szukaj
Bunt młodych
My wszyscy z tego roku! W czterdziestolecie rewolty młodzieżowej nadchodzi fala nostalgii za wielkim odlotem lat sześćdziesiątych.

Im więcej się kocham, tym bardziej chcę robić rewolucję, im bardziej robię rewolucję, tym więcej chcę się kochać. To jedno z tysięcy haseł wypisywanych na murach Sorbony i innych gmachów Paryża w maju 1968 r. Tak się dotąd ani o rewolucji, ani o miłości nie mówiło. Nie łączyło się polityki z seksem. A już na pewno nie w salach szacownych świątyń wiedzy. Tylko że to jest rok światowej rewolty studentów i nagle wszystko jest możliwe. Wszak „zabrania się zabraniać”, a „wyobraźnia bierze władzę”, jak krzyczą z murów slogany powtarzane w Berlinie Zachodnim, Mediolanie, Zurychu, Londynie, Amsterdamie, Kordobie, San Francisco, Buenos Aires.

Argentyński pisarz Julio Cortazar pisze wiersz-migawkę z majowej paryskiej ulicy: „Słuchaj, jedyna, słuchaj hałasu ulicy/To jest dzisiejszy wiersz, to jest dzisiejsza miłość. Raz jeszcze rytm jest jedynym przejściem: Rodin, Ucello, Cohn-Bendit, Nanterre/pierwsza barykada na Boul’Mich o świcie, filiżaneczka kawy pośród manifestantów, czasami czułość/Rytm nocy w głosie Marcuse’a, hałas uliczny, Levi-Strauss, Jewtuszenko, nazwy miłości zmieniają się jak dni, dziś to Jean-Luc Godard, a jutro Polański/studenci atakują czas pod pałkami bestii w skórach” (przeł. Zofia Chądzyńska).

Bestie w skórach to francuskie ZOMO, wyprowadzone na ulice Paryża przeciwko studenckim radykałom. Daniel Cohn-Bendit to idol młodej kontestacji. „Wszyscy jesteśmy niemieckimi Żydami” – skandują paryscy studenci, gdy tuba francuskiej stalinowskiej partii komunistycznej dziennik „L’Humanité” składa donos na Cohn-Bendita, że jest niemieckim Żydem, który robi zamieszanie w nie swoim domu. Bo młoda kontestacja, choć maszerowała pod czerwonymi sztandarami i portretami Marksa, Lenina i Mao, budziła w Europie i USA niechęć establishmentu tak samo jak ortodoksyjnej, starej lewicy.

Establishment obawiał się, że bunt młodych zburzy ład społeczny, stara lewica – że ośmieszy rewolucję społeczną. Oni nie są ani komunistami, ani socjalistami – grzmiał guru amerykańskich liberałów (czyli politycznej lewicy) Walter Lippmann – oni są nihilistami. Fakt, że rewolta często przybierała formę karnawału, wielkiego odlotu, teatru ulicznego, ale to właśnie na tym polegała jej nowość i atrakcyjność. Była jak groch z kapustą, mieszała wszystko ze wszystkim, rzeczy poważne z wygłupami. Młodzi odrzucili tradycyjną hierarchię i autorytety i zastąpili je swoimi. Chrystus, proszę bardzo, ale w dżinsach i pod ramię z Buddą. Marks – OK, ale razem z anarchistą Bakuninem i wiecznym rewolucjonistą Trockim. Klasycy literatury – jak najbardziej, ale czytamy też „Wilka stepowego” i „Grę szklanych paciorków” Hermana Hessego, „Nauki Don Juana” Carlosa Castanedy, „Zieleni się Ameryka” Charlesa Reicha, poezje Allena Ginsberga i innych beatników. No i naturalnie słuchamy rocka, palimy marihuanę, zażywamy LSD. Muzyka i narkotyki były sakramentami: otwierały wrota świadomości, czyli uwalniały od uwarunkowań zakrywających przed nami pełną prawdę o tym, kim jesteśmy.

Rewolucja świadomości

Książka Reicha, młodego profesora prawa na elitarnym uniwersytecie Yale (wydanie polskie 1976 r., przeł. Daniel Passent), była biblią kontestacji. Wieściła rewolucję świadomości, mającej torować drogę do nowego społeczeństwa. Ameryka nie musi być plastikowa i neonowa, może się zazielenić. Sednem rewolucji świadomości jest podniosła wizja człowieka. „Człowiek nie jest częścią maszyny, nie jest robotem, nie jest istotą, która ma głodować lub ginąć na wojnie, która ma być popędzana jak bydlę, nie jest wrogiem swego gatunku i wszystkich innych gatunków, istotą, która ma być kontrolowana, kierowana, administrowana, szkolona, poszturchiwana, znieczulana. Jego prawdziwe jestestwo wyraża się w miłości i zaufaniu do bliźnich, w tym, aby być częścią przyrody i swej własnej natury, w rozwoju, w prowadzeniu najpełniejszego życia. Niemal zawsze ludzie żyli podporządkowani surowym zwyczajom, religii, teorii ekonomicznej lub ideologii politycznej. Nowa świadomość chce uwolnić się od tego wszystkiego. Głosi ona, że życie jest ważniejsze od tego wszystkiego”.

Do sukcesu rewolucji świadomości było jednak daleko. Czasy nie były bynajmniej karnawałowe. W Ameryce w 1968 r. zamordowano Boba Kennedy’ego, kandydata demokratów na prezydenta, i pastora Martina Luthera Kinga, przywódcę walki o równe prawa czarnych; w bloku sowieckim praską wiosnę zdeptały armie Układu Warszawskiego. Festyn kontestacji zamieniał się nieraz w regularne bitwy z policją. Tak było w Paryżu podczas słynnego maja 1968 r.; w Chicago, gdzie kontestacyjny festiwal życia, pomyślany jako happening z okazji zjazdu Partii Demokratycznej, zakończył się krwawą interwencją policji; w stolicy Meksyku, gdzie na placu Trzech Kultur od kul sił bezpieczeństwa zginęły setki demonstrujących studentów. W Wietnamie trwała wojna między siłami komunistycznymi a reżimem wspieranym przez Amerykanów. Stała się ona w Europie i USA osią łączącą protesty młodzieży. Młodzi uważali ją za brudną. Domagali się wycofania wojsk amerykańskich z Wietnamu.

Ale młodzi Amerykanie nie tylko nie chcieli umierać w Wietnamie, lecz także mieli dosyć systemu, w jakim żyli. Z jego obłudą, ukrytą represyjnością, tępym materializmem, który mierzył człowieka tylko jedną miarką: ile zarabia. Kontrast między światem zbuntowanych młodych a głównym nurtem społeczeństwa dobrze uchwycił przybysz z Europy, fizyk Fritjof Capra, autor głośnego „Punktu zwrotnego”. W 1968 r. przyjechał wraz z żoną do Kalifornii, gdzie uderzyła ich różnica między sztywną kulturą dominującą i kontrkulturą hipisów. Hipisi – notował Capra – aby odróżnić się od zuniformizowanego stylu przyodzianych w poliestrowe garnitury ludzi biznesu, nosili długie włosy, kolorowy i zindywidualizowany strój, kwiaty, koraliki i rozmaitą biżuterię. Żyli w zgodzie z naturą, nie używali dezodorantów, wielu było wegetarianami, wielu uprawiało jogę lub medytację, wypiekali własny chleb, uprawiali jakieś rzemiosło („Nagłos” nr 9/10/1993). W ten sposób realizowało się hasło lat 60. o odpadnięciu od świata wyścigu szczurów.

Wspólna sprawa

Rewolucja 1968 r. miała wiele wcieleń i prowadziły do niej różne drogi. Studenci Sorbony, Nanterre, Berkeley, Uniwersytetu Warszawskiego czy Uniwersytetu Karola w Pradze gotowi byli dyskutować do upadłego, ale to przede wszystkim na młodych Polaków i Czechów posypały się ciosy milicyjnych i tajniackich pałek, a na co aktywniejszych – surowe kary więzienia. Niedawno dwoje uczestników polskich protestów studenckich w Marcu 1968 r. wyznało, że mimo wszelkich różnic odczuwali jednak jakąś więź z buntem młodych na Zachodzie. No i chętnie korzystali z takich technik zbiorowych jak choćby siadanie na ziemi przez uczestników wiecu: tajniacy zwykle nie siadali.

W Polsce chodziło o wolność słowa, o zrzucenie więzów krępujących życie publiczne, czyli o zdobycze, z których korzystali swobodnie kontestatorzy w Paryżu czy Berlinie. Polska młodzież wyszła na ulice w obronie „Dziadów” Mickiewicza, które cenzura zdjęła ze sceny warszawskiego teatru. Poczucie więzi było więc bardziej pokoleniowe i emocjonalne niż ideologiczne. To, o co walczyli studenci i inteligencja w Polsce w Marcu 1968 r. czy w Pradze w okresie rozbudzenia nadziei na demokratyczny socjalizm, przekreślonych inwazją w sierpniu 1968 r., było dla młodzieży w wolnym świecie czymś jak powietrze: tym się oddychało, tego się nie dostrzegało. Podczas wielkiej dyskusji publicznej w Nowym Jorku jeden z uczestników zapytał: Skoro można mordować, tak jak mordowali w My Lai, cóż znaczy wolność słowa?

My Lai to była wioska w Wietnamie, gdzie 16 marca 1968 r. żołnierze amerykańscy zabili ponad stu nieuzbrojonych cywilów, których podejrzewali o ukrywanie komunistycznych partyzantów. Nazwa My Lai stała się zawołaniem ruchu antywojennego w USA i Europie Zachodniej. W Polsce działała wtedy państwowa cenzura i społeczeństwo było pozbawione pełnej i rzetelnej wiedzy o ważnych wydarzeniach. Ale nie ma powodu, by wątpić, że i w Polsce wojna wietnamska nie była zbyt popularna. Polscy hipisi nosili tzw. pacyfki – symbole ruchu pokojowego – i nieraz za to obrywali od milicji, choć oficjalnie Polska Ludowa była – jak rodzime dzieci-kwiaty – przeciw interwencji amerykańskiej w Wietnamie i pozwalała puszczać w radiu song Blackoutów „Te bomby lecą na nasz dom”.

Sympatię do fantazyjnie poubieranych długowłosych i bosonogich włóczykijów wyrażały przez pewien krótki czas media bloku radzieckiego. Widziały w hipisowskim ruchu flower power, potęgi kwiatów wpinanych we włosy przygodnym przechodniom, tak jak w ruchu pacyfistycznym, piątą kolumnę światowego komunizmu w krajach Zachodu. Niech robią wolną miłość, a nie wojnę, niech ćpają na umór, niech wzywają do powrotu do przedkapitalistycznego raju – nam w to graj, bo tak osłabiają blok kapitalistyczny, rozumowali stratedzy w Europie Wschodniej,

Ale kiedy Ruch – tą skromną nazwą posługiwała się często młoda kontestacja – zaczął w Polsce przyciągać młodzież kosztem kontrolowanych przez państwo organizacji młodzieżowych, ton propagandy zmienił się na wrogi. Odtąd hipisi figurowali w mediach już tylko jako chodzący dowód degeneracji systemu burżuazyjnego. Zostali uznani za element wywrotowy jak komandosi z Marca 1968 r. (tj. raczkująca opozycja). Niektórzy uczestnicy protestu polskich studentów nie wyrzekali się zresztą tej wspólnoty, popalając trawkę i nucąc przebój Scotta McKenzie „San Francisco”: „W całym kraju dziwne wibracje/Ludzie w ruchu/Całe pokolenie ma nowe wyjaśnienie/Ludzie w ruchu/Którzy jedziecie do San Francisco, nie zapomnijcie wpiąć kwiaty we włosy/Jeśli będziecie w San Francisco, zabawicie się latem na święcie miłości”.

Brać, nie żebrać

Na tym właśnie polegała miękka siła 1968 r., że bardziej niż na prawdziwej rewolucji politycznej, czyli na obaleniu panującego systemu, zależało młodzieży na pokazaniu atrakcyjnej alternatywy w stosunkach społecznych, robieniu polityki i tworzeniu kultury. Rok 1968 jest w tym sensie symbolem marzeń o świecie urządzonym inaczej niż ten, w jakim każą nam żyć. Kto każe? Rodzina, szkoła, politycy, Kościoły – nie musimy ich burzyć, możemy spróbować żyć poza nimi innym życiem niż to, do jakiego oni nas urabiają. To łączyło bunty młodych ponad wszelkimi granicami i różnicami. Stwórzmy naszą kulturę przeciwko ich kulturze, kontrkulturę; „O prawo do życia nie żebrze się, bierze się je samemu” (napis z uniwersytetu Nanterre).

Ciekawe, że właściwie nic nie zapowiadało wybuchu lat 60. Socjologowie zgodnie opisywali studentów jako apolitycznych. Wydawało się, że stabilizacja i dobrobyt, jaki udało się osiągnąć na Zachodzie, zabiły w młodzieży ducha niezgody. Mędrcy wieścili koniec wieku ideologii, a studenci konsumowali owoce postępu cywilizacyjnego. Tymczasem historia znów spłatała figla futurologom. 1968 r. był zaprzeczeniem tezy o końcu wieku ideologii. Idee znów liczyły się najbardziej, porywały ludzi do działania, zmieniały obraz świata.

W latach 60. zachodni postępowi reformiści zebrali zaskakujące żniwo swej polityki. Stawiali na masową edukację, bo w niej widzieli podstawę sprawnej demokracji. Wielokrotnie wzrosła liczba studentów, w Europie i USA otwierano nowe uniwersytety (m.in. Nanterre – jeden z bastionów Maja ’68), umacniała się telewizja, prasa i kultura masowa. Nie zmieniały się za to treści i metody kształcenia, nie przybywało miejsc pracy dla absolwentów.

Brytyjski historyk Walter Laqueur zwraca uwagę, że studenci odegrali znaczną rolę w rewolucyjnym ruchu rosyjskim i wczesnej fazie europejskiego faszyzmu. Kult młodości jako siły ruszającej z posad bryłę świata rozkwitał w romantyzmie, a wrócił w latach 60., kiedy filozofowie głosili, że tylko studenci i młodzież mogą potrząsnąć zmurszałym społeczeństwem i tchnąć w nie nowe życie, gdyż świat dorosłych jeszcze ich nie ubezwłasnowolnił.

Pomruki zapowiadające bunt dały się słyszeć w Anglii podczas marszów antyatomowych w latach 50., we Francji, gdzie część profesorów, intelektualistów i studentów solidaryzowała się z dążeniem Algierii do niepodległości, w literaturze i kinie europejskich potęg kulturalnych. Jak w młodej Anglii, która zamiast Eliota wolała czytać Brechta i książki młodych gniewnych oraz słuchać songów Boba Dylana. Londyn ze stolicy odciętej od kontynentu, prowincjonalnej, zaczął się zmieniać w światowe centrum mody i artystycznej awangardy, aż wyprodukował Beatlesów, Rolling Stonesów, modelkę Twiggy w mini – ikony popkultury, ale także antypsychiatrię dr. Ronalda Davida Lainga, czyli nową koncepcję zdrowia psychicznego.

Głosiła ona, że nonkonformizm jest objawem normalności. Może to nie jednostki, które nie chcą się przystosować, są chore – pytał dr Laing – lecz społeczeństwo, które ogranicza ich spontaniczną ekspresję. Na takim gruncie wyrósł słynny pamflet Kena Keseya na psychiatrię, a w istocie na system społeczny USA, „Lot nad kukułczym gniazdem”. Jaka szkoda, że z powodu żelaznej kurtyny Laing i Kesey nie mogli się zapoznać z relacjami o radzieckich psychuszkach, czyli zakładach psychiatrycznych wykorzystywanych do więzienia politycznych dysydentów, uznanych przez władze za wariatów, bo przecież tylko wariat może krytykować Kraj Rad. Przykład radziecki ilustrowałby idee Lainga może lepiej niż wyczyny siostry Ratched w książce Keseya, bo psychuszki były faktem, a siostra Ratched fikcją literacką. Książkę przeniósł na ekran czeski emigrant polityczny Milosz Forman. Zrobił też film na podstawie kultowego musicalu lat 60. – „Hair”.

Pod urokiem proroków

Na ludziach, którzy musieli żyć i tworzyć w systemie realnego socjalizmu, zachodni bunt młodych robił spore wrażenie. Czesław Miłosz, który jako uciekinier polityczny z PRL mieszkał w Kalifornii w latach kontrkultury, pisał w wierszu do Allena Ginsberga: „Allen, dobry człowieku, wielki poeto morderczego stulecia/ty, który upierając się w szaleństwie doszedłeś do mądrości/Tobie wyznaję, moje życie nie było takie, jakie bym chciał. I teraz kiedy minęło, leży jak niepotrzebna opona na skraju drogi/Było takie jak życie milionów, przeciwko któremu buntowałeś się w imię poezji i wszechobecnego Boga/Poddane obyczajom, z wiedzą, że są absurdalne, i z konieczności, która zrywa co ranka i każe jechać do pracy/Z niespełnionymi pragnieniami, nawet z niespełnioną chęcią krzyku i bicia głową w ścianę, z powtarzanym zakazem »Nie wolno«”.

Na poemacie Ginsberga „Howl” (Skowyt, 1956 r.) wychowały się zastępy przyszłych kontrkulturowców, krążył w odpisach także za żelazną kurtyną. Poeta odwiedził Polskę i Czechosłowację w 1965 r. „Komuniści mają do zaproponowania tylko tłuste policzki, okulary i kłamstwa policjantów” – odnotował w wierszu „Kral Majales”.

Sympatii do buntu młodych nie krył pisarz Jan Józef Szczepański, autor wielkiego reportażu z Ameryki („Piąty anioł”) o psychopacie Charlesie Mansonie.

Manson stylizował się na nowego Chrystusa. Założył w Kalifornii wspólnotę – lata 60. pełne są takich komun – którą omotał i popchnął do zbrodni. W sierpniu 1969 r. młodziutcy wysłannicy Mansona zamordowali z zimną krwią ciężarną żonę Romana Polańskiego i cztery inne osoby w posiadłości reżysera. Szczepański nie spieszy się jednak z obarczeniem winą za przerażającą zbrodnię młodzieżowej rewolty, pod której wartości podszywał się Manson.

Szczepański, po wyjściu ze spektaklu legendarnego teatru kontrkultury The Living Theater, miotany wątpliwościami, wyznaje: „Byłem w znacznej mierze zafascynowany tymi zjawiskami i mimo zastrzeżeń wypływających głównie z poczucia dystansu [pisarz miał podczas tej wizyty w Ameryce po pięćdziesiątce, a przecież kontrkultura nie ufała ludziom po trzydziestce] raczej skłonny do opowiadania się po stronie długowłosych »rewolucjonistów« niż po stronie ich rodziców – sytych i krótkowzrocznych czcicieli materialnego sukcesu”. Ale zarazem poczuł lęk: całe to zbuntowane pokolenie jawiło mu się jako podatne na manipulacje różnych proroków-szarlatanów, wykorzystujących idealizm i niedoświadczenie młodości do swoich niskich celów. Manson nie był kwintesencją kontrkultury, lecz jej pohańbieniem. Podobnie jak ci, którzy na fali kontestacji sięgnęli po przemoc.

Gwałt i terror pojawiły się na obrzeżach buntu młodych, ale nigdy nad nim nie zapanowały. Buntownicy dążyli raczej do sprowokowania przemocy, by społeczeństwo – dzięki masowym mediom – zobaczyło na własne oczy, że to nie młodzież, lecz system sięga po pałki i gaz. Chodziło o to, by system sam się zdemaskował jako autorytarny. Jeden z manifestów, tak zwanych provosów (od prowokacja), istotnego odłamu zachodniej kontestacji, podkreślał, że w walce z autorytarnym społeczeństwem trzeba łączyć reformizm z prowokacjami. Trzeba organizować białe akcje – nowy typ społeczeństwa – ale i prowokacje. Te pierwsze mają pokazywać, jakie społeczeństwo może i powinno być, te drugie mają pokazywać, jakie jest rzeczywiście.

Rewolucja Krasnali

Za słowami poszły czyny. Wśród stolic kontestacji – a były nimi San Francisco z hipisami i rockiem psychodelicznym, Paryż z rozdyskutowaną nową lewicą i strajkami, które zamknęły epokę gen. Charles’a de Gaulle’a – pomysłowością wyróżniał się Amsterdam. Właśnie tam provosi już w 1966 r. urządzili happening z okazji niezbyt popularnego w społeczeństwie ślubu księżniczki Beatrix (dzisiejszej królowej) z Niemcem Klausem von Ausbergiem, który w młodości zaliczył Hitlerjugend i służbę w Wehrmachcie. Po kraju krążyło zawołanie „Oddaj mi rower!” – aluzja do konfiskowania przez Niemców rowerów podczas okupacji Holandii. W pewnej chwili ktoś rzucił petardę w stronę orszaku weselnego. Ku konsternacji publiczności policja przystąpiła do brutalnej kontrakcji, bijąc i aresztując uczestników happeningu. Ale cel akcji został spełniony: sympatia do provosów wzrosła.

Wkrótce potem rozkręcili kolejną białą akcję: rozdali mieszkańcom Amsterdamu 15 tys. pomalowanych na biało rowerów w imię walki ze spalinami samochodowymi w centrum miasta. Kolor oznaczał, że rower jest dla każdego. Akcja białe koszule miała na celu ustanowienie w mieście stref wolnych od dymu papierosowego; białe zaślubiny rozkręciły poradnictwo antykoncepcyjne; białe szkoły były programem reformy kształcenia, a w ramach akcji białych domów zaczęto przejmować opuszczone budynki na mieszkania dla komun lub świetlice młodzieżowe. Kiedy policja się sprzeciwiła, rozpoczęto akcję uświadamiania białych kurcząt (policjantów nazywano wtedy w Holandii kurczakami). Provosi wystawili swego kandydata do rady miejskiej i zdobył on w 1967 r. mandat pod hasłem „Wesoło naprzód na Amsterdam, który może stać się miastem do życia”.

Idylla nie trwała długo. Wśród provosów doszło do rozłamu, bo ruch miał korzenie anarchistyczne i wielu nie podobało się, że jego przedstawiciel wszedł do oficjalnych struktur władzy. Z niedobitków provosów wywodził się założyciel Partii Krasnoludków Roel van Duyn. Tu też chodziło o alternatywę dla ówczesnego społeczeństwa. Jego zapowiedzią miała być wzorcowa wspólnota Wolne Państwo Pomarańczowe, czyli związek komun w Amsterdamie i innych miejscowościach Holandii. Krasnoludkom w wyborach poszło jeszcze lepiej niż provosom (pięciu radnych), ale z czasem wytraciły impet, jak i cały ruch kontestacji.

Winien i ma

Kto nie zna „Imagine” Johna Lennona? Piosenka wciąż jest najkrótszym, ale potężnym manifestem kontrkultury. Pochodzi wprawdzie już z 1971 r., ale nawiązuje do przesłania Beatlesów z ich kultowych albumów psychodeliczno-rewolucyjnych: „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” (1967 r.), „The White Album” (1968 r.) i „Yellow Submarine” (1969 r.), na tym ostatnim znalazł się hymn międzynarodówki hipisów „All You Need Is Love”.

Wyobraź sobie, że nie ma nieba ani piekła – śpiewa Lennon w „Imagine” – że nie ma krajów ani religii, niczego, za co się zabija lub umiera, a ludzie żyją wszędzie w pokoju. Wyobraź sobie, że nie ma własności prywatnej, a więc nie ma zawiści i głodu, ludzie są sobie braćmi i dzielą się światem. „You may say I’m a dreamer/But I’m not the only one/I hope someday you’ll join us/And the world will live as one”. Możecie mnie nazwać marzycielem, ale takich jak ja jest więcej. Może kiedyś do nas dołączysz, a świat będzie żył w jedności.

Marzyciel? – oponowała gwałtownie Agnieszka Kołakowska, córka filozofa, piętnując credo Lennona – toż to piewca totalitarnej utopii. To koszmarna piosenka o wymowie radykalnie antyliberalnej. Świat bez granic, bez narodów, bez historii, bez religii, bez wartości, za które warto oddać życie, bez własności prywatnej – to wizja, która zieje przerażającą pustką. Zdaniem Kołakowskiej, z piosenki Lennona, z ruchu dzieci-kwiatów, z kontrkultury można wyprowadzić popularną dziś doktrynę politycznej poprawności (PP). Definiuje ją jako dogmatyczną ideologię lewicową, wymierzoną w elity, kulturę i wartości Zachodu. Świat, jaki chciałaby tworzyć polityczna poprawność, byłby światem totalnej kontroli w imię jedynie słusznej prawdy. A więc zaprzeczeniem tolerancji, którą oficjalnie głoszą zwolennicy PP.

U progu XXI w. lista obrońców kontestacji lat 60. jest chyba krótsza niż krytyków. Niektórzy z nich tę kontestację czynnie uprawiali. Na przykład dziennikarze Peter Collier i David Horowitz z Berkeley w Kalifornii. W rozrachunku z pokoleniem kontrkultury pisali po latach: „Na pewno miało na koncie pewne osiągnięcia. Przyczyniło się do poszerzenia świadomości, przestrzeni aktywności społecznej i tolerancji, perspektyw rozwoju indywidualnego. Była jednak i ciemna strona. Atakując instytucję autorytetu, osłabiliśmy system odpornościowy naszego społeczeństwa, narażając je na chorobę różnych oportunizmów”. To szczególnie bolesny zarzut, bo podważa on jakby samą istotę ruchu kontestacji jako odrzucenia konformizmów społecznych.

W rubryce „ma” wielu zapisze dziś przede wszystkimi muzykę rockową, która w latach 60. miała złote czasy, a jej zwieńczeniem był festiwal w Woodstock w 1969 r. Kilka filmów; prócz Formana, „Easy Rider” i „Znikający punkt”, z pewnością nowy teatr nastawiony na budowanie wspólnoty międzyludzkiej – tu wielki wkład miał Jerzy Grotowski, którego legendarne „Apocalypsis cum figuris” miało premierę w 1968 r., trochę literatury, przede wszystkim esejów Paula Goodmana, Theodora Roszaka, filozofów Marcusego i Fromma, ale wybitnych literatów kontrkultura raczej się nie dorobiła. No i krasnoludkowy luz, którego wspaniałą reinkarnacją była Pomarańczowa Alternatywa Waldemara Majora Fydrycha, nie najgorsze narzędzie do zwalczania schyłkowej komuny w Polsce.

W rubryce „winien” wypada wpisać przede wszystkim plagę narkomanii. Inne domniemane grzechy będą przedmiotem zażartych dyskusji, póki działa pokolenie 1968 r. Zdecydowana większość uczestników nie ma ochoty posypywać głów pokutnym popiołem. Z jednym wyjątkiem: ekscesów przemocy inspirowanej retoryką 1968 r. Ich najsłynniejszym przykładem stała się osławiona RAF Baadera-Meinhof, ideologiczna sekta terrorystyczna do walki z niemieckim państwem demokracji liberalnej. Tu potępienie jest powszechne.A poza tym karnawał 1968 r. był po prostu super.

Kto w tym wielkim sporze o znaczeniu kontrkultury ma rację? Wbrew krytykom i pesymistom nie okazała się ona dynamitem podłożonym pod kapitalizm i demokrację liberalną. Ten system ostał się pod jej naporem dzięki swej fenomenalnej elastyczności. System oswoił bunt młodych, wpuścił ich do środka, pozwolił robić kariery w polityce, sztuce, kulturze masowej, biznesie. Prezydent Nixon wycofał wojsko z Wietnamu, odbierając rację bytu ruchowi antywojennemu. Idee kontrkultury weszły do słownika współczesnej kultury – samorealizacja, ekologia, pacyfizm, New Age, prawa mniejszości, zrównoważony rozwój. A przede wszystkim przeświadczenie, że człowiek nie jest własnością państwa, narodu, Kościoła, partii politycznej. Wydaje się, że pogłoski o kontrkulturze jako dziele szatana są mocno przesadzone.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj