unitów, w wyniku którego powstała Koalicja Konserwatywna. Następnie KK i PK wraz z innymi ugrupowaniami tworzyli Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe, które weszło w skład Akcji Wyborczej Solidarność, potem część jej polityków zasiliło bądź Platformę Obywatelską, bądź PiS. Sama Unia Wolności zaś zmieniła się w Partię Demokratyczną, a następnie schroniła się w LiD. A początek dał ROAD.

Peceidzi też mieli burzliwe dzieje. Porozumienie Centrum było wyjątkowo łatwo podzielnym ugrupowaniem. W różnym czasie odłączały się różne skrzydła. Na przykład chadeckie pod dumną nazwą Forum Myśli Chrześcijańsko-Demokratycznej z Janem Olszewskim, który potem stworzył RdR, który się następnie oczywiście podzielił, i to nie raz (potem Olszewski założył Ruch Odbudowy Polski), jedną z odnóg było też Zjednoczenie Polskie Andrzeja Anusza. Wyłamało się też tzw. Centrum Chrześcijańsko-Demokratyczne, a potem Porozumienie Centrum-Inicjatywa Integracyjna (swoją drogą, dobra nazwa jak na rozłamowe ugrupowanie). Niemal cała ta drobnica poszła później do AWS (która zgromadziła niemal 40 planktonowych partyjek), a następnie większość założycieli PC trafiła do PiS.

Można jednak zaryzykować tezę, że ten pierwotny podział na unidów i peceidów w jakiejś szczątkowej formie przetrwał do dzisiaj w postaci Platformy i PiS, bo w obu tych partiach można odnaleźć w ważnych miejscach ludzi z tamtych partii-przodków, choć główny nurt ROAD przeniósł się (po solidnym przetrzebieniu) do LiD. Tak więc zasadniczy nurt polityki jest kontynuowany, a poszczególne warstwy geologiczne życia partyjnego pokazują, jak trudno było się przebić do strefy społecznej widzialności.

Ale bywało też tak, że nowe formacje powstawały i zanikały w ramach jednej kadencji Sejmu, egzystując jedynie pod postacią klubów parlamentarnych. Tworzono też rozmaite sojusze, platformy, przymierza, w rodzaju Sekretariatu Ugrupowań Prawicowych, Przymierza dla Polski, Konwentu św. Katarzyny, Katolickiego Komitetu Wyborczego Ojczyzna, Porozumienia Obywatelskiego Centrum, Inicjatywy dla Polski czy Wyborczej Akcji Katolickiej. Dzisiaj te nazwy brzmią pusto, ale jeszcze 10 lat temu nie schodziły z pierwszych stron gazet.

Długo porozumieniem kilku ugrupowań był Sojusz Lewicy Demokratycznej (gdzie pierwsze skrzypce grała Socjaldemokracja Rzeczpospolitej Polskiej), aż przekształcił się w jednolitą partię. O rozdrobnieniu zaś partii ludowych i próbach jednoczenia krążyły legendy: PSL-Odrodzenie, Ojcowizna, PSL wilanowskie, Stronnictwo Ludowo-Chrześcijańskie, PSL Piast i inne. Także lewica miała i ma silną reprezentację drobnicy.

W większości ugrupowania te nigdy nie miały zdolności wyborczych i nie startowały samodzielnie w wyborach albo nie weszły do Sejmu. Ich taktyka przypominała działania na rynku biznesowym. Małe ugrupowania zagospodarowywały jakiś mikroskopijny segment politycznych wpływów w jednym środowisku, branży lub regionie i wystawiały się niejako na sprzedaż, a duże formacje brały je na swoje listy i uzupełniały w ten sposób swoją ofertę o gotowy produkt.

Działo się tak również z partiami niegdyś istotnymi, które z czasem straciły poparcie, ale zachowały pewne znaczenie jako ideowa formacja. Oba przypadki można pokazać na przykładzie PiS, który przygarnął ludzi z mocnego niegdyś ZChN, a także – chcąc umocnić się na wsi – nawiązał kontakty z gotowym „segmentem wiejskim”, czyli PSL Piast, wcześniej transferując z Samoobrony Wojciecha Mojzesowicza. Ale i Platforma Obywatelska w poprzednich wyborach wzięła na swoje listy ludzi z Unii Polityki Realnej, wzmacniając skrzydło liberalne, teraz UPR, typowa firma na sprzedaż, która zresztą niegdyś sama wchodziła do Sejmu, związała się z inną, znacznie słabszą lokomotywą, czyli ugrupowaniem Romana Giertycha.

Zupełnym fenomenem jest najdziwniejsza partia na polskiej scenie, Stronnictwo Demokratyczne (dawny sojusznik PZPR i ZSL – Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego), które wystawiało już swoich ludzi (jednego, dwóch) na listach Unii Wolności czy SLD, ale samo – mimo rozbudowanych struktur, dużego majątku, reprezentacyjnych siedzib i sporej liczby członków do władzy jakoś nie aspiruje. Ale to ma się zmienić. Niedawno Stronnictwo Demokratyczne przyjęło „nową strategię polityczno-organizacyjno-finansową do roku 2010”, która ma sprawić, że właśnie w 2010 r. SD ma wrócić do władzy. Na ostatnim zjeździe Stronnictwa jego szef Krzysztof Góralczyk zadawał trudne pytania, czy SD chce powrotu na scenę polityczną, czy „idzie tylko o zachowanie tradycji i majątku, i pielęgnowanie tych wartości”? I dodał: „Jeżeli zależy nam tylko na tym drugim, to przestańmy nazywać siebie partią polityczną!”. Los SD jest szczególny, ale pokazuje jak w soczewce problem zapomnianych przez wyborców partyjnych dinozaurów; a co mają powiedzieć politycy, którzy nie mają „majątku do pielęgnowania”.

Dwa momenty w ciągu ostatnich 17 lat zdecydowały o przyszłości partii politycznych. W 1993 r. ordynacja wyborcza wprowadziła próg 5 proc., który od tego czasu trzeba przekroczyć, aby znaleźć się w Sejmie. To była radykalna zmiana. Jeszcze w wyborach w 1991 r. do Sejmu dostało się 17 ugrupowań, a już w 1993 – trzy razy mniej. I druga data – 2001 r., kiedy zaczęło się finansowanie partii z budżetu państwa. W przypadku dużych sejmowych ugrupowań w grę wchodzi kilkadziesiąt milionów złotych. Takie pieniądze sprawiają, że zapewne coraz częściej będzie dochodzić do odtwarzania składu politycznego w polskim parlamencie, bo ugrupowania, które nie mają funduszy, tracą szansę na rywalizację z gigantami. Wielkie „koncerny” zjadają drobne „firmy”, a wypadnięcie za burtę statku przy Wiejskiej – jak pokazują przykłady Unii Pracy, Unii Wolności i wiele innych – jest ostateczne.

Widać zresztą, jak wiele zmieniło się w kwestii marketingu politycznego, multimedialnej oprawy życia politycznego, jak usuwają się w cień szczegółowe programy partii, gdzie jeszcze możliwa byłaby jakaś merytoryczna rywalizacja, a na czoło wychodzi PR (to nie nazwa partii, tylko public relations, kiedyś zwane propagandą). Jeszcze nie tak dawno partie przypominały kluby towarzyskie czy dyskusyjne, z celebrowanymi wyborami władz, komisji rewizyjnych, sądów koleżeńskich i – szczególnie – rad programowych. Zjazdy partii pokazywały szczerą politykę, wystąpienia delegatów bywały krytyczne i zjadliwe wobec kierownictw, a rozłamy dokonywały się dosłownie na sali obrad, jak choćby wtedy, kiedy na zjeździe Unii Demokratycznej odszedł z kilkoma działaczami Zbigniew Bujak i przeszedł do drugiej sali, aby omówić szczegóły. Teraz takie sprawy rozstrzyga się, jak w korporacjach, na szczelnie zamkniętych posiedzeniach najbardziej zaufanych gremiów, gdzie obowiązuje, rzec można, tajemnica handlowa, a zjazdy zostały zastąpione przez niezliczone, czysto propagandowe, konwencje, gdzie się z rozmachem konsumuje wcześniejsze ustalenia. Ponadto na ogół rozmaite słabe, podzielone na frakcje ugrupowania i skomplikowane koalicje zostały zastąpione przez silne, scentralizowane i podporządkowane przywódczemu sztabowi formacje.

Dzisiejsze główne formacje, na zasadzie recyklingu, przetworzyły dziesiątki zezłomowanych wcześniej ugrupowań. Wejście na rynek nowej partii może być bardzo trudne. Udane debiuty z ostatnich lat (PO w 2000 r. i PiS w 2001 r.) trzymają się mocno. Wszystko wskazuje na to, że po raz pierwszy w najnowszej historii te same dwa ugrupowania zajmą ponownie dwa pierwsze miejsca w następujących po sobie wyborach parlamentarnych (co prawda po skróconej kadencji), a nawet to samo ugrupowanie, PiS, może obronić tytuł zwycięzcy. To zupełnie nowa jakość na polskiej scenie politycznej, być może sygnał trwałości jej podziału na lata. Co nie oznacza, że cokolwiek się musi od tego polepszyć.

Mariusz Janicki

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj